|
|
| Blog |
|
|
| 23 lutego 2009 |
Sesja, sesja, sesja. Na początku walka o porządek obrad. Czy skreślić punkty dotyczące likwidacji szkół, czy je głosować? Czy przyjąć stanowisko przeciwko Ministrowi Infrastruktury, czy lepiej usunąć je z porządku obrad?
Polityka, polityka tkliwa dynamika...(prawie jak Gałczyński)
Posłów tłum, każdy wystąpił w obronie albo przeciwko (na razie nieważne czego). Prawie wszyscy wspięli się na mównicę, skąd głos bardziej donośny, postać widoczna, a więc i efekt okazalszy. Wybrańcy Narodu, niezależnie od opcji politycznej, byli zgodni: nie damy pogrześć (to z Roty Marii Konopnickiej) szkół, a obwodnica autostrady A1 należy się Częstochowie.
Większość posłów wytrwała do godzin przedpołudniowych, ja okazałam się nie do wyrzucenia i zostałam do końca (czytaj do 18.00, ale nie chcę powiedzieć, że jestem bardziej pracowita, raczej, że pozostali posłowie mieli inne obowiązki). Co prawda kilku radnych dało wyraz swemu niezadowoleniu z (w ich ocenie) nadaktywności posłów, ale pozwoliłam sobie zostać przy zdaniu, że poseł z Częstochowy, jeśli tylko może powinien uczestniczyć w sesji Rady Miasta nie tylko w punkcie "Informacja Prezydenta", żeby znać problemy i ważne dla częstochowian sprawy.
No właśnie "Informacja Prezydenta". Wciąż mam wątpliwości, czy na pewno chcę wiedzieć w ilu konferencjach naukowych brał udział prezydent mojego miasta i jakie filmy obejrzał? Chyba wolałabym usłyszeć, jakie wnioski w konkursach o fundusze unijne złożył, do jakich programów, jakie działania podjął, żeby wnioski te przeszły nie tylko formalną, ale także merytoryczną ocenę, bo tylko wtedy możemy z tej rywalizacji wyjść zwycięsko.
Konkluzja?
Szkół nie zamkniemy, protesty w sprawie harmonogramu prac na autostradzie A1 nic nie dadzą, bo umowa została podpisana (i to nie z niechęci ministra do Częstochowy, a z powodu wcześniej przez jego poprzedników podpisanych umów, których zerwanie kosztowałoby państwo ogromne sumy na odszkodowania, a proces inwestycyjny rozciągnąłby się w czasie jeszcze bardziej)
O pieniądze na Dk1 (skrzyżowanie z Jana Pawła II) zabiegamy bardzo intensywnie i pewnie je dostaniemy, choć nie jest powiedziane, że w konkursie, bo w rywalizacji o fundusze na iwestycje drogowe odpadamy w półfinałach, a czasem w przedbiegach:((
No i na koniec Zapałczarnia!
Gdyby ktoś chciał policzyć ile marek przetrwało na światowych rynkach 100 lat, to na liście oprócz coca-coli, Levis'a i paru innych godnych laureatów znalazłby się czarny kot na pudełku zapałek. Dlaczego, u licha, nie możemy/nie chcemy pomóc tej najstarszej w Europie fabryce zapałek?
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 18 lutego 2009 |
Kryzys. Jest już w Polsce czy jeszcze go nie ma? Jak daleko światowej gospodarce do dna? Podręcznikowe definicje jako parametry kryzysu podają wysokie bezrobocie i spadek PKB, z pieniądzem w czasie kryzysu bywa różnie: inflacja jest najczęściej niska (z deflacją włącznie), ale były też kryzysy z hiperinflacją (jak w Polsce lat 80.) Tak więc - wg podręcznika ekonomii - kryzysu w Polsce jeszcze nie ma, ale wszyscy o nim mówią, wszyscy się go boją i...nikt nie wie, jak się potoczą jego losy. Może nawet los samego kryzysu byłby nam dość obojętny, gdyby nie to, że nasze losy ściśle są z nim powiązane:(
Jedno jest pewne: to nic, że kryzys jest zjawiskiem ogólnoświatowym i przychodzi do naszego kraju z zewnątrz, to nic, że nie jest wynikiem błędnej polityki rządu; oczekiwania Polaków są jednoznaczne - rząd ma nas przez kryzys przeprowadzić, a koszty społeczne mają być jak najmniejsze. To postawa zrozumiała, bo w końcu od czego jest rząd? No właśnie, od czego właściwie jest rząd?
