Czwartek, 11 marca 2010 r.
 
  Strona główna » Niecodziennik
Oficjalnie »
Prywatnie »
Niecodziennik
Kontakt »
Oficjalnie
Prywatnie
Niecodziennik
Niecodziennik


7 marca 2010

Zapowiedzi programowe PiSu przypominają jako żywo słowa piosenki Wojciecha Młynarskiego: "Co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie, co by tu jeszcze spieprzyć?"
Prawo i Sprawiedliwość ma na to pytanie kilka gotowych odpowiedzi, bo przecież zawsze znajdzie się coś do zepsucia, np. gimnazja. A co szkodzi zapowiedzieć ich likwidację? Naród z wdzięcznością przyjmie takie deklaracje, bo przecież "wszyscy" mówią, że w gimnazjach źle się dzieje, że praca w nich jest trudna, że młodzież w wieku szalejących hormonów, że zróżnicowana intelektualnie, a liceum przez to za krótkie, nie sposób uczniów przygotować do matury, itd. itd...
Co szkodzi utrwalić ten stereotyp, jeśli wdzięczni rodzice i nauczyciele staną się zwolennikami nowej idei i zagłosują na partię antygimnazjalną? Kalkulacje PiSu są takie: można liczyć na tych z liceum, są najbardziej konserwatywni, a niektórzy wciąż tęsknią do starego porządku i do starej matury, bo taka ambitna była i nieogłupiająca, sami uczyli, sami sprawdzali, a że na studia się abiturient nie dostał? to zupełnie inna bajka, bo przecież uczelnie mają swoje wymagania. Nauczyciele gimnazjum też mogliby zasilić elektorat, bo kto chciałby pracować w trudnych warunkach, jak mógłby w łatwych? mam nadzieję, że wnioski po dyskusji na kongresie PiSu rozwieją moje wątpliwości co do konkretów. Choć chyba nie jest ważne, czy ta zadyma przybiera jakiś kształt realny, bo i tak nie zdąży się zmaterializować, jak większość zapowiedzi byłego ministra edukacji w rządzie PiS. Wstyd mi jednak za polityków, którzy za nic mają fakty, wyniki badań, a wreszcie zdrowy rozsądek, bo jak można mówić, że zlikwiduje się szkołę, która od dziesięciu lat jest elementem systemu edukacyjnego. Systemu, który po raz pierwszy wprowadził Polskę na salony świata, salony, gdzie dyskutuje się o wynikach i osiągnięciach uczniów, gdzie mierzy się przyrost wiedzy i umiejętności. To gimnazjum  właśnie jest pierwszą szkołą, która dała szansę na wyliczenie, czy uczeń, który przychodzi z podstawówki rozwinął się w tej szkole, czy raczej "zwinął". I ten pomiar dotyczy każdego ucznia, zdolnego, słabszego i całkiem słabego także. To jest wielkie, właściwie bez przesady można powiedzieć, dziejowe osiągnięcie! 
PiS mówi o przywróceniu szkole wymiaru ogólnokształcącego. Przecież to gimnazjum właśnie wydłuża o rok kształcenie ogólne. Dawniej, po ośmioletniej podstawówce, część młodzieży szła do zawodówek, dzisiaj idą tam uczniowie po dziewięciu latach nauki, a nie po ośmiu! Dzięki wydłużeniu kształcenia ogólnego o rok nasze piętnastolatki osiągają o wiele wyższe wyniki w międzynarodowych testach PISA (Programme for International Student Assessment) prowadzonych w krajach OECD niż osiągały w starym systemie edukacyjnym. Trzeba złej woli, żeby tego nie widzieć! Nie da się znaleźć usprawiedliwienia dla partii politycznej, która chce powrotu do gorszych rozwiązań. Nie ma usprawiedliwienia dla populizmu i demagogii w dziedzinie tak istotnej i delikatnej, jak edukacja.
Gimnazja potrzebują wsparcia, to fakt, potrzebują wyszkolonych pedagogów, dobrych psychologów, efektywnie funkcjonujących poradni psychologiczno-pedagogicznych, potrzebują wreszcie wyjątkowych, świetnie przygotowanych nauczycieli - dydaktyków i wychowawców jednocześnie. Żeby osiągnąć taki stan,  nie wolno w koło powtarzać, że gimnazjum jest złe, bo to, jak samospełniająca się przepowiednia! Nie wolno też utrzymywać wrażenia  tymczasowości tej szkoły, to nigdy nie służy jakości, raczej ją pogarsza.
Nie wolno wreszcie dążyć do stworzenia jednej szkoły, do której będą chodziły sześciolatki i piętnastolatki. Co łączy sześcio- i piętnastolatka? Szkoła ma być bezpieczna dla malucha i interesująca dla nastolatka i taką ewolucję programowo-organizacyjną zaproponował MEN. Ewolucję, w której gimnazjum ma zbliżyć się do liceum, a oderwać od podstawówki, a nie odwrotnie!
I ostania już uwaga: gimnazja nie są takie same, są różne i mają, jak wszystkie szkoły, różne problemy. Problemy mają też szpitale, czy to znaczy, że mamy je zlikwidować?

