7 stycznia 2013

Wielki Inkwizytor Ziobro

Porównanie  “sprawy doktora G” z mrocznym czasem inkwizycji  może wydać się mocno na wyrost, ale trudno nie znaleźć podobieństwa pomiędzy systemem śledczo-sądowniczym rodem ze średniowiecza a stylem pełnienia funkcji ministra sprawiedliwości przez Zbigniewa Ziobrę.
Zrobił to zresztą sam sąd, tyle że porównanie znalazł w nowszej historii: w czasach stalinowskich. I chwała sędziemu za to, że to zrobił. Gdybyśmy posłuchali innych uzasadnień wyroków, okazałoby się, że sędziowie zawsze pouczają, komentują i wyrażają swoją opinię, a że komentarz tym razem był skierowany także  do prowadzących śledztwo? No cóż, każdy dostał to, na co zasłużył: doktor biorący łapówki – sprawiedliwy wyrok, a przekraczający swoje uprawnienia funkcjonariusze publiczni będą musieli tłumaczyć się przed prokuratorem. Na tym właśnie polega państwo prawa.

I sama nie wiem, czy bardziej oburza mnie sposób działania Ziobry sprzed kilku lat,  czy fakt, że dzisiaj, zamiast posypać głowę popiołem, przeprosić lekarza (!),  jego pacjentów, wszystkich pacjentów oczekujących wtedy na przeszczep, a wreszcie całą opinię publiczną, Ziobro idzie w zaparte i stara się wmówić nam, że wyrok sądu potwierdza słuszność jego oskarżeń. Podchwyciły to skrzętnie prawicowe i tabloidowe media, umieszczając na pierwszych stronach krzykliwe nagłówki o winie doktora G.

Można by pomyśleć, że to jakaś paranoja, ale to o wiele groźniejsze zjawisko: to cyniczna próba odwrócenia uwagi od skandalicznego, łamiącego prawa  człowieka  postępowania byłego ministra sprawiedliwości i podległych mu służb. Żeby osiągnąć taki cel, Ziobro od kilku dni usiłuje nas przekonać, że przyjmowanie łapówek przez lekarza i narażanie na śmierć pacjentów mają taki sam ciężar gatunkowy, powinny podlegać podobnej karze i w zasadzie można postawić między nimi znak równości.
A jeśli ktoś ośmieli się sprzeciwić tej tezie, natychmiast jest odsądzony od czci i wiary jako zwolennik korupcji, członek układu i obrońca rywinlandu.
Ziobro, Kamiński, Błaszczak zachowują się tak,  jakby w naszym kraju nie było setek/tysięcy(?) pacjentów, którzy z własnej  i nieprzymuszonej woli (!)  chcą odwdzięczyć się lekarzowi za przywrócenie zdrowia, ani lekarzy tę wdzięczność przyjmujących. Ot, znalazła się jedna czarna owca, którą wypatrzył minister sprawiedliwości i tyle.
Tymczasem problem jest i pewnie długo jeszcze, razem z innymi przejawami homo sovieticusa, w naszym społeczeństwie będzie. Ale to akurat nie był problem, z którym  chciał walczyć dzielny minister Ziobro.

izabela leszczyna

Powrót