Na pewno nie jest od ratowania przedsiębiorstw, które zawarły z bankami określone, kiedyś korzystne, a dziś zabójcze, umowy (opcje walutowe). Gdyby rząd przyjął postawę interwencjonizmu w tej sprawie, to właściwie powinien ulżyć także doli wszystkich, którzy mają kredyt we frankach szwajcarskich, Przecież jedni i drudzy podpisywali umowy. O tym, że umowę trzeba czytać, a szczególnie to, co jest drobnym druczkiem na samym dole, piszą nawet w pismach dla kobiet.
Dlatego oczekiwania tych, którzy chcą interwencjonizmu państwa są niepoważne. A co z zasadą, że nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania? Nie wspomnę o tym, że to wstyd dla firmy mieć dyrektora, który nie zna prawa! Trzeba go zwolnić, a z bankiem niech rozmawia firma, która czuje się pokrzywdzona. To się nazywa renegocjacja! (sama kilka lat temu zwróciłam się do banku z prośbą o obniżenie marży, ja chciałam o 2 pkt. procentowe, bank obniżył mi o 1 pkt, ale nie prosiłam rządu o pomoc)
Rząd nie jest też od ratowania przedsiębiorstw poprzez skupowanie produkcji, której nie chce już zagraniczny odbiorca. Mógłby być wielkim inwestorem pobudzającym koniunkturę, ale ...nie jest. Polski rząd nie jest i nie będzie takim inwestorem, bo nie ma pieniędzy. Angela Merkel może dopłacać Niemcom do każdego kupowanego nowego samochodu, ale Donald Tusk - nie. Dlaczego? Bo Niemcy są bogatym krajem, a my biednym. Dlatego pomysły opozycji, żeby zamiast oszczędności zwiększać wydatki są nierealne. Żeby wydawać pieniądze, trzeba je mieć. Pieniądze, które możemy przeznaczyć na inwestycje, wystarczą (z trudem) na to, by zaabsorbować środki unijne przeznaczone na lata 2007-2013. Tymczasem rząd musi (i właśnie od tego jest) zapewnić funkcjonowanie państwa (edukacja, służba zdrowia, policja, wojsko, administracja), musi także zapewnić wypłaty rent, emerytur, zasiłków, etc., a więc zadbać o najsłabszych.
Czy utrzymanie deficytu, ułatwienia w wydawaniu śroków unijnych i realizacja planu wejścia w strefę euro (jeśli wezmą nas w tym roku do ERM II) wystarczą? Zobaczymy.
Jutro piję kawę z ministrem Rostowskim, który wie pewnie więcej niż ja;) więc jeszcze do tematu wrócę.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 14 lutego 2009 |
Walentynki, więc niech będzie nie całkiem poważnie, choć czasem bardzo serio;)
Krewnym i Znajomym Królika pewnie prześlę smsa albo ich uściskam, ale chciałoby się też życzyć dobrze Tym, co są spoza Zaczarowanego Lasu (chronologia postaci nieistotna):
Janowi Rokicie życzę, żeby nie latał samolotami, bo to środek lokomocji dla ludzi bez kompleksów, którzy słuchają stewardesy i nie widzą w tym ograniczenia wolności własnej oraz dla tych, co wyzwolili się ze złych mocy PRLu i nie dostrzegają w każdym oficera SB. A jeśli musi latać, to albo bez Nelly, albo bez kapelusza...
Prezydentowi Częstochowy życzę, żeby choć raz do końca kadencji udało mu się złożyć poprawny wniosek o dofinansowanie inwestycji drogowej. Jakiejkolwiek, byle skutecznie, bo nieoficjalne wieści z ostatnich konkursów są dla częstochowian znowu smutne:(
Ministrowi Sikorskiemu - lepszych wystąpień sejmowych (może szkolenie z wystąpień publicznych Panie Ministrze?) bo wczorajsze, choć merytorycznie dobre, usypiało monotonnym, małoemocjonalnym rytmem i nie przejdzie do historii parlamentaryzmu polskiego.
Posłowi Kłopotkowi - żeby wreszcie miał szansę pokazać, co potrafi, bo chyba potrafi bardzo dużo, przynajmniej w warstwie werbalnej wydaje się, że góry przenosi!
