Piątek, 30 lipca 2010 r.
 
  Strona główna » Blog niecodziennik » Wszystkie wpisy
Oficjalnie »
Prywatnie »
Niecodziennik
Kontakt »
Portale Społecznościowe »
Oficjalnie
Prywatnie
Niecodziennik
Blog

30 stycznia 2009


Gdy patrzę na spot, w którym panie z PiSu przekonują Polaków o wyższości rządów Kaczyńskiego, Leppera i Giertycha nad rządami Tuska i Pawlaka, przypominają mi się  reklamówki lalki Barbie sprzed 20 lat. Nie dlatego, żeby minister Kluzik-Rostkowska (czy jej dwie koleżanki) przypominały w czymkolwiek blond piękność zza oceanu, ale dlatego, że poziom mistyfikacji jest porównywalny. Reklamówki Barbie też wmawiały nam, że Ken jest jej mężem, a różowy kabriolet rozwija zawrotną prędkość, wioząc ich w krainę dobrobytu...
Niestety miliony małych dziewczynek na całym świecie (w tym moja Kasia, stąd wiem, co mówię) uległy tej iluzji i trzeba było długonogą lalkę kupić:(
Mam nadzieję, że 20 lat demokracji uodporniło Polaków na reklamę i, że potrafią odróżnić plastikowy, wykreowany świat zmyśleń i przekłamań od faktów (ale głowy bym nie dała). Choć z drugiej strony moda na Barbie chyba się skończyła, więc może jest nadzieja?

Nie umiem też dzisiaj powiedzieć, czy rządy Platformy Obywatelskiej - w czasach kryzysu na rynkach finansowych i recesji gospodarki - to bardziej pech mojej partii czy jednak szczęście w nieszczęściu Polaków, bo gdyby rządziła dzisiaj lewica albo Prawo i Sprawiedliwość, to strach się bać. I nie mówię tego bezpodstawnie, ale w oparciu o wypowiedzi posłów tych ugrupowań w sejmie.

A żeby nabrać dystansu do spraw ziemskich, wybieram się na wykład Jacka Napieralskiego w ramach Uniwersytetu III Wieku "Styczniowe niebo" (mam szanse być najmłodszym słuchaczem:)

iza leszczyna

p.s. Przed chwilą w TV powiedzieli, że firma Mattel - sprzedająca lalki Barbie - obchodzi 50. urodziny i przeżywa kryzys sprzedaży. Może to dobrze, że gusty małych Polek przestanie kształtować Barbie?
 

2009-01-30 Liczba komentarzy (3) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


24 stycznia 2009


"Wielkim problemem tego świata jest, że głupcy i fanatycy są tak pewni swych racji, a ludzie mądrzy — tak pełni wątpliwości".
Powyższe słowa, których autorem jest Bertrand Russel, niech będą moim komentarzem do powołania na ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy. To, co na pewno mogę o nim powiedzieć, to, że jest mądry i dobry. To wystarczające kwalifikacje dla każdego na każdą, nawet najwyższą funkcję państwową. Mówiąc "dobry", myślę: uczciwy w działaniu i słowach(!) i bardzo życzliwy dla ludzi, szanujący każdego człowieka, bez względu na jego status i poglądy.
Poznałam Andrzeja w Częstochowie, dzięki Jego Przyjaciołom, zanim jeszcze zostałam posłem. Później, już w sejmie, pomagał mi w pierwszych trudnych miesiącach, mówił, co muszę przeczytać, czego się nauczyć, czym warto się przejmować, a do czego trzeba mieć dystans. Taki mądrzejszy, bardziej doświadczony kolega to naprawdę skarb. Drugą osobą, w Klubie PO, z którą takie przyjacielskie rozmowy cenię sobie wysoko, jest marszałek Niesiołowski. Mam nadzieję, że nauka, jaką od tych dwóch legend podziemnej Polski pobieram, nie pójdzie w las:)