 

iza leszczyna
 

2010-03-07 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


4 marca 2010

I znowu góra urodziła mysz :(( Narodowa Rada Rozwoju obradująca ponad pięć godzin w Pałacu Prezydenckim rozeszła się z....niczym. Miało być merytorycznie, a było, jak zwykle: trochę piany, wiele ogólników i profesorskiego górnego C. Nie to, żebym nie lubiła debat naukowych na temat roli państwa i zadań rządu wobec obywateli. Lubię, ale na uczelniach i podczas seminariów, a nie na posiedzeniu gremium, które mieni się być ciałem doradczym Prezydenta RP!!! Doradcy w chwilach trudnych (a deficyt przecież duży, dług publiczny jeszcze większy, PKB choć wciąż rośnie, to nie w takim tempie, żeby ekonomiści spali spokojnie) powinni szukać racjonalnych i konstruktywnych rozwiązań, a nie trwonić czas, za który płacą podatnicy, na akademickie dyskusje o istocie państwa! Zresztą niechby Prezydent (w końcu profesor) spotykał się z innymi profesorami, prowadząc intelektualne dyskusje, tylko niech nie nadaje temu rangi wydarzenia politycznego brzemiennego w pozytywne dla Polski skutki. To raczej jest wydarzenie towarzyskie i jako takie oceniam je pozytywnie. Szkoda tylko, że I Pakiet Reform z Planu Rozwoju i Konsolidacji Finansów, który był bodaj jedynym konkretem podczas spotkania, nie doczekał się nawet merytorycznego komentarza. No bo nie jest merytoryczną opinią stwierdzenie, że kierunki są może słuszne, ale Prezydent odniesie się dopiero do projektów ustaw! Te kierunki spisano na 20 stronach i każdy, kto tworzył prawo (a Lech Kaczyński był posłem, ministrem, więc wie, jak to się robi) ma świadomość, że istota zawarta jest właśnie w założeniach, bo o konkretne artykuły możemy spierać się później w Sejmie, ale to, na czym ma polegać zmiana określa się na wejściu w proces legislacyjny. Czy Prezydent chce, żeby sztaby urzędników pracowały nad rozwiązaniami, które on jednym podpisem wyrzuci do kosza? Nie stać na to Polski. Więc może niech Prezydent zaproponuje coś w zamian, skoro 12 mld. z I Pakietu, to dla niego za mało, bo potrzeba 50 mld! Prezydent hołduje zasadzie wszystko albo nic! Jak nie ma sposobu na znalezienie od ręki 50 mld. to po te 12 się nie schylajmy, szkoda fatygi! To filozofia mniej więcej taka: jestem komuś winna 1000 zł., ale mam tylko 300, więc kupię sobie perfumy, bo przecież i tak nie mam na spłacenie całego długu! Pogratulować myślenia ekonomicznego! No ale już raz w Sejmie mieliśmy okazję słyszeć rady Pana Prezydenta na kryzys. Spuśćmy jednak na nie łaskawą zasłonę milczenia!

 


iza leszczyna


 