Wydziałowi Edukacji i Dyrektorom szkół częstochowskich - żeby rodzice zapisali sześciolatki do szkół, bo będzie więcej pracy dla nauczycieli i więcej pieniędzy w budżecie miasta z subwencji oświatowej.
Prezesowi Kaczyńskiemu i posłom PiSu - żeby wytrwali z łagodnym obliczem jak najdłużej!!!
I wreszcie Andrzejowi Czumie z całego serca życzę, żeby długi okazały się spłacone, a inne zarzuty nieprawdziwe...
Rządowi - żeby bezpiecznie przeprowadził Polaków przez kryzys.
Czytelnikom mojego bloga - krytycznego oglądu rzeczywistości i dystansu do niej.
Sobie? dużo zdrowia;)
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 9 lutego 2009 |
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że po raz drugi nie da się wywrzeć pierwszego wrażenia:(((
Jakby powiedział bohater "Scenariusza dla trzech aktorów": "I nie zmienisz Pan tego, choćbyś..." No właśnie! Choćbyś zmienił garnitur, fryzurę, słowa, jakich używasz, a nawet mimikę, nie zmienisz Pan tego, że PiS pierwsze wrażenie na nas już zrobił. I nie było ono najlepsze. Nawet trochę współczuję Prezesowi, bo myślę, że męczy się okrutnie. Ale szczerze trzymam kciuki, niechby wytrwał w silnym postanowieniu poprawy jak najdłużej. Gdyby jeszcze ta dolina łagodności przełożyła się na innych polityków PiSu... Ale chyba rozmarzyłam się trochę. Już jutro o 19.00 na posiedzeniu Komisji SUE będę mogła zweryfikować szczerość zapowiedzi Prezesa. Chociaż nie, nie mam powodu, żeby wątpić w szczerość intencji. Obawiam się jednak, że na intencjach się skończy, bo człowiek jest, jaki jest i nawet wykreowany przez najlepszych specjalistów wizerunek nie zastąpi naszego prawdziwego "ja". Wybija północ i spadają szaty z Kopciuszka, a wampirom rosną zęby;)
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 5 lutego 2009 |
Trochę przykro mi dzisiaj, bo patrząc na konferencję w Sali Kolumnowej Sejmu Polskiego, można pomyśleć, że Okrągły Stół był jednak dziełem komunistów. Gdyby dzisiejszym osiemnasto-/dwudziestolatkom przyszło do głowy uczyć się historii z przekazu na żywo w TV, to uwierzyliby w to, że bohaterami 1989 roku byli: Jaruzelski, Oleksy, Urban, Iwiński, Senyszyn, Szmajdziński, Kwaśniewski, Wiatr, a nawet Olejniczak z Napieralskim. Aż dech zapiera w piersiach! Herosi! A przecież najważniejsi byli Wielcy Nieobecni, z Wałęsą na czele. To oni postawili pod ścianą Ciosków, Kiszczaków, Kwaśniewskich i im podobnych, którzy sami, gdyby nie musieli, władzy by przecież nie oddali. Dzisiaj, cokolwiek myślimy o "elitach" politycznych i kolejnych rządach, mamy pewność co do jednego: żaden Miller/Kaczyński ani inny premier, z Tuskiem włącznie, nie ma monopolu na władzę, bo co cztery lata Polacy w wolnych i demokratycznych wyborach powiedzą TAK albo NIE. Właściwie trudno mieć do lewicy pretensje o to, że zagospodarowuje porzucone pole. Bo tak chyba trzeba nazwać Okrągły Stół, skoro niewielu z tych, co stali po prawej stronie, a więc byli jego prawdziwymi autorami, przyszło dzisiaj do Sejmu. Myślę, że usprawiedliwiona była tylko nieobecność profesora Geremka...
iza leszczyna
p.s. Odkąd strona ma trochę zmieniona szatę, nie komentuje mojego bloga nawet mój zagorzały przeciwnik Rafał, czy coś jest nie tak?
p.s. Zbyszku, a co Ty, jako historyk, sądzisz o Okrągłym Stole, czy był przereklamowany;), czy komuna upadłaby i tak i tak, bo nie miała już szans na przeżycie, a Okrągły Stół tylko legitymizował obecność czerwonej nomenklatury w życiu publicznym?
