|
|
| Blog |
|
|
| 25 kwietnia 2009 |
Wiosna tego roku nie jest dla mnie szczególnie łaskawa, choć przecież śliczna i ciepła. Trochę choruję i stąd moje niepisanie. Niepisanie jest rzeczownikiem i trzeba pisać je łącznie z partykułą "nie", o czym wielu zapomina. Ta odrobina nauki o języku ma być wstępem do refleksji nt. przecieków gimnazjalnych, mylenia testów i błędów w zadaniach, choćby polegały tylko na zmianie litery dystraktora (egzaminatorzy wiedzą, o czym mówię, zresztą nauczyciele też).
Co ja o tym myślę? Nie myślę dobrze, choć każdy z tych błędów ma inne przyczyny, ale chyba można je leczyć jednym lekarstwem.
Zawsze mówiłam, że system zarządzania jakością wg norm ISO często skutkuje (w polskiej rzeczywistości) przerostem formy nad treścią, tzn. wynaturzeniem, któremu na imię biurokratyzm. Wynika to chyba stąd, że menadżerowie wprowadzający sytemy zarządzania nie myślą celem, choć dużo o tym mówią, tylko sposobem realizacji, tzn. najlepsze pomysły przenoszą zaraz na grunt praktyki, z której najczęściej wynika, że pani Ania z tym sobie nie poradzi:( Tymczasem pytanie: jak to zrobić, jest pytaniem drugim, bo pierwsze jest zawsze: po co? To ono determiniuje nasze działania (także to, czy zatrudnimy panią Anię, czy kogoś innego na jej miejsce) i nie może być inaczej, bo nigdy nie osiągniemy celów.
Mimo ewentualnych przerostów biurokratycznych, jestem przekonana, że ISO w Centralnej Komisji Egzaminacyjnej i w Okręgowych Komisjach Egzaminacyjnych ustrzegłoby egzaminowanych przed niefrasobliwością dorosłych - odpowiedzialnych za proces od konstruowania testu do otrzymania wyniku punktowego każdego ucznia. A więc obejmujący wszystkie miejsca ryzyka, które musiałaby uwzględnić procedura, maksymalnie eliminując zagrożenia. Oczywiście żaden system nie wyklucza całkowicie nieuczciwości i nieodpowiedzialności ludzi w podejściu do powierzonych zadań, ale zdecydowanie je ogranicza.
Jeśli chodzi o egzamin gimnazjalny, błąd został popełniony na samym początku. Otóż egzamin ten, będąc selekcyjnym, a więc doniosłym w życiu ucznia, nie podlega procedurom tak ścisłym, jak egzamin maturalny. Właściwie dlaczego? Skoro dyrektorzy szkół ponadgimnazjalnych mogą w te kilka nocy przyjść do pracy wczesnym rankiem, to dlaczego dyrektorzy gimnazjów dostawali testy dzień wcześniej? Założenie, że egzamin gimnazjalny jest mniej ważny skutkuje tym, że nikt nie traktuje go z taką powagą, na jaką zasługuje, a przecież jego wynik decyduje o szkole, w której uczeń przygotuje się do studiów lepiej lub gorzej, a więc o całej przyszłości edukacyjnej, a w konsekwencji zawodowej gimnazjalisty. Mało tego, maturę można powtórzyć i poprawić wynik, a egzaminu gimnazjalnego nie!
A na miejscu prof. Konarzewskiego - dyrektora CKE - byłabym bardziej przejęta egzaminacyjnymi wpadkami, bo zawsze i za wszystko odpowiada dyrektor, nawet gdy błąd popełni pani woźna.
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 9 kwietnia 2009 |
Wielki Tydzień, a właściwie jego ostatnie trzy dni są jak obietnica. Nawet Ci, co nie wierzą, że Jezus Prawdziwie Zmartwychwstał, mają nadzieję, bo daje ją delikatna zieleń liści i zapach powietrza, zupełnie inny niż zimą. Świat staje się jaśniejszy, a przez to, jakby lepszy.
Właściwie w Wielkim Tygodniu powinien być zakaz uprawiania polityki, a raczej zakaz informowania o niej w mediach. A już na pewno elektronicznych, bo gazetę, jak ktoś chce niech kupuje i czyta.