2010-03-04 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


27 lutego 2010

Święte oburzenie, bo przecież Polska to nie "dziki kraj". Niemal każdy poproszony o komentarz polityk uznał za stosowne odciąć się od tych STRASZNYCH słów. Bo przecież "ojczyznę kochać trzeba i szanować, nie deptać flagi i nie pluć na godło", tyle tylko, że w ustach lidera T LOVE brzmi to zwyczajnie, a przez to autentycznie, w ustach polityków pobrzmiewa fałszywa nuta... Czyżby chodziło tylko o poprawność polityczną? Tę wielką ideę, u źródeł której leżało przekonanie, że będzie służyć tolerancji i wyzwalać w ludziach szacunek wobec siebie bez względu na wielość różnic między nami? Szkoda, że dzisiaj poprawność polityczna to wymówka, którą niektórzy politycy przykrywają swoją małość i tchórzostwo. W najlepszym razie poprawność polityczna jest narzędziem służącym do zdobywania poklasku wyborców. No bo czy nie pięknie brzmią słowa: Jestem dumny/dumna z Polski, Polska nie jest dzikim krajem, to piękny, duży kraj leżący w centrum Europy. Nic ująć, a dodać można tylko: Niech żyje Biało-Czerwona!!! Tak, koniecznie trzeba zaznaczyć swój wielki patriotyzm, szczególnie wielki na tle braku patriotyzmu Drzewieckiego. No bo co to za patriota, któremu cierpienie po śmierci matki odbiera jasność widzenia, a nawet rozum na tyle, że szkaluje własny kraj? Na dodatek gra w golfa i to na Florydzie. Czy tak postępują dobrzy Polacy?
Szkoda, że większość komentatorów nie zwróciła uwagi, że wydarzeń niepolitycznych nie powinno się opatrywać komentarzem politycznym. Tu trzeba raczej psychologa lub terapeuty. Wywiad Drzewieckiego z Florydy nie miał charakteru politycznego, to nie był wywiad ministra ani nawet członka PO, to była wypowiedź człowieka dotkniętego traumą. Nie ma sensu zastanawiać się i analizować, czy to są oskarżenia sensowne i racjonalne. Bo poczucie krzywdy nigdy nie jest racjonalne, zawsze jest emocjonalne i subiektywne.
Nie jestem psychologiem, więc nie będę silić się na psychoanalizę przypadku pt. "Drzewiecki",  choć zwyczajna ludzka empatia każe mi współczuć. Jestem politykiem i myślę, że jedyny sensowny komentarz polityczny do tego wydarzenia może być taki: Platforma Obywatelska wie, że ludzie oczekują od elit rządzących, że będą, jak żona cezara. I jesteśmy, jak żona cezara: Mirosław Drzewiecki nie jest już ministrem sportu i nie jest skarbnikiem PO. Co jeszcze mamy zrobić? Zastrzelić Drzewieckiego, żeby uczynić zadość świętemu oburzeniu opozycji? A może wystarczy panom Napieralskim i Putrom przypomnieć słowa Fredry "Znaj proporcję, mocium panie."

Aby zapoznać się z materiałem filmowym  KLIKNIJ.

 



iza leszczyna

 

2010-02-27 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


18 lutego 2010

Parytet (od łacińskiego paritas czyli równość) wzbudza wiele emocji, pewnie więcej niż na to zasługuje. Debata sejmowa wokół obywatelskiego projektu ustawy zmieniającej ustawę ordynacja wyborcza starała się być racjonalna, ale była emocjonalna. Nikt, jak powiedziałaby Violetta z Brzyduli, nie wymyślił proszku, podczas sejmowych wystąpień. Wypowiedziano tyle samo nieprawdziwych stereotypowych zdań, co zdań oczywistych. Moje koleżanki i koledzy w dobrej wierze i w poczuciu misji dziejowej wchodzili na sejmową mównicę, żeby dać świadectwo swoim poglądom i tchnąć w ułomną polską demokrację nowego prawdziwie demokratycznego ducha. Co ciekawe, za kreatorów nowoczesności uważali się zarówno ci, co byli za, jak ci, co byli przeciw parytetom. Wszyscy mieli rację i nikt nie miał racji. Używano wyrazu dyskryminacja, a tymczasem problemem jest dominacja, a źródła jej nie leżą w prawie, ale w utrwalonej przez tysiąclecia kulturowej roli kobiety. To tradycyjne role płci w rodzinie są sprzeczne z ideałami równości w życiu politycznym.  Zasadne pozostaje pytanie: od czego należy rozpocząć zmianę? Od życia prywatnego/rodzinnego, bo tu właśnie tradycyjna rola kobiety jest najbardziej ugruntowana? Od życia publicznego, bo je możemy regulować prawem skuteczniej i w większym zakresie? Co ma szansę stać się wytrychem?
Z jednej strony buntuję się przeciwko parytetom, ilekroć myślę o osobnikach rodzaju męskiego, którzy mówią, że jakaś kobieta dostała się do sejmu, bo miała duży dekolt na plakacie wyborczym. W takich mężczyznach wprowadzenie parytetu utrwali szowinistyczne przekonania o funkcjonowaniu kobiet w świecie w ogóle. Przypięta zostanie nam łatka, że mamy niezasłużony bonus, w skrajnym przypadku usłyszymy, że wystarczy być kobietą, żeby zostać politykiem.
Z drugiej strony myślę, że dominacji mężczyzn należy upatrywać nie w dyskryminacji kobiet podczas rekrutacji na poszczególne stanowiska, w tym polityczne, ale we wcześniejszym definiowaniu stanowisk. Wystarczy w ogłoszeniu o naborze napisać, że pracownik musi być dyspozycyjny. Jeśli pracy szuka małżeństwo z małym dzieckiem i oboje mają identyczne kwalifikacje, to tę pracę dostanie mężczyzna:(
Problem jest, ale jest bardzo złożony. Ja mogłam iść do pracy po studiach tylko dlatego, że mama odbierała moją córkę z przedszkola, bo ja w niektóre dni pracowałam do 19.00. Przedszkola muszą być otwarte dłużej, żłobki nie mogą straszyć samą nazwą, a prace domowe nie mogą być deprecjonowane. Długa droga przed nami, ale chyba musi zacząć się w sejmie. Nie jestem tylko pewna, czy te ponad 60% społeczeństwa, które deklaruje poparcie dla tej ustawy, widzi i - co chyba ważniejsze -  aprobuje o wiele szerszy niż dyskutowany podczas debaty kontekst nowego prawa?