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 30 stycznia 2009 |
Gdy patrzę na spot, w którym panie z PiSu przekonują Polaków o wyższości rządów Kaczyńskiego, Leppera i Giertycha nad rządami Tuska i Pawlaka, przypominają mi się reklamówki lalki Barbie sprzed 20 lat. Nie dlatego, żeby minister Kluzik-Rostkowska (czy jej dwie koleżanki) przypominały w czymkolwiek blond piękność zza oceanu, ale dlatego, że poziom mistyfikacji jest porównywalny. Reklamówki Barbie też wmawiały nam, że Ken jest jej mężem, a różowy kabriolet rozwija zawrotną prędkość, wioząc ich w krainę dobrobytu...
Niestety miliony małych dziewczynek na całym świecie (w tym moja Kasia, stąd wiem, co mówię) uległy tej iluzji i trzeba było długonogą lalkę kupić:(
Mam nadzieję, że 20 lat demokracji uodporniło Polaków na reklamę i, że potrafią odróżnić plastikowy, wykreowany świat zmyśleń i przekłamań od faktów (ale głowy bym nie dała). Choć z drugiej strony moda na Barbie chyba się skończyła, więc może jest nadzieja?
Nie umiem też dzisiaj powiedzieć, czy rządy Platformy Obywatelskiej - w czasach kryzysu na rynkach finansowych i recesji gospodarki - to bardziej pech mojej partii czy jednak szczęście w nieszczęściu Polaków, bo gdyby rządziła dzisiaj lewica albo Prawo i Sprawiedliwość, to strach się bać. I nie mówię tego bezpodstawnie, ale w oparciu o wypowiedzi posłów tych ugrupowań w sejmie.
A żeby nabrać dystansu do spraw ziemskich, wybieram się na wykład Jacka Napieralskiego w ramach Uniwersytetu III Wieku "Styczniowe niebo" (mam szanse być najmłodszym słuchaczem:)
iza leszczyna
p.s. Przed chwilą w TV powiedzieli, że firma Mattel - sprzedająca lalki Barbie - obchodzi 50. urodziny i przeżywa kryzys sprzedaży. Może to dobrze, że gusty małych Polek przestanie kształtować Barbie?
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 24 stycznia 2009 |
"Wielkim problemem tego świata jest, że głupcy i fanatycy są tak pewni swych racji, a ludzie mądrzy — tak pełni wątpliwości".
Powyższe słowa, których autorem jest Bertrand Russel, niech będą moim komentarzem do powołania na ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy. To, co na pewno mogę o nim powiedzieć, to, że jest mądry i dobry. To wystarczające kwalifikacje dla każdego na każdą, nawet najwyższą funkcję państwową. Mówiąc "dobry", myślę: uczciwy w działaniu i słowach(!) i bardzo życzliwy dla ludzi, szanujący każdego człowieka, bez względu na jego status i poglądy.
Poznałam Andrzeja w Częstochowie, dzięki Jego Przyjaciołom, zanim jeszcze zostałam posłem. Później, już w sejmie, pomagał mi w pierwszych trudnych miesiącach, mówił, co muszę przeczytać, czego się nauczyć, czym warto się przejmować, a do czego trzeba mieć dystans. Taki mądrzejszy, bardziej doświadczony kolega to naprawdę skarb. Drugą osobą, w Klubie PO, z którą takie przyjacielskie rozmowy cenię sobie wysoko, jest marszałek Niesiołowski. Mam nadzieję, że nauka, jaką od tych dwóch legend podziemnej Polski pobieram, nie pójdzie w las:)
O wielkiej skromności i pokorze Andrzeja Czumy może świadczyć zdanie, które powiedział, gdy gratulowałam mu nominacji: "Jeszcze nie wiadomo, czy wyjdzie z tego coś dobrego."
Oczywiście, że nie wiadomo, bo nie mamy daru widzenia przyszłości, ale obejmowanie urzędu z refleksją, że nie jesteśmy nieomylni, ale robimy coś po to, aby czynić dobro, wróży chyba jak najlepiej (wyszło mi trochę patetycznie, ale w końcu mówimy o Ministrze Sprawiedliwości w Najjaśniejszej Rzeczpospolitej:)
W każdym razie ja na pewno trzymam kciuki!
izabela leszczyna
p.s. a co do ministra Ćwiąkalskiego, to oczywiste jest, że nie ponosi winy za samobójczą śmierć jakiegoś zbrodniarza, ale standardy polityczne w PO, na szczęście, są inne niż w PiS, a minister odpowiada głową za każde niedopatrzenie w jego resorcie, tak jak dobry przełożony bierze na siebie winę podwładnego, gdy zostaje wezwany na dywanik do swojego szefa, i choć czasem jest to bolesne, tak powinno być.