O wielkiej skromności i pokorze Andrzeja Czumy może świadczyć zdanie, które powiedział, gdy gratulowałam mu nominacji: "Jeszcze nie wiadomo, czy wyjdzie z tego coś dobrego."
Oczywiście, że nie wiadomo, bo nie mamy daru widzenia przyszłości, ale obejmowanie urzędu z refleksją, że nie jesteśmy nieomylni, ale robimy coś po to, aby czynić dobro, wróży chyba jak najlepiej (wyszło mi trochę patetycznie, ale w końcu mówimy o Ministrze Sprawiedliwości w Najjaśniejszej Rzeczpospolitej:)

W każdym razie ja na pewno trzymam kciuki!


izabela leszczyna
 

p.s. a co do ministra Ćwiąkalskiego, to oczywiste jest, że nie ponosi winy za samobójczą śmierć jakiegoś zbrodniarza, ale standardy polityczne w PO, na szczęście, są inne niż w PiS, a minister odpowiada głową za każde niedopatrzenie w jego resorcie, tak jak dobry przełożony bierze na siebie winę podwładnego, gdy zostaje wezwany na dywanik do swojego szefa, i choć czasem jest to bolesne, tak powinno być.

2009-01-24 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


19 stycznia 2008


Oglądałam dzisiaj koncert dla Baraca Obamy. Mógł się podobać albo nie, to sprawa drugorzędna. To, co mnie zaintrygowało, to szczególny rodzaj patriotyzmu, zupełnie nieobecny w Polsce. Bo my kochamy nasz kraj, jak coś abstrakcyjnego, ewentualnie historycznego, ale nie daj Boże coś realnego i współczesnego, bo przecież brzydzimy się polityką i nie lubimy polityków, nie szanujemy ich, a często uznajemy za leni i złodziei, a w najlepszym razie za niedouczoną bandę konformistów. Tak nawet wypada, to stało się trendy: lekkie skrzywienie twarzy na dźwięk słowa "polityk".To zjawisko jest doskonale widoczne w czasie kampanii, gdy żaden z liczących się artystów nie chce głośno i jednoznacznie popierać żadnego kandydata, bo przecież prawdziwa sztuka ma byż wolna. Ale właściwie wolna od czego? Od idei, wartości, od miłości do ojczyzny? To po co komu taka sztuka? Sama Forma? Istnieje tylko w manifestach artystycznych albo jest zjawiskiem marginalnym.
Że nie ma u nas autorytetów? Ale przecież Amerykanie też nie wiedzą jeszcze, jakim prezydentem będzie Obama, ale dali mu szansę i kredyt zaufania, a niektórzy artyści swoje poparcie dla niego traktują jak obowiązek wobec Ameryki właśnie, bo widzą w nim konieczną dla tego kraju zmianę.
Że polityka/politycy w Polsce nie stoją na odpowiednim poziomie? To można, a nawet trzeba zmieniać, ale naprawdę nie da się tego zrobić siedząc na kanapie i narzekając na fatalną jakość dyskursu politycznego, brak intelektualnej debaty i prymitywny język osób kreowanych w mediach na elity polityczne.
Chciałabym doczekać czasów, gdy patriotyzm polski będzie bardziej amerykański:)

Epilog:

Mnie przeszkadza nie tylko prymitywny, czy wręcz prostacki język i dowcip typu "ktoś ma kogoś w...Dolomitach" (poseł Kurski). Przeszkadza mi także, gdy poseł mówi Pajacowie zamiast Pajace (napisałam dużą literą, bo to było o osobach, o posłach, a konkretnie posłach PO, a mówiąca to oczywiście poseł Nelly Rokita-Arnold:)

iza leszczyna

2009-01-19 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


14 stycznia 2009


Jakiego Palikota chcą ludzie? Jakiego Palikota chcą media? Jakiego Palikota chce Platforma?


