|
|
| Blog |
|
|
| 21 czerwca 2009 |
Media - czwarta władza. Dlaczego mamy dla niej tyle wyrozumiałości? Jesteśmy w stanie wybaczyć dziennikarzom pomyłki, brak podstawowej wiedzy na temat, na który prowadzą rozmowę, niezbyt grzeczny ton wobec rozmówcy (nie mówię o gościu-polityku, bo tu im dziennikarz bardziej zaczepny, tym lepiej, i to nawet rozumiem, ale chodzi mi o takich widzów/słuchaczy, co sobie zadzwonią do redakcji, żeby porozmawiać, a ton ich wypowiedzi do tezy audycji nie pasuje). Wybaczamy dziennikarzom wszystko, nawet to, że ich artykuły nami manipulują, a to, że rozpoznawalnym ludziom robią chyłkiem zdjęcia, w przeróżnych, często prywatnych/intymnych sytuacjach i wrzucają na pierwszą stronę gazet - uwielbiamy!!! (i znowu nie mówię o celebrytach, żyjących z i dla pism kolorowych, ale o normalnych ludziach, którzy nie chcą być na pierwszej stronie Faktu)
A przecież media mają tyle wpadek, które np. wiarygodność polityka zmiotłyby z powierzchni ziemi. Podam dwa przykłady z sobotniego przedpołudnia, które mogłam spędzić w domu słuchając TVN24 (przypomnę, to stacja, wg opozycji, sprzyjająca PO).
Pierwszy:
Pani redaktor Brygida Grysiak (zwykle bardzo sympatyczna i dobrze przygotowana do rozmów) powiedziała, że w 2009 roku nauczyciele dostaną połowę obiecanej przez rząd podwyżki, bo mieli dostać 10%, a dostaną 5% (!) Słyszałam ten przekaz na własne uszy i widziałam na własne oczy na dużym pasku tekst: Obniżone podwyżki nauczycieli. Byłam niezmiernie zdziwiona, bo kilka dni wcześniej, minister Rostowski, w rozmowie ze mną, potwierdził, że wrześniowa podwyżka dla nauczycieli jest niezagrożona! Napisałam maila na kontakt@tvn24.pl, ale sprostowania nie usłyszałam. Mam nadzieję, że nauczyciele w pierwszym dniu wakacji nie oglądali telewizji;)
Drugi:
Lekka, mająca ambicje kulturalno-intelektualne (tak myślę, bo tytuł nawiązuje do książki Kurta Vonneguta "Śniadanie Mistrzów"). No więc siedzi sobie Marcin Meller - prowadzący - i oprócz paru innych wątków wprowadza temat - odpłatny drugi kierunek studiów. Jeśli redaktor chce potępić w czambuł pomysł minister Kudryckiej, to mógłby o nim trochę poczytać. Tymczasem rozmówcy mieli blade pojęcie o projekcie zmian, bo zaczęli i skończyli na utyskiwaniu, że zdolny student nie będzie mógł studiować dwóch kierunków, że to zamach na bezpłatne studia, konstytucję i tym podobne bzdury. Nikt nie powiedział rzeczy najważniejszej, że bezpłatne studiowanie dwóch kierunków będzie nadal możliwe dla studentów posiadających wysoką średnią. Dzisiaj dwa kierunki z powodzeniem (tzn. bez tych, któzy zaczynają, żeby po roku rzucić) studiuje ok. 10% studentów i to są ci, którzy naprawdę sobie radzą, są zdolni i pracowici. I oni nie muszą obawiać się żadnej zmiany. Czyżbyśmy chcieli z podatków płacić za podwójne studia wszystkich, któym to się zamarzy, nawet jeśli nie dają sobie rady z jednym kierunkiem? Po co? To jest ze szkodą dla takiego młodego człowieka, bo lepiej skończyć jeden kierunek dobrze, niż dwa byle jak. Szkoda, że prowadzący program pozostał na poziomie półprawdy:((
Jutro napiszę o nieracjonalnych zachowaniach rodziców z akcji ratujmymaluchy.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 15 czerwca 2009 |
Poseł Rokita w TVN24, komentując wypowiedź Kaczyńskiego o Radiu ZET, powiedziała, że Prezes powinien być większym hipokrytą i powinien być bardziej politykiem niż człowiekiem(!)
