31 sierpnia 2013

Wszyscy jesteśmy opozycjonistami. Blog na rocznicę sierpnia’80.

 

Mnożą się nam ostatnio działacze opozycyjni, może dlatego, że odchodzą powstańcy warszawscy, a życie nie znosi pustki? Tym bardziej, gdy pustka jest deficytem bohaterów (zjawisko groźniejsze od deficytu budżetowego, a nawet całego sektora finansów publicznych wg. ESA95).

Wśród opozycyjnych kombatantów z czasów PRL, nie mam żadnych szans. W 1981 roku byłam studentką pierwszego roku filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, w listopadzie zapisałam się do NZS, które w grudniu rozwiązano, a ja nie zdążyłam zostać aktywnym działaczem;)

W stanie wojennym, jak większość braci studenckiej,  chodziłam na msze św. za Ojczyznę, 13. każdego miesiąca, czasem pod Kościół Mariacki, a czasem na Wawel. Były ZOMOwskie armatki z farbowaną wodą, żeby łatwiej było nas, wracających z manifestacji, wyłapać. I, jak pięknie  pisze Herbert:
” To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
nasza odmowa niezgoda i upór
mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku
w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia “.
Były jeszcze wiersze Mandelsztama, wcześniej w samizdatowych książeczkach, na żółtym i szorstkim papierze, po sierpniu ’80  miały być z profesjonalnej drukarni, na papierze bielutkim i miłym  w dotyku,
“… estetyka może być pomocna w życiu
nie należy zaniedbywać nauki o pięknie”.

Ale pewnej grudniowej nocy panowie w mundurach przyszli do drukarni i zabrali Mandelsztama.  W kawałkach, bo nie był jeszcze poskładany. Darek z AGH (kochał się we mnie), no dobrze, ja w nim trochę też;) prawdziwy opozycjonista, przewożący “bibułę”  z Krakowa do Warszawy, przyniósł mi jeden egzemplarz, wyniesiony pod swetrem. Chyba mam go do dzisiaj (Mandelsztama, nie sweter Darka, którego pozdrawiam serdecznie, bo od tamtego czasu nie widzieliśmy się). Po 13 grudnia znowu wróciliśmy do samizdatów, tak kupowało się, np. Gombrowicza, choć dzisiaj trudno w to uwierzyć.
Mieszkający w Miasteczku Studenckim (ja- DS “Strumyk”), chyba w Babilonie(?),  na pewno w wieżowcu,  zapalali światła w pokojach, tworząc znak Polski Walczącej (dobrze, że nie było wtedy pomysłu na zastrzeżenie, bo żacy mogliby iść do więzienia z dwóch powodów).

 
No i oczywiście wszyscy (tu chyba wyraz wszyscy jest uzasadniony) słuchaliśmy Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Zespołu Reprezentacyjnego. Grali w klubach, niewielkich salach akademików, grali i śpiewali tak, że każdy, naprawdę każdy człowiek z odrobiną serca i sumienia stawał się opozycjonistą, choćby tylko “wewnętrznym”.

Po latach, gdy zaciera się granica między rzeczywistością z lat naszej młodości, a naszymi wyobrażeniami o sobie samych, wszyscy wierzymy, że naprawdę byliśmy opozycjonistami, walczyliśmy o ukochaną, wolną, Najjaśniejszą Rzeczpospolitą.
I nie ma w tym nic złego, dopóki nie wpadniemy na pomysł, że coś się nam za to należy.

iza leszczyna

Powrót