Ludzie chcą Palikota dowcipnego, wojowniczego i mądrego jednocześnie. I Palikot w zasadzie taki jest. Media chcą Palikota wyrazistego i skandalizującego, bo wtedy rośnie oglądalność. I w zasadzie Palikot taki jest. Platforma chce Palikota skutecznego w Komisji Przyjazne Panstwo i odważnego, ale odwagą graniczącą z brawurą i zuchwalstwem, bo inna w mediach się nie przebije. I w zasadzie Palikot taki jest. O co więc chodzi? Dotychczasowe zapytania posła Palikota, a to o zdrowie Prezydenta, a to o czyjąś orientację seksualną, o kota, czy brak rodziny wydawały mi się głupawe,  trochę śmieszne, ale niestety nie tą wyższą odmianą humoru  intelektualno-abstrakcyjnego. Można było się wtedy obruszyć, a nawet oburzyć,  to zawsze zależy od różnej, u każdego z nas, granicy dobrego smaku. Ostatnie wystąpienie Palikota było natomiast jednym z niewielu merytorycznych (nie chcę powiedzieć, że merytorycznie się Pan Poseł nie wypowiada, tylko media nie są tymi wypowiedziami zainteresowane, co innego łeb świni, to puści się w czołówce przez kilka tygodni, kilka razy dziennie). Właściwie od początku wypowiedź Palikota została zmanipulowana, przez wszystkich, którzy  poddali ją analizie niemal językoznawczo-etymologicznej. Bo przecież Palikot  politykę oskarżył o prostytuowanie się, nie byłą minister! jej zarzucił  tylko/aż, że tej prostytucji polityki także uległa. Czy gdyby Pani Poseł Gęsicka była mężczyzną, to słowa te uraziłyby nas tak samo? Chyba nie, ale zrobiliśmy nieuprawnione niczym zestawienie: prostytucja - kobieta. No, tak to nie będziemy rozmawiać!!! I podniosły się wrzaski pełne świętego oburzenia. A przecież była Pani Minister powiedziała nieprawdę (to chyba większy grzech niż używanie brzydkich wyrazów?) i to podwójną, bo nie tylko podała zaniżony wskaźnik wykorzystania funduszy; gorsze było to, że sama będąc doskonale zorientowana w zarządzaniu środkami unijnymi i projektami realizowanymi z ich udziałem, wie dobrze, że wydane dzisiaj pieniądze nie są właściwym wskaźnikiem poziomu absorpcji. Mamy rok 2009 (styczeń!), a okres programowania obejmuje 2007-2013, z czego cały 2007 rok Minister Bieńkowska, i inni ministrowie także, poświęcili na "sprzątanie" po poprzednikach. Trzeba było uporać się z listami indykatywnymi (czyt. projekty typu geotermia ojca Rydzyka), zbudować podstawy prawne do budowania autostrad (ustawa środowiskowa, partnerstwo publiczno-prywatne, itd.)

 

I w końcu, czy powiedzenie, że gardzi się jakimś człowiekiem nie jest równie niedopuszczalne, jak powiedzenie, że ktoś ulega prostytucji w polityce? Zawsze, gdy polityk zachowa się niegodnie, warto robić aferę na pół Polski, tylko znajdźmy dobrą i sprawiedliwą miarę dla wszystkich.
 

   
iza leszczyna

 
2009-01-14 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


10 stycznia 2009


Media odtrąbiły sukces stowarzyszenia "ratujmymaluchy" i PiSu, po czym okazało się, że zwycięstwa nie ma, bo w projekcie ustawy o oświacie od początku zapisane było prawo rodziców do decydowania o tym, czy sześciolatek ma pójść do szkoły, czy pozostać w przedszkolu. To prawo przysługiwać będzie rodzicom przez trzy lata, które są czymś w rodzaju pilotażu reformy obniżającej wiek, w którym dziecko objęte jest obowioązkiem szkolnym. I właśnie ten obowiązek stał się kością niezgody, a raczej niezrozumienia, które skrzętnie wykorzystali posłowie opozycji, żeby wprowadzić zamieszanie:(
Otóż w polskim prawie funkcjonuje od lat termin "obowiązek szkolny". Prawo musi operować precyzyjnymi terminami i dlatego nie powinno się wprowadzać nowych terminów, jak chcieli przedstawiciele "ratujmymaluchy", mówiąc o prawie do nauki.