A tymczasem Prezydent odznacza, Ewa Milewicz ordery oddaje, PiS wyrzuca europosła Libickiego z listy do PE, Libicki wyrzuca się z PiSu, dwóch innych posłów także wypisuje się z PiSu na znak protestu, a do tego IPN wyrzuca Żaryna z pracy (na znak protestu?). I to wszystko w Wielkim Tygodniu, a gdzie wyciszenie i refleksja Wielkanocna?
Ksiądz Boniecki napisał w TP coś w rodzaju przewodnika po spowiedzi, zacytował w nim fragment Ewangelii św. Łukasza:
„I jeśliby siedem razy na dzień zawinił przeciw tobie i siedem razy zwróciłby się do ciebie, mówiąc: żałuję tego, przebacz mu” (Łk 17, 4)
Sama nie wiem, czy gdyby ktoś siedem razy mnie zawiódł, umiałabym mu wybaczyć? Czasem cięzko mi wybaczyć, gdy choć raz zostałam oszukana. Trudna i wymagająca ta wiara katolicka...
Jest w niej jednak dużo nadziei, np.,to, że lewita z przypowieści o dobrym Samarytaninie, który pobożnie spiesząc do świątyni, obojętnie minął pobitego przez zbójców człowieka, nie jest bohaterem. No i to, że dane nam talenty dorze jest rozwijać. Dlatego dzisiaj wieczorem będę rozwijała swoje talenty kulinarne (bo Panu Bogu naprawdę nie chodzi o nie wiadomo jakie talenty). Upieczenie dobrego mazurka i włożenie w tę pracę serca to wielka sprawa. Nie zawsze wychodzi..
Kajmak tradycyjnie nie zsiadał się, ale tym razem Mama wzięła go na przetrzymanie i po 20 godzinach gotowania zgęstniał;)
A Święta w tym roku będą biało-różowe i częstochowsko-krakowsko-warszawskie.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 3 kwietnia 2009 |
Magiel nie sejm:(
Pisałam parę dni temu, że polityka niestety nie zawsze jest ładna. Ale nie spodziewałam się, że jej poziom może zejść do poziomu rozmów w maglu. Tym bardziej, że poziom magla wprowadzają do polityki mężczyźni, nie kobiety. Bo jak inaczej nazwać dywagacje nad wywiadem z byłą żoną Janusza Palikota? Niech tabloidy rozpisują się o byłych żonach, konkubinach, podziałach majątku, alimentach i czym tam jeszcze chcą, ale Prezydent Mojego Kraju?
Niewiele jest byłych żon, które potrafią dobrze mówić o mężczyźnie, który je rzucił, a przynajmniej nie mówić źle. To wymaga klasy i poczucia godności. A te w dzisiejszym świecie są deficytowe. Zresztą niech była żona Palikota mówi o Nim, co chce, właściwie zupełnie mnie to nie obchodzi, tylko nie przenośmy magla na mównicę sejmową!!!
O Zyzaku, czy Zygzaku, jak nazwał go Prezydent Wałęsa, nie ma co pisać. Żenada. Tak jak cały IPN kurtykowsko-pisowski jest żenujący i nieprofesjonalny. To zadziwiające, jak PiS potrafi każdą ideę, nawet najpiękniejszą, zohydzić i utaplać w błocie. Szkoda tylko, że ta praca magisterska powstała na UJ i to w chwili, gdy posłowie Komisji Edukacji (jednogłośnie) przegłosowali ustawę, która Uniwersytetowi Jagiellońskiemu pozwala przedłużyć okres budowy kampusu i zwiększa środki na ten cel. A mówiąc wprost, chociaż UJ nie radzi sobie z inwestycją i jej terminową realizacją, to zamiast zabrać pieniądze, które inne uczelnie wykorzystałyby z dobrym skutkiem, to my tę niegospodarność nagradzamy dodatkowym bonusem w postaci zwiększenia kwoty dotacji. Piszę to z przykrością, bo Uj jest moją ukochaną szkołą, ale takie są fakty. Nikt nie ośmielił się zabrać tych pieniędzy, ani nawet nie przyznać dodatkowych, bo oczami wyobraźni widzieliśmy nagłówki gazet: Zamach na najstarszy i najlepszy polski uniwersytet. PO niszczy polską naukę. A przecież czytamy przede wszystkim tytuły. Komu by się chciało doczytywać do końca i w dodatku drobnym druczkiem, że sama uczelnia zawiniła?
Tymczasem trzeba umieć prowadzić wieloletnie trudne inwestycje i zarządzać wielkimi projektami, nawet, a może tym bardziej, jeśli ma się kilkusetletnią tradycję. Takie są reguły gry.