A ja myślę, że chodzi o coś zupełnie innego. Chodzi raczej o to właśnie, żeby być człowiekiem, takim człowiekiem, który ma w sobie szacunek dla drugiego, nawet wtedy, gdy ten jest dziennikarzem nieprzychylnego PiSowi radia. Chodzi o to, żeby nie mieć w głowie myśli, że ktoś jest z niższej półki, a ktoś nie jest z AK, a jeszcze inny jest tam, gdzie ZOMO. Chodzi o to, żeby takich myśli w sobie nie mieć, a nie o to, aby je ukrywać, udając poprawność polityczną, bo w polityce nie można być oszustem.
Chodzi także o to, że nie można udawać polityki miłości, bo wychodzi z niej romans w złym stylu i w dodatku na krótką metę.
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 14 czerwca 2009 |
Zawsze wypowiadam się przeciwko interwencjonizmowi i próbom sterowania gospodarką przez polityków, nawet jeśli są to działania podejmowane "w dobrej wierze", tzn. mające pobudzić gospodarkę, zapobiec skutkom kryzysu, itd.... Jestem zwolennikiem liberalnego podejścia, tzn. uznającego wolny rynek i rządzące na nim mechanizmy za wartość, której nie należy niszczyć, bo po latach gospodarki nakazowo-rozdzielczej moglibyśmy bardzo szybko, jak Syzyf z ciężkim głazem, znaleźć się znów u podnóża wielkiej góry o nazwie Wolność i całą wspinaczkę trzeba by rozpocząć od nowa.
Podejście szanujące wolny rynek nie zwalnia jednak rządu od podjęcia działań, które zminimalizują skutki światowego kryzysu i zapewnią realizację ustawy budżetowej, a mówiąc po ludzku: rząd musi zabezpieczyć pieniądze na edukację, ochronę zdrowia, funkcjonowanie państwa czyli administrację, policję, itd., a także na wypłaty rent i emerytur. Nie wymieniam wielu innych pozycji, jak szkolnictwo wyższe, kultura, sport, ochrona środowiska.... Na to wszystko muszą być pieniądze i już w grudniu ubiegłego roku Minister Finansów Jacek Rostowski zapowiadał, że w lipcu może czekać nas nowelizacja budżetu.
Od początku tego roku toczą się w związku z tym wśród opozycji, ale także analityków i ekonomistów spekulacje i dyskusje, co też rząd zrobi i skąd weźmie brakujące pieniądze. I nikogo nie obchodzi, że rząd za wywołanie kryzysu nie odpowiada i że kryzys przyszedł do nas z zewnątrz, to są oczywistości, ale one nie zwalniają Ministra Finansów od "znalezienia" brakujących pieniędzy, bo po stronie wpływów jest mniej niż zakładaliśmy (nie tylko my, ale cały świat) w ubiegłym roku. To są punkty 1. i 2. z poprzedniego mojego wpisu w Niecodzienniku. Przypomnę: można zwiększyć przychody albo zmniejszyć wydatki - innej drogi nie ma. Za to pomysłów na zwiększenie przychodów lub obcięcie wydatków może być więcej, ale ich ilość także jest ograniczona:
1. Można podnieść podatki (przede wszystkim te, które szybko zasilą budżet, a więc nie jest to PIT) albo można zaciągnąć dług.
2. Można także szukać oszczędności, dokonując cięć w budżecie.
Co ciekawe, to co najbardziej efektywne dla wychodzenia z kryzysu, bywa najmniej akceptowane społecznie, bo najskuteczniejsze są oszczędności, ale już słyszę głosy z trybuny sejmowej o zamachu na... i tu trzeba wpisać instytucję lub grupę społeczną, której cięcia dotkną. Krzyki rozlegną się także, gdyby rząd chciał podnieść podatki, bo to dotyka każdego z nas, a ponadto nie jest też rozwiązaniem, pod którym łatwo podpisze się PO, bo przecież chcieliśmy obniżać podatki - taki był/jest nasz program.