Historia tej niepotrzebnej awantury była taka:
1. W pierwotnej wersji projektu ustawy był zapis o tym, że sześciolatki zostają objęte obowiązkiem szkolnym, ale na wniosek rodzica mogą pozostać w przedszkolu (dawna zerówka).

2. "ratujmymaluchy" chciało, aby zapisać, że sześciolatki będą objęte prawem do nauki i Pani Minister Hall zgodziła się na tę psychologiczną zmianę, bo przecież nie była merytoryczna.

3. Legislatorzy uznali, że termin "prawo do.." wprowadzi niepotrzebny zamęt i wychodząc naprzeciw oczekiwaniom opozycji i stowarzyszenia zaproponowali zapis: "sześciolatek, na wniosek rodziców, zostają objęte obowiązkiem szkolnym".

I jaka była reakcja opozycji i rodziców ze stowarzyszenia "ratujmymaluchy"? Krzyk, że zostali oszukani, bo znów jest "obowiązek" a nie "prawo". Litości!!! Czytajmy ze zrozumieniem, bo to potrafi, wg badań PISA, nawet szóstoklasista! Jeśli "obowiązek" jest na wniosek rodzica, to przecież pozostaje "prawem do...", bo rodzic musi napisać wniosek o przyjęcie dziecka do szkoły, a jeśli tego nie zrobi, to nie i koniec!

Miłego weekendu:)


iza leszczyna

2009-01-10 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


8 stycznia 2009


Dzisiaj o edukacyjnej amnezji PiSu...
Wszystkie partie, idąc do wyborów umieściły w swoim programie obniżenie wieku, w którym dzieci podlegają obowiązkowi szkolnemu. Bo to wyzwanie cywilizacyjne, bo lepszy start w dorosłość, bo konkurencyjność wobec innych państw w obszarze wiedzy, wykształcenia, itd....
Tymczasem od połowy grudnia trwa dyskusja nad projektem nowelizacji ustawy wprowadzającym obniżenie wieku szkolnego i to właśnie te zapisy wywołują najwięcej emocji. Rozumiem, że kilkoro rodziców mających inne poglądy na rozwój swoich dzieci zrobiło wszystko, zeby nadać sprawie rozgłos i nagromadzić wokół tej idei wiele negatywnych emocji. To prawo rodziców, a w demokratycznym państwie prawa się przestrzega. I dobrze. Ale dlaczego posłowie wykazują podobny brak świadomości i zgłaszają tysiące zastrzeżeń do każdego artykułu i każdej poprawki, bez propozycji konstruktywnych. Wyjątkiem jest tu Klub SLD, który pilotuje projekt obywatelski - złożony przez Przewodniczącego ZNP, więc ma swoje pomysły, czasem są nierealne, jak np. finansowanie z budżetu państwa poprzez subwencję oświatową wychowania przedszkolnego dla trzy-, cztero- i pięciolatków. To rozwiązanie nie do uniesienia przez finanse państwa, ale i tak lepsze są  merytoryczne argumenty, nawet nie do przyjęcia, niż emocjonalna argumentacja, powtarzana wbrew zdrowemu rozsądkowi.
PiS jak mantrę powtarza się, że nie jesteśmy gotowi, że samorządy nieprzygotowane, rodzice niedoinformowani, dzieci niedojrzałe, nauczyciele niedouczeni. Że trzeba tę reformę odłożyć w czasie.
Ale czy ktoś pamięta reformę, jakąkolwiek, która nie byłaby wprowadzona za wcześnie i za szybko? Nawet do nieszczęsnej ustawy o pomostówkach, która w gruncie rzeczy była ogniwem kończącym reformę emerytalną wprowadzoną 10 lat temu, przymierzaliśmy się parę lat, bo nie byliśmy gotowi.
W ten sposób nigdy nie zeszlibyśmy z drzewa:(

iza leszczyna

2009-01-08 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


3 stycznia 2008


A teraz budżet Częstochowy.