 

iza leszczyna

2010-02-18 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


10 lutego 2010

Jak to dobrze, że jestem członkiem Komisji Finansów Publicznych a nie Komisji Skarbu Państwa. I wcale nie dlatego, że praca w tej drugiej jest mniej ciekawa, ale dlatego, że członkiem Komisji Skarbu jest poseł Suski z Prawa i Sprawiedliwości. Nigdy poczucie humoru i szczególny rodzaj przyciężkawej polemiki uprawianej przez Pana Posła nie były mi bliskie, ale w dzisiejszym wystąpieniu poseł Suski przeszedł samego siebie. Otóż podczas pierwszego czytania ustawy o zmianie ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji zgłosił wniosek formalny o odrzucenie tego projektu w ogóle, bo posłowie Platformy Obywatelskiej chcieli przecież narazić budżet państwa na milionowe straty, co prawda w ustawie o grach i zakładach wzajemnych, ale wg posła Suskiego chcieli i już. Ponieważ na posiedzeniu połączonych Komisji nie było Freuda, więc nikt nie rozumiał, o co posłowi Suskiemu chodzi? A on najzwyczajniej w świecie uległ zjawisku znanemu w psychoanalizie jako "przeniesienie". Co prawda dotyczy ono relacji między ludźmi, ale Pan Poseł zastosował je do ustaw i przeniósł swoją niechęć do ustawy hazardowej, która nigdy nie ujrzała światła dziennego (czytaj: nie trafiła do sejmu) na ustawę o komercjalizacji i prywatyzacji. W odpowiedzi na pytania posłów o to, co wspólnego mają te ustawy, że w głowie posła zlały się w jedno, usłyszeliśmy, że przecież obie dotyczą pieniędzy. Ot, logika godna posła Suskiego.

Ale to nie jedyny problem podczas 60. posiedzenia Sejmu.

Są jeszcze papierosy :(

Palić albo nie palić? To w zasadzie nie jest żaden dylemat. Wiadomo: nie palić. Ale jak już ktoś pali? Pokusa, żeby zabronić ustawowo jest duża i na pierwszy rzut oka uzasadniona społecznie. Tę drogę wybrali Włosi i Irlandczycy. Dlatego uważam, że miejsca publiczne, takie jak przystanki autobusowe, klatki schodowe, windy (naprawdę niektórzy palą w windach) powinny być objęte zakazem palenia, a w instytucjach publicznych można by palić tylko w miejscu wyznaczonym (jeśli takie jest zorganizowane, ale nie wprowadzałabym konieczności jego wyodrębnienia). Za to puby, kluby i inne miejsca, gdzie ludzie przychodzą się bawić zróżnicowałabym, bo jedni bawią się bez papierosa, a inni z papierosem. Decyzję o miejscu, w którym spędzą wieczór, ludzie podejmą, głosując nogami. Być może gdzieś będzie pusto i właściciel zmieni swój stosunek do nałogu. Tylko gdzie ja wtedy pójdę? Tam, gdzie się pali, żeby być z mężem, czy tam, gdzie nie ma dymu, ale sama? :)

 


iza leszczyna

2010-02-10 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu

 
   
Strona główna | Prywatnie | Niecodziennik | Kontakt


© Copyright Izabela Leszczyna 2010            Wszelkie prawa zastrzeżone
             Osób online: 3

             Design by: Studio Manifesto