Najmniej bolesne w odczuciu, dodajmy błędnym, opinii publicznej jest zaciągnięcie długu. A to naprawdę najgorsze z rozwiązań, bo w sytuacji Polski może przynieść spiralę zadłużenia, z której nie sposób wyjść. To rozwiązanie najmniej odpowiedzialne, bo odkłada konsekwencje takiego postepowania, przerzucając je na kolejne rządy. Ale przecież nie chodzi o utrzymanie władzy, tylko o dobre dla Polski rozwiązanie! Chyba tylko komuniści gotowi byli za wszelką cenę, najczęściej dodrukowania pieniędzy i zadłużenia państwa na wiele wiele lat utrzymywać się przy władzy, odkładając bankructwo systemu socjalistycznego w czasie? Mam nadzieję, że te czasy nigdy nie wrócą.
Tylko jak z tym prawdziwym i racjonalnym przesłaniem przebić się do świadomości obywateli? To chyba najtrudniejsze dla rządu zadanie i chyba rząd ma prawo oczekiwać wsparcia od niezależnych ekonomistów, tłumaczących zawiłości makroekonomii. Tymczasem, gdy w poszukiwaniu najlepszych rozwiązań, pojawia się pomysł zwiększenia wpływów do budżetu bez podniesienia podatków i bez zaciągania długu, tzn. skonsumowania dywidendy banku PKO BP, gromadzą się nad głowami rządu czarne chmury: że spada wycena akcji, że zahamujemy akcję kredytową, że inne banki pójdą w ślady PKO i wypłacą swoim akcjonariuszom zyski, a to załamie sektor bankowy. Czy na pewno?
Przecież pomysł polega na jednoczesnym wypłaceniu zysków, które zasilą budżet państwa (bo państwo, czyli my - obywatele jesteśmy największym akcjonariuszem - właścicielem PKO BP) i dokapitalizowaniu banku przez emisję akcji. To nie tylko podtrzyma, ale wzmocni działalność kredytową, bo bank zyska na tej operacji ok 2 mld. zł.
Skąd więc taki krzyk? Przecież ci, co krzyczą wiedzą, że coś zrobić trzeba, nie można każdego rozwiązania krytykować, nie proponując nic w zamian.
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 6 czerwca 2009 |
To dobrze, że kampanię wyborczą mamy za sobą. Poziom adrenaliny w pewnym momencie staje się tak duży, że zabija resztki szarych komórek w umysłach jej niektórych uczestników, a nawet osób wspierających. I to nie zawsze jest związane z przynależnością partyjną:) No, ale koniec o kampanii, bo cisza wyborcza obowiązuje, a podobno czujność niektórych polityków wzrosła tak bardzo, że żądali usuwania nazwisk innych polityków z plakatów informujących o pozapolitycznych imprezach, ustalanych często z półrocznym wyprzedzeniem.
O czym pisać w ciszy wyborczej? Kiedy nawet mówienie o wzroście PKB w Polsce w pierwszym kwartale 2009 roku o 0,8% może być poczytane za afirmowanie rządu, a więc PO, itd., itd.
Miałam wyjaśnić poprzedniego bloga, który nie dla wszystkich był zrozumiały. Staram się pisać dość prosto, ale finanse publiczne to z jednej strony temat atrakcyjny, bo struktura budżetu w pewnym sensie determinuje funkcjonowanie państwa, ale z drugiej strony temat trudny, bo jeśli nie chcemy pozostać na poziomie elementarza albo populistycznych haseł to trzeba, choć trochę, z podstaw ekonomii wiedzieć.