Planowany stan zadłużenia miasta na koniec 2009 roku wyniesie  348 471 279  zł, co stanowić będzie 46,9% prognozowanych dochodów, jeśli dodamy do tego 54 mln długu szpitala miejskiego (miasto musi go przejąć, żeby szpital mógł się przekształcić w spółkę) to otrzymamy  kwotę  402 471 279 zł. A to stanowi  ponad 54 %. Mamy szczęście, że nie jest to 60%, bo wtedy nie moglibyśmy przekształcić szpitala, nawet w optymistycznym wariancie spłaty zadłużenia przez państwo, nie sądzę bowiem, żeby Prezydent zgodził się na przejęcie długu, którego skutkiem jest zarząd komisaryczny miasta. Myślę jednak, że prawdziwym problemem Częstochowy jest nie to, że niepokojąco zbliżamy się do zadłużenia  60% dozwolonego ustawą, ale to, że zadłużamy to miasto bez sensu, to znaczy nie realizujemy żadnych konkretnych celów, a przecież  kredyt jest dopuszczalny tylko jako środek na inwestycję, a my w 2009 roku mamy zamiar zaciągać kolejny kredyt na pokrycie deficytu. To tak, jakbyśmy w naszym domowym budżecie zaciągali jeden kredyt, żeby  spłacić drugi. Zwykle nazywamy to spiralą zadłużenia i szczerze mówiąc dziwię się, że Prezydent ma tak dobry nastrój. Nie wiem, czy to braki w ekonomicznym wykształceniu, czy w wyobraźni?  A może doradcy ds. gospodarki i finansów zawodzą?

Dlaczego zatem PO poparło ten budżet? Powody są co najmniej dwa:

1. Na pierwszej sesji budżetowej nasz Klub postawił warunki, pod jakimi zagłosuje za budżetem. To były ważne inwestycje drogowe; chcieliśmy pokazać, że taki musi być kierunek rozwoju miasta, że trzeba wreszcie ruszyć z zapowiadaną latami budową przebicia ze Śródmieścia do Legionów, że trzeba udrożnić Częstochowę, żeby kierowcy nie musieli przeklinać pod nosem, stojąc w korkach. Prezydent te warunki przyjął – to wszystko. Słowo ważniejsze niż złoto! Może Klub mógł postawić ostrzejsze warunki? Może, ale ważniejszy był drugi argument:

2. DK1 – bo, żeby Częstochowa miała szansę na unijne pieniądze na tę inwestycję, to musi złożyć poprawny formalnie wniosek do konkursu, a jednym z załączników jest uchwała budżetowa na dany rok wraz z Wieloletnim Planem Inwestycyjnym, obejmującym co najmniej okres realizacji projektu oraz dokumenty potwierdzające dysponowanie środkami na współfinansowanie. I to jest najważniejszy powód, dla którego budżet, wraz z zadaniem „Przebudowa skrzyżowania DK1 z al. Jana Pawła II”  musiał być przyjęty. Niestety w polityce funkcjonuje coś, czego nie lubimy, a co nazywamy „mniejszym złem”:(

Oskarżanie Platformy o poparcie dla budżetu w momencie, gdy nasze strategiczne poprawki zostały przyjęte,  jest niepoważne, głosowanie przeciwko byłoby w tej sytuacji schizofrenią, a my jesteśmy uczciwą i konstruktywną opozycją, a nie awanturnikami. Na ostatniej sesji okazało się, że opozycją skuteczną, ale to nie jest wada:)
Mówienie o jakiejś koalicji Wspólnoty z PO to bzdura, Platforma musi wygrać wybory prezydenckie w Częstochowie, ale nie chcemy stosować metody „im gorzej, tym lepiej”, tę pozostawiamy Lewicy, nam za bardzo zależy na tym mieście, bardziej niż na władzy.

iza leszczyna

 

2009-01-03 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


31 grudnia 2008


DO SIEGO ROKU!!!!!!!:))

 

Głosowania nad budżetem na 2009 r.