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 19 stycznia 2008 |
Oglądałam dzisiaj koncert dla Baraca Obamy. Mógł się podobać albo nie, to sprawa drugorzędna. To, co mnie zaintrygowało, to szczególny rodzaj patriotyzmu, zupełnie nieobecny w Polsce. Bo my kochamy nasz kraj, jak coś abstrakcyjnego, ewentualnie historycznego, ale nie daj Boże coś realnego i współczesnego, bo przecież brzydzimy się polityką i nie lubimy polityków, nie szanujemy ich, a często uznajemy za leni i złodziei, a w najlepszym razie za niedouczoną bandę konformistów. Tak nawet wypada, to stało się trendy: lekkie skrzywienie twarzy na dźwięk słowa "polityk".To zjawisko jest doskonale widoczne w czasie kampanii, gdy żaden z liczących się artystów nie chce głośno i jednoznacznie popierać żadnego kandydata, bo przecież prawdziwa sztuka ma byż wolna. Ale właściwie wolna od czego? Od idei, wartości, od miłości do ojczyzny? To po co komu taka sztuka? Sama Forma? Istnieje tylko w manifestach artystycznych albo jest zjawiskiem marginalnym.
Że nie ma u nas autorytetów? Ale przecież Amerykanie też nie wiedzą jeszcze, jakim prezydentem będzie Obama, ale dali mu szansę i kredyt zaufania, a niektórzy artyści swoje poparcie dla niego traktują jak obowiązek wobec Ameryki właśnie, bo widzą w nim konieczną dla tego kraju zmianę.
Że polityka/politycy w Polsce nie stoją na odpowiednim poziomie? To można, a nawet trzeba zmieniać, ale naprawdę nie da się tego zrobić siedząc na kanapie i narzekając na fatalną jakość dyskursu politycznego, brak intelektualnej debaty i prymitywny język osób kreowanych w mediach na elity polityczne.
Chciałabym doczekać czasów, gdy patriotyzm polski będzie bardziej amerykański:)
Epilog:
Mnie przeszkadza nie tylko prymitywny, czy wręcz prostacki język i dowcip typu "ktoś ma kogoś w...Dolomitach" (poseł Kurski). Przeszkadza mi także, gdy poseł mówi Pajacowie zamiast Pajace (napisałam dużą literą, bo to było o osobach, o posłach, a konkretnie posłach PO, a mówiąca to oczywiście poseł Nelly Rokita-Arnold:)
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 14 stycznia 2009 |
Jakiego Palikota chcą ludzie? Jakiego Palikota chcą media? Jakiego Palikota chce Platforma?
Ludzie chcą Palikota dowcipnego, wojowniczego i mądrego jednocześnie. I Palikot w zasadzie taki jest. Media chcą Palikota wyrazistego i skandalizującego, bo wtedy rośnie oglądalność. I w zasadzie Palikot taki jest. Platforma chce Palikota skutecznego w Komisji Przyjazne Panstwo i odważnego, ale odwagą graniczącą z brawurą i zuchwalstwem, bo inna w mediach się nie przebije. I w zasadzie Palikot taki jest. O co więc chodzi? Dotychczasowe zapytania posła Palikota, a to o zdrowie Prezydenta, a to o czyjąś orientację seksualną, o kota, czy brak rodziny wydawały mi się głupawe, trochę śmieszne, ale niestety nie tą wyższą odmianą humoru intelektualno-abstrakcyjnego. Można było się wtedy obruszyć, a nawet oburzyć, to zawsze zależy od różnej, u każdego z nas, granicy dobrego smaku. Ostatnie wystąpienie Palikota było natomiast jednym z niewielu merytorycznych (nie chcę powiedzieć, że merytorycznie się Pan Poseł nie wypowiada, tylko media nie są tymi wypowiedziami zainteresowane, co innego łeb świni, to puści się w czołówce przez kilka tygodni, kilka razy dziennie). Właściwie od początku wypowiedź Palikota została zmanipulowana, przez wszystkich, którzy poddali ją analizie niemal językoznawczo-etymologicznej. Bo przecież Palikot politykę oskarżył o