O finansowaniu partii, kiedy indziej...
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 29 marca 2009 |
"Kiedy nie ma miłości, co dalej, co dalej, tak mało mi zostaje, prawie nic..." To słowa piosenki Marysi Sadowskiej z sobotniego koncertu "Tribute to Komeda" na Jazz Spring w Częstochowie.
Koncert świetny, elektryzujący, a Sadowska to nie tylko głos i wyjątkowa muzykalność, ale osobowość, za którą chce się iść. Nigdy nie myślałam, że Komeda (bo jego muzyka była głównym tematem koncertu) może być tak pięknie erotyczny. W ogóle całość cudnie łączyła jazz i muzykę klubową. Nawet piosenka o Romanie ze znaczącym tytułem "It's time to go" była raczej żartem niż polityczną manifestacją, choć nie trzeba pewnie mówić, że LPR nie jest melodią dla Sadowskiej. No i Łukasz - chłopak z widowni poproszony do wspólnego wykonania piosenki. Wydaje się, że to chwyt dość sztuczny i wyeksploatowany. Ale Marysia S. potraktowała tego człowieka podmiotowo, nie jak rekwizyt, ale prawdziwe uwiarygodnienie piosenki o tym, że mężczyzna nigdy nie wie, co się dzieje w głowie kobiety;) Niepewna mina Łukasza (któremu gratuluję debiutu) była świetną ilustracją tekstu.
To tyle chwalenia, czekam na nową płytkę "Spis treści", która ma być w kwietniu. A na koniec troszkę dziegciu, bo może zrobiło się za słodko. Młody mężczyzna zapowiadający koncert, nie omieszkał poinformować zebranych, że Patronem Honorowym Jazz Spring w Częstochowie jest Pan Prezydent Tadeusz Wrona! I dobrze, tylko po co prosił o brawa dla Pana Prezydenta? Myślę, że sam Prezydent wolałby większy spontan;)
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 28 marca 2009 |
Pamiętam doskonale oburzenie Nelly Rokity, gdy - podczas styczniowego spotkania z ambasadorami Francji i Czech (Francja kończyła prezydencję w Unii Europejskiej a Czechy ją zaczynały) zapytałam, czy Czesi mają pomysł na to, aby swoje przewodnictwo w Unii wykorzystać nie tylko w celu promocji Czech w Europie, ale także Europy w Czechach (mniej więcej tak to brzmiało, dokładny zapis jest w stenogramie z posiedzenia Komisji SUE). Wydawało mi się to konieczne, bo niechęć parlamentarzystów z partii prezydenta Klausa do Unii Europejskiej miałam okazję poznać osobiście. Poseł Rokita uznała to za zachowanie niegrzeczne wobec przedstawiciela Czech. Moja ocena tamtego (prawda, że trochę zaczepnego pytania) jest jednak inna.
Posłowie, szczególnie podczas prac komisji, debat i dyskusji, mają za zadanie krytycznie oceniać rzeczywistość kreowaną przez decyzje polityków. Jeśli tematem obrad są priorytety prezydencji czeskiej, to nie chodzi tylko o to, aby gratulować koncepcji i zgadzać się ze wszystkim. Rolą posła jest także, a może przede wszystkim, pokazywać zagrożenia, których - zajęci pełnieniem władzy wykonawczej - mogą nie dostrzec.
Dzisiaj, kilka dni po obaleniu rządu premiera Topolanka, moje słowa sprzed dwóch miesięcy brzmią prawie proroczo. Niestety siła przeciwników Unii okazała się większa niż spodziewali się sami Czesi. Szkoda, z dwóch powodów:
- po pierwsze w kryzysie nie mogło Europie przydarzyć się nic gorszego niż słaba, skupiona na wewnętrznej walce we własnym kraju prezydencja,
- po drugie, trudno będzie uniknąć wrażenia, że nowe kraje Unii, z byłego obozu socjalistycznego, nie radzą sobie z wielkimi wyzwaniami i są demokracjami niestabilnymi.