Prolog:)
Od wielu lat głosowania budżetowe były swoistym targowiskiem, tzn. posłowie napinali muskuły i "wrzucali" poprawki regionalne, a to most, a to stację kolejową, wiadukt, remont budynku uczelni wyższej, itd., itd. Najczęściej autorami "wrzutek" są posłowie opozycji, którzy chcą pokazać swoim wyborcom, że gdyby od nich zależało, to drogi, mosty, szkoły wyższe, kościoły i szpitale w regionie byłyby doinwestowane w najwyższym stopniu. To oczywiście nieprawda, bo gdyby 460 posłów myślało w ten sposób, niemożliwe byłoby realizowanie polityki państwa, a finansów publicznych nie wystarczyłoby już na edukację, ochronę zdrowia, bezpieczeństwo państwa i szereg innych koniecznych wydatków, o których na co dzień w ogóle nie myślimy. Klub Parlamentarny PO postanowił ten niedobry, generujący czasem nieprzemyślane, niepotrzebne wydatki (Włoszczowa) model zmienić. Nie ma żadnych poprawek regionalnych, za budżet odpowiada rząd, premier i poszczególni ministrowie przygotowują go kierując się dobrem wspólnym. To wymaga dyscypliny od całej rządzącej koalicji, bo tylko wtedy udaje się uchwalić ustawę budżetową w wersji proponowanej przez rząd. Są tacy, którzy uważają, że to źle, ja myślę inaczej. Głosowałam przeciwko wszystkim regionalnym poprawkom, tym bardziej, że niektóre z nich łamały istniejące prawo (jak np. finansowanie z budżetu państwa skrzyżowania DK1 z al. Jana Pawła II).
W polityce najważniejsza jest skuteczność, ona wyznacza wartość polityka, dlatego to, czego innym posłom nie udało się uzyskać podczas głosowań budżetowych, ja staram się osiągać innymi metodami.
 

1. Skrzyżowanie DK1 to bardzo ważna  dla Częstochowy inwestycja.  Niestety opieszałość władz miasta i niekompetentny Zarząd Dróg od kilku lat nie potrafią przygotować tej inwestycji tak, aby mogła otrzymać pieniądze unijne. Interweniowałam w tej sprawie  jako radna, niestety Pan Prezydent twierdził, że stopień przygotowania jest wystarczający. Nie był, bo pieniędzy na DK1 nie otrzymaliśmy nie tylko dlatego, że marszałek Moszyński nie lubił Częstochowy, ale dlatego, że ta inwestycja była "w proszku", co potwierdziła swoją decyzją była Minister Rozowju Regionalnego - Gęsicka. Teraz także Prezydent nie zagwarantował w budżecie na 2009 rok nawet złotówki na tę inwestycję, a przecież w 15 lub 17% będziemy musieli ją dofinansować! Dobrze, że zwróciliśmy na ten brak uwagę, teraz jest przynajmniej taki tytuł w uchwale budżetowej miasta. Jeśli wniosek Częstochowy zostanie złożony bez błędów formalnych to z pewnością Częstochowa dostanie pieniądze na tę inwestycję, za którą od roku lobbuję (z innymi parlamentarzystami PO z Częstochowy) u ministra Grabarczyka.
2. Kolejna bardzo ważna dla naszego miasta inwestycja to Politechnika Częstochowska - jej rozbudowa i modernizacja. I tutaj moje starania, mam nadzieję, przyniosą pozytywny skutek. Za wcześnie mówić o konkretach, żeby nie zapeszyć, ale myślę, że nowe władze uczelni są tak energiczne w staraniach o środki finansowe, że wkrótce pewnie będą efekty.