prostytuowanie się, nie byłą minister! jej zarzucił tylko/aż, że tej prostytucji polityki także uległa. Czy gdyby Pani Poseł Gęsicka była mężczyzną, to słowa te uraziłyby nas tak samo? Chyba nie, ale zrobiliśmy nieuprawnione niczym zestawienie: prostytucja - kobieta. No, tak to nie będziemy rozmawiać!!! I podniosły się wrzaski pełne świętego oburzenia. A przecież była Pani Minister powiedziała nieprawdę (to chyba większy grzech niż używanie brzydkich wyrazów?) i to podwójną, bo nie tylko podała zaniżony wskaźnik wykorzystania funduszy; gorsze było to, że sama będąc doskonale zorientowana w zarządzaniu środkami unijnymi i projektami realizowanymi z ich udziałem, wie dobrze, że wydane dzisiaj pieniądze nie są właściwym wskaźnikiem poziomu absorpcji. Mamy rok 2009 (styczeń!), a okres programowania obejmuje 2007-2013, z czego cały 2007 rok Minister Bieńkowska, i inni ministrowie także, poświęcili na "sprzątanie" po poprzednikach. Trzeba było uporać się z listami indykatywnymi (czyt. projekty typu geotermia ojca Rydzyka), zbudować podstawy prawne do budowania autostrad (ustawa środowiskowa, partnerstwo publiczno-prywatne, itd.)
I w końcu, czy powiedzenie, że gardzi się jakimś człowiekiem nie jest równie niedopuszczalne, jak powiedzenie, że ktoś ulega prostytucji w polityce? Zawsze, gdy polityk zachowa się niegodnie, warto robić aferę na pół Polski, tylko znajdźmy dobrą i sprawiedliwą miarę dla wszystkich.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 10 stycznia 2009 |
Media odtrąbiły sukces stowarzyszenia "ratujmymaluchy" i PiSu, po czym okazało się, że zwycięstwa nie ma, bo w projekcie ustawy o oświacie od początku zapisane było prawo rodziców do decydowania o tym, czy sześciolatek ma pójść do szkoły, czy pozostać w przedszkolu. To prawo przysługiwać będzie rodzicom przez trzy lata, które są czymś w rodzaju pilotażu reformy obniżającej wiek, w którym dziecko objęte jest obowioązkiem szkolnym. I właśnie ten obowiązek stał się kością niezgody, a raczej niezrozumienia, które skrzętnie wykorzystali posłowie opozycji, żeby wprowadzić zamieszanie:(
Otóż w polskim prawie funkcjonuje od lat termin "obowiązek szkolny". Prawo musi operować precyzyjnymi terminami i dlatego nie powinno się wprowadzać nowych terminów, jak chcieli przedstawiciele "ratujmymaluchy", mówiąc o prawie do nauki.
Historia tej niepotrzebnej awantury była taka:
1. W pierwotnej wersji projektu ustawy był zapis o tym, że sześciolatki zostają objęte obowiązkiem szkolnym, ale na wniosek rodzica mogą pozostać w przedszkolu (dawna zerówka).
2. "ratujmymaluchy" chciało, aby zapisać, że sześciolatki będą objęte prawem do nauki i Pani Minister Hall zgodziła się na tę psychologiczną zmianę, bo przecież nie była merytoryczna.
3. Legislatorzy uznali, że termin "prawo do.." wprowadzi niepotrzebny zamęt i wychodząc naprzeciw oczekiwaniom opozycji i stowarzyszenia zaproponowali zapis: "sześciolatek, na wniosek rodziców, zostają objęte obowiązkiem szkolnym".
I jaka była reakcja opozycji i rodziców ze stowarzyszenia "ratujmymaluchy"? Krzyk, że zostali oszukani, bo znów jest "obowiązek" a nie "prawo". Litości!!! Czytajmy ze zrozumieniem, bo to potrafi, wg badań PISA, nawet szóstoklasista! Jeśli "obowiązek" jest na wniosek rodzica, to przecież pozostaje "prawem do...", bo rodzic musi napisać wniosek o przyjęcie dziecka do szkoły, a jeśli tego nie zrobi, to nie i koniec!
Miłego weekendu:)
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
| |
|
|