Ale na szczęście wiosna przychodzi każdego roku bez względu na decyzje polityków, nawet najgłupsze. A w Częstochowie przychodzi nawet jako Jazz Spring.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 24 marca 2009 |
Polityka nie zawsze jest ładna. Chciałoby się, żeby była, bo jest rodzaju żeńskiego, jak kobieta, ale ona nie jest. Jest jak mężczyzna i w dodatku nie jest to mężczyzna marzeń. To raczej taki facet, którego przez wiele lat ubieramy w cechy, których nie ma. Myślimy, że jest inteligentny, a on bywa tylko wyrachowany, że jest wrażliwy, a on jest po prostu niezaradny, że jest człowiekiem odważnym, a to tylko pohukiwania rodzące się z kompleksów. Kogoś takiego lepiej ominąć szerokim łukiem. W życiu osobistym da się zrobić.
A co zrobić z uprawianiem polityki, która nas rozczarowuje?
Czy od polityki powinno się wymagać klasy, jak od ludzi?
Chyba tak. Margines tolerancji jest na pewno większy, niż w relacjach osobistych, ale nie można godzić się na politykę, która realizuje swoje cele bez względu na środki. Kiedyś już cytowałam prof. Kotarbińskiego, który mówił, że czasem cel "uświnca środki" i wtedy lepiej byłoby go nie osiągnąć. Myślę, że moja Platforma nie osiągnęła jeszcze tego stanu (mam nadzieję graniczącą z pewnością, że nigdy go nie osiągnie), ale Krzaklewski na listach do Europarlamentu niebezpiecznie przybliża nas do granicy uczciwości w polityce. A tę zarówno w życiu osobistym, jak publicznym cenię sobie najbardziej...
I nawet wtedy, gdy trzeba podjąć bardzo trudną i wydawałoby się złą dla nas samych decyzję, warto to zrobić.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 15 marca 2009 |
Wiosna w tym roku zaczęła się od płyty Jonasza Kofty "Pamiętajcie o ogrodach". Dostałam ją, dość nieoczekiwanie;) od kolegi z klasy (!) Tak, koledzy z klasy zawsze nimi pozostają i to jest piękne:) Później był cykl GW "Męska muzyka", który czasem każe wątpić w Człowieka, czy raczej Mężczyznę (wywiad z prof. Wojciszke) a czasem sprawia, że ta wiara wraca (wywiad z Waglewskim w Wysokich Obcasach). Jeśli w gazetach piszą o miłości, to znaczy, że idzie wiosna, bo wiosna i miłość to dwie rzeczy nierozerwalnie ze sobą związane (chyba nawet dla posła;) i nie zmienia tego nic, nawet recesja w światowej gospodarce, a może nawet paradoksalnie trudny czas jest łaskawszy dla budowania prawdziwie dobrych związków z innymi?
Wiosna i kryzys to także dobry czas na jedzenie "mniej" niż "więcej", taka postawa jest tym bardziej trendy, że w niepewnych czasach nie wypada być rozrzutnym, a już na pewno dobrze być zdrowym.
Nie wiem, czy kryzys ma jeszcze inne jasne strony, które pomogą go przetrwać, ale szukać ich trzeba.
Tak jak trzeba mówić o młodych ludziach, którym się czegoś chce, czegoś więcej niż uczenia się, pracy i weekendu w klubie (nie mam nic przeciwko klubom). Myślę o grupce młodych chłopaków/mężczyzn, których spotkałam wczoraj w pasażu M1: w sobotnie popołudnie stali i rozdawali ulotki organizacji pożytku publicznego (różnych!), które proszą o 1% podatku. Niech nikt nie mówi mi więc, że młodzież dzisiaj jest bezideowa, egoistyczna i gorsza niż "za naszych czasów", bo nie jest!
Pamiętajcie nie tylko o ogrodach, ale także o 1% swojego podatku, w tym roku oddanie go potrzebującym jest łatwiejsze niż było dotąd.
iza leszczyna
p.s.
Ktoś zapytał mnie ostatnio, dlaczego nie piszę o premierze Pawlaku, że jedną miarą trzeba mierzyć wszystkich, koalicjantów też. Zgadzam się i chyba nie unikam trudnych tematów w swoim blogu, tylko czasem jest tak, jak w scenie z "Psów" Pasikowskiego, gdy Linda mówi do kobiety, która go zdradziła "Nie chce mi się z Tobą gadać". Parafrazując słowa Franza, chciałabym powiedzieć: "Nie chce mi się o tym gadać". Jeśli tak jest, że przetargi dla OSP wygrywa jakaś firma partnerki/przyjaciółki wicepremiera, a zyski z jego byłej Fundacji "bierze" Mamusia, to jest to obrzydliwe i powinno być karalne. I tyle. A senator Misiak? Patrz: parafraza słów Franza. |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 10 marca 2009 |
Prezydent odegrał polityczny teatr na zamówienie swojej partii. W uzasadnieniu powtórzył kilka nieprawdziwych i nielogicznych zdań wypowiadanych na posiedzeniach Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży przez posłów PiSu. Wykazał się przy tym kompletną ignorancją i brakiem wyobraźni. Jakie postawił zarzuty zmienionej ustawie o systemie oświaty?