Pozostałe poprawki dotyczły:

- termomodernizacja Rektoratu AJD (AJD dostała sporo pieniędzy, niestety chce je spożytkować na niepotrzebny naszemu miastu Wydział Nauk Społecznych, a termomoedernizacja budynku Rektoratu to sprawa dla regionalnego programu "Infrastruktura Szkolnictwa Wyższego", a nie dla budżetu państwa)
- utworzenie Delegatury IPNu w Częstochowie kosztem zmniejszenia o 1,5 mln. wydatków na obsługę długu publicznego (gratuluję pomysłu! w roku kryzysu finansowego pogłębić dług publiczny, nie myśląc o przyszłości i kondycji państwa, ale za to wywołać parę upiorów przeszłości, jak Cenckiewicz z Gontarczukiem)
- remont linii kolejowej Częstochowa-Żelisławice (ten remont jest nam bardzo potrzebny, a mnie nawet osobiście, bo jeżdżąc co tydzień do Warszawy, nie mogę korzystać z szybkiego Intercity, w przyszłym roku trzeba zrobić wszystko, by znalazły się na tę inwestycję pieniądze, w tym roku się niestety  nie udało, więc pokazowy, bo ze świadomością braku efektu, gest ręki podniesionej na tak, byłby w moim przekonaniu fałszywy)

Epilog:

Gdyby któryś z posłów pokusił się o analizę skutków finansowych poprawek regionalnych, okazałoby się, że deficyt budżetowy naszego kraju wzrósłby tak bardzo, że o wejściu w strefę euro moglibyśmy zapomnieć na najbliższe kilkadziesiąt lat, ale wcześniej musielibyśmy ogłosić bankructwo, jak Islandia:((


p.s. 1.  brak możliwości komentowania nie wynika z chęci zamknięcia komentatorom ust, jutro je włączę; spokojnie to tylko awaria:)

p.s. 2.  Kuba,  mam nadzieję, że szybko wrócisz znad tego morza, bo to przecież nie wakacje:) 

iza leszczyna

2008-12-31 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


28 grudnia 2008


"Tymczasem bez tajemnicy nie ma ani chrześcijaństwa, ani Boga. Wiara nie polega na przyjęciu dogmatycznych twierdzeń, których nie ogarnia ludzki rozum. W ten sposób powstaje najwyżej religijny zaścianek i rodzi się fanatyzm. Wiara to współżycie z tajemnicą, niełatwe, niepokojące, każdego dnia nowe. Człowiek otwarty na Boga jest pewien, a zarazem niepewien; ufa i wierzy, lecz widzi jakby w zwierciadle. Nieskończony wprawdzie ma granice, lecz pozostaje nieskończony. Wierzący rozumnie człowiek nigdy nie zapomina, że Bóg, który wyszedł nam naprzeciw w objawieniu, pozostaje jednocześnie ukryty w nieprzeniknionej tajemnicy. Jej majestatyczna głębia daleko wykracza poza nasze zdolności myślenia i pojmowania. Tajemnica zaś to nie domena uczonych, lecz każdego, kto zechce i potrafi się na nią otworzyć."
Tak pisze Krzysztof Dorosz  w Tygodniku Powszechnym w artykule "Ma granice Nieskończony" i niech to będzie moja refleksja pobożonarodzeniowa:)

Nie wiem, czy wszyscy, ale z pewnością wielu z nas czuje presję końca roku. Sprawy, które odkładaliśmy od września chcemy zakończyć do 31 grudnia, żeby zaległości nie przeszły na Nowy Rok. Przypominamy sobie zeszłoroczne postanowienia, które mają dużą szansę stać się znów noworocznymi:) Przynajmniej moje prawie się nie zdezaktualizowały:( Nie wiem nawet, czy to powód do wstydu, że ich nie zrealizowałam, czy raczej radości, że mam plan dla siebie na 2009 rok:)

Czas końca roku jest przy tym wszystkim dość łagodny i nawet pytanie: Co tam Panie w polityce? nie wywołuje werbalnej agresji, bo polityki w mediach zdecydowanie mniej, więc i u mnie od niej odpocznijmy. Kryzysu jeszcze prawie nie odczuwamy i nawet nie bardzo wiemy, jak mocno nas dotknie, więc na zapas się nie martwimy i słusznie, tym bardziej, że z samego martwienia niewiele dobrego wynika, a może nawet nic dobrego?
Co do moich zaległości "blogowych", to przed końcem roku mam wytłumaczyć moje głosowania w sprawie budżetu na 2009 rok, no i wreszcie uruchomić nową stronę. Miałam nadzieję, że zrobię to w poniedziałek (29.12.) ale mój asystent wybiera się na Sylwestra nad morze i nie miałam serca zatrzymać go w Częstochowie z powodu mojej  strony www.
Ja na Bal Sylwestrowy na szczęście się nie wybieram, więc nie podlegam nerwowości, czy przypadkiem świąteczne ciasto ananasowe nie sprawiło, że sukienka jest jednak za ciasna. Ale cieszę się na Sylwestra, bo uwielbiam, gdy zaczyna się coś Nowego...

iza leszczyna
 

2008-12-28 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


22 grudnia 2008


Ma rację Zbyszek, że za ostro:) ale czasem nie da się inaczej, nawet we własnej kochanej Częstochowie, bo wmówią Ci, że chcesz spalać radioaktywne odpady w centrum miasta:(
Ale to wszystko dzisiaj nieważne, bo...idą Święta. Sianko i opłatek na razie w szufladzie, choinka na balkonie, karpie w dzwonkach w zamrażalniku. W kilku czasopismach i w ogóle w mediach pojawiają się artykuły o tym, że kobiety są przed Świętami przepracowane, że to przekłada się na ich samopoczucie, a raczej stan ciągłego zdenerwowania i później trudno o dobrą atmosferę przy stole i o wspólne kolędowanie. Jest co prawda na to rada, można nie przesadzić ze sprzątaniem (podejść do tego, jak do porządków na niedzielę) i mniej gotować i piec, w konsekwencji mniej jeść, co wyjdzie nam wszystkom na zdrowie. Ja stosuję tę zasadę w tym roku nie tyle z rozsądku, co z konieczności: z sejmu wróciłam w piątek wieczorem, w sobotę byłam gościem na spotkaniu wigilijnym LiTWY, w niedzielę musiałam przecież odwiedzić Częstochowską Aleję Gwiazdkową, a w poniedziałek na sprzątanie za późno, bo trzeba zająć się makiem. We wtorek ubiorę choinkę i upiekę tort makowy, a w środę to już tylko śledź w śmietanie jako metafizyczne danie. Mam nadzieję, że łatwiej mi będzie skupić się na kolędach. Może w tym skupieniu nie zapomnę o karpiu w galarecie - sztandarowym daniu Mamy, które często zapomina wjechać na wigilijny stół:), bo dzieci preferują potrawy ciepłe, a w naszym domu wszystko zawsze kręciło się wokół dzieci i tak nam zostało, chociaż dzisiaj mają już dużo ponad dwadzieścia lat:)

Wszystkiego najlepszego dla Wszystkich na Święta Bożego Narodzenia - iza leszczyna

p.s. przepraszam tych, do których nie zdążyłam zadzwonić z życzeniami i tych, do których nawet nie wysłałam smsa, bo komórka (ta stara, bo nową ukradziono mi kilka tygodni temu:( odmówiła mi posłuszeństwa i zawiesza się ilekroć sms jest dłuższy niż 3 linijki, a ja nie potrafę tak krótko powiedzieć wszystkiego, co chcę, ale naprawdę duuużo, duuużo dobrego dla ludzi dobrej woli.

 

2008-12-22 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu

 
   
Strona główna | Prywatnie | Niecodziennik | Kontakt


© Copyright Izabela Leszczyna 2010            Wszelkie prawa zastrzeżone
             Osób online: 5

             Design by: Studio Manifesto