1. Dzieci z biednych rodzin, często niewykształconych rodziców są nieprzygotowane do wcześniejszego rozpoczęcia nauki (co innego jego wnuczka Ewunia, ona jest przygotowana i jako sześciolatka rozpocznie w tym roku naukę w szkole!)
To wyjątkowa obłuda! Ta zmiana jest właśnie dla biednych dzieci, bo bogate idą do prywatnego przedszkola, na angielski, muzykę i tenis! A biedne siedzą w domu i gapią się w telewizor. Poza tym, gdyby Pan Prezydent czytał uważnie, to musiałby wyczytać, że w trzyletnim okresie przejściowym do pierwszej klasy idą tylko te dzieci, których rodzice chcą (!), i które były wcześniej przez rok w przedszkolu, a więc miały czas na socjalizację!
2. Szkoły są nieprzygotowane do przyjęcia sześciolatków.
A dzisiejsze "zerówki"? Przecież są prawie w każdej szkole, więc jak te sześciolatki tam sobie radzą? Są w niebezpieczeństwie?
3. W przedszkolach zabraknie miejsc dla trzy- i czterolatków, jeśli wszystkie pięciolatki skorzystają z prawa do przedszkola.
Przecież to jest proces rozpisany na trzy lata. Obowiązek przedszkolny dla pięciolatka ma być wprowadzony w 2011 roku, właśnie po to, żeby wszystkie sześciolatki, które pójdą do szkoły w 2012 były wcześniej przez rok w przedszkolu. Skąd obawa, że wszyscy rodzice już w pierwszym roku (2009) poślą pięcioletnie dzieci do przedszkola? Samorządy muszą przeliczyć miejsca w przedszkolach i dzieci, które się rodzą, bo inaczej hasło o upowszechnieniu wychowania przedszkolnego pozostanie wiecznie żywe, jak idee Lenina, tylko nigdy nie zrealizowane! A tylko upowszechnienie wychowania przedszkolnego jest realną szansą dla grup defaworyzowanych na lepszy start w życie. To właśnie w przedszkolu wyrównuje się szanse edukacyjne!
4. No i ostatni kuriozalny zarzut o rozdawaniu stanowisk dyrektorskich w szkołach wg uznania wójta/burmistrza/prezydenta.
Przecież Pan Prezydent był samorządowcem, więc jak może myśleć, że gminę stać na zatrudnienie dyrektora, który nie jest nauczycielem, a więc nie wypracowuje części pensum? Ja nie znam takiej gminy w całej Polsce, choć zapis o tym, że dyrektorem może być osoba bez kwalifikacji pedagogicznych istnieje w dzisiejszej wersji ustawy, a jedyna różnica polega na braku konieczności zgody kuratora oświaty na takie rozwiązanie. Ten zapis dedykowany jest szkołom artystycznym, w których wybitny muzyk, malarz nie mógł zostać dyrektorem bez zgody kuratora, jeśli nie był nauczycielem.
PiS i jego Prezydent zrobili wszystko, żeby popsuć dobry projekt obniżenia wieku szkolnego i stopniowego upwszechnienia wychowania przedszkolnego w Polsce i po raz kolejny trzeba realizować plan B. Szkoda, bo energię konieczną do pokonywania weta prezydenta można by spożytkować lepiej:(
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 7 marca 2009 |
Nie wiem, czy jest lepszy i gorszy czas na rozmowę o eutanazji. Właściwie każdy jest zły. Bo czy, gdy będziemy bogatym społeczeństwem, dla którego kryzys może znaczyć rezygnację z wyjazdu na urlop i odłożenie zmiany samochodu, a nie lęk o przetrwanie, to problem eutanazji nabierze innego, łagodniejszego wymiaru? Nie.
Łatwo poddać się wrażeniu, że prezes PiS ma rację, gdy nawołuje do zaprzestania debaty o eutanazji, testamencie życia, czy zapłodnieniu "in vitro", bo w czas kryzysu powinniśmy się jednoczyć, a nie dzielić i angażować w przedsięwzięcia antykryzysowe. Hmm...
Zacznę od angażowania się. Po pierwsze etycy, bioetycy, teologowie i lekarze z kryzysu nas nie wyprowadzą i nie muszą swej wiedzy i energii poświęcać na walkę ze skutkami spowolnienia gospodarczego, może tylko w skali mikroekonomii, której znajomość pozwala uchronić domowy budżet przed bankructwem, ale i w takim wypadku oddanie się pracy raczej pomaga oszczędzać, bo nie mamy wtedy czasu na przyjemności. Skoncentrowani na działaniach antykryzysowych mają być wszyscy ministrowie w rządzie, a przede wszystkim Premier, Minister Finansów i Minister Gospodarki, ale nie słyszałam, żeby któryś z nich chciał się poświęcić pracy na ustawami z pogranicza medycyny i etyki, więc zagrożenia, że nie dość aktywnie zajmować się będą finansami państwa i pobudzaniem gospodarki chyba nie ma. Z jednej strony podczas sztormu krzyczymy "wszystkie ręce na pokład", ale z drugiej musimy pamiętać, że jak wszyscy pójdziemy na jedną burtę, to nasza łódź z przeciążenia może zatonąć.
A co do jedności i podziałów, to nowe opakowanie PiSu zawiera starą treść. Puste deklaracje nie mają nic wspólnego z prawdziwą współpracą. Bo czy społeczeństwu dobrze służą nieprawdziwe wypowiedzi poseł Gęsickiej w Radiu Maryja, że przyznanych Polsce pieniędzy na okres programowania 2007-2013 możemy od Unii Europejskiej nie dostać z powodu opóźnień w wydatkowaniu (których nie ma!!!) i kryzysu? To jak sabotaż prac rządu, który aktywność samorządów i innych beneficjentów w występowaniu o środki unijne i angażowanie tych środków w inwestycje uznaje za szansę na pobudzanie gospodarki.
Dobrego czasu na debatę o eutanazji nie będzie nigdy, każdy z nas takiej debaty się boi, może wolelibyśmy nie podejmować jej nigdy, ale to nie znaczy, że mamy udawać, że problem nie istnieje, być może nie istnieje dla katolików, ale na świecie są też inni ludzie.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 1 marca 2009 |
Niezwykła inteligencja i erudycja Prezesa znów dały o sobie znać. Po haśle "A nad Słowacją ciemno..." kilkunastu dziennikarzy przez dwa dni zastanawiało się, co autor miał na myśli. Jeśli uznać, że są raczej młodymi ludźmi, to fakt, że nie rozumieją słów Jarosława, mógłby cieszyć: młodzi nie wiedzą, że nie zapala się światła, żeby rachunki były niższe, bo nigdy nie musieli oszczędzać. Niezapalanie żarówek kojarzy im się bardziej z pakietem klimatycznym i nadmierną emisją CO2. Jeszcze większą elokwencją popisał się minister Pana Prezydenta, układając pytanie do referendum w sprawie euro. Słowa "rezygnacja z suwerennej polityki monetarnej" brzmią tak złowieszczo, że sama nie wiem, jak odpowiedziałabym;). Właściwie odpowiadając: TAK, można być posądzonym o zdradę stanu.
I jeszcze te wirtuozerskie popisy z wykorzystaniem niewiedzy ekonomiczno-finansowej: "euro nie uchroniło Niemiec przed kryzysem, to po co nam euro?; inne kraje inwestują środki publiczne, więc my też powinniśmy; itd..."
Nikt przecież nie mówi, że euro to złoty środek na wszystko, ale bez ryzyka kursowego nie mielibyśmy dzisiaj problemu opcji walutowych, kredytów droższych dwukrotnie niż w chwili zaciągania, a rolnicy nie narzekaliby, że tracą na dopłatach, bo były naliczane, gdy euro kosztowało 3.40. A angażowanie środków publicznych? To tak, jakbyśmy powiedzieli: Kowalscy mają plazmowy telewizor, Nowakowie też, to i my musimy kupić, najwyżej przestaniemy płacić za energię, gaz i czynsz, w ostateczności nie będziemy jeść.
Rozumiem, że w takich momentach emocje biorą górę nad racjonalizmem i jedyne określenie, jakie przychodzi do glowy ministrowi Rostowskimu to: analfabetyzm ekonomiczny.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
| |
|
|