Przed rządem, a następnie sejmem, nowelizacja budżetu zapowiadana zresztą już w trakcie prac nad obecną ustawą budżetową. Na powtarzane często, choć niezbyt mądre pytanie o to, dlaczego rząd od razu nie zmienił założeń budżetowych, trzeba przypominać słowa wielu ekonomistów, w tym ministra Rostowskiego, że tylko wróżka mogła przewidzieć dynamikę PKB w poszczególnych krajach, w tym w Polsce. Nikomu, ani Komisji Europejskiej, ani Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, ani rządom Niemiec, Wielkiej Brytanii czy Włoch nie udało się antycypować skali spowolnienia gospodarczego. Przypomnę, że w maju tego roku Komisja Europejska szacowała, że PKB w pierwszym kwartale 2009 w Polsce skurczy się o 1,7%, a w listopadzie ubiegłego roku zapowiadała wzrost PKB o 3,8%, więc pomyliła się o ponad 5 pkt. procentowych! Bez względu jednak na to, kto i o ile się pomylił, jedno jest pewne - są tylko dwa sposoby wyjścia z sytuacji, w której państwo ma mniej pieniędzy niż chce czy musi wydać:
1. zwiększamy wpływy do budżetu
2. zmniejszamy wydatki
Co znaczy pkt 1. i pkt 2. w praktyce? O tym w następnym odcinku.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 26 maja 2009 |
Na sesji Rady Miasta Częstochowy radni rozmawiali o budżecie, więc wszyscy byli aktywni, bo przecież na budżecie zna się każdy (przynajmniej w zakresie mikroekonomii i własnego domowego budżetu). Czasem było niestety niemerytorycznie, czy to jednak z niedostatecznej wiedzy, czy z przyczyn ideologicznych, trudno powiedzieć, bo przecież Przewodniczącego Komisji Skarbu o niewiedzę w zakresie ekonomii posądzić niesposób, a jednak z niedowierzaniem słuchałam niektórych Jego wypowiedzi, szczególnie tych oskarżających rząd o wzrost deficytu, inflację, a nawet o to, że Komisja Europejska zapowiedziała wszczęcie procedury nadmiernego deficytu wobec Polski. A jakie są fakty odarte z politycznych emocji? Minister Rostowski nie pozwala na zwiększenie deficytu przez zwiększenie wydatków (co proponują liderzy PiS, a więc partyjni koledzy Pana Przewodniczącego Domagały), nie zgadza się też na oryginalny pomysł Pana Prezydenta (to chyba też PiS?) obniżenia podatku VAT, który musiałby zmniejszyć wpływy do budżetu przynajmniej w początkowej fazie, a więc tej zbiegającej się z największym spadkiem PKB w Polsce (mówiąc wprost pomysł Pana Prezydenta zwiększa deficyt budżetowy). Inflacja? Tu akurat rząd nie ma wiele do powiedzenia, to raczej Bank Centralny czyli Narodowy Bank Polski reguluje podaż pieniądza w obiegu przez, między innymi, wysokość stóp procentowych (czyżby Prezes Skrzypek to też PiS?)
No i wreszcie stanowisko Komisji Europejskiej, przeczytajmy uzasadnienie:
"Przekroczenie progu wynika głównie z faktu, iż lata dobrej koniunktury jedynie w ograniczonym stopniu wykorzystano do konsolidacji finansów publicznych i wdrożenia głębokich reform po stronie wydatków. Przez ostatnich pięć lat Polska odnotowywała deficyty na poziomie średnio 4,3% PKB, mimo że tempo wzrostu gospodarczego przekraczało średnio 5,0%" - czytamy w raporcie KE.
Czy trzeba te słowa tłumaczyć? Znaczą tyle, że rząd PiSu przejadł wzrost gospodarczy, przy dużych wpływach do budżetu (wzrost PKB nawet 7%) utrzymywał wyższy deficyt niż rząd PO w czasie kryzysu, gdy dynamika PKB oscyluje w okolicy 0%!!! To tak, jakby ktoś nagle zaczął dużo zarabiać i zamiast spłacać swoje stare i bardzo wysokie długi, zadłużyłby się jeszcze bardziej, wydając więcej niż zarabia, i nagle stracił pracę. Sytuacja trudna, ale zwyczajna uczciwość i rzetelność nie pozwala za hulaszcze lata rządów Prawa i Sprawiedliwości pokrzykiwać na rząd Platformy Obywatelskiej.
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 20 maja 2009 |
Eurowybory, eurowybory...Pamiętacie imiona europosła Czarneckiego? Wiem, że to chwyt poniżej pasa, niegodny uczciwego polityka, ale nie sposób nie przywołać powiedzenia: Kto mieczem wojuje.....
No cóż, były poseł Samoobrony niepotrzebnie dworował z nazwiska Pani Róży Thun, bo to nazwisko dobre, jak każde inne, podobnie, jak imię Ryszard czy Richard, itd...
Myślę, że PiS przeżył ostatnio parę takich "niefartów". Jednym z nich jest bojowo ogłoszona przez ministra Kamińskiego gotowość do złożenia wniosku o wotum nieufności wobec ministra Rostowskiego. I co wydarzyło się dalej? Dziwna cisza. Czyżby nie zdołano znaleźć 69 podpisów posłów, koniecznych do złożenia wniosku do laski marszałkowskiej? Czy raczej Prezes Kaczyński bał się, że debata sejmowa będzie klęską jego partii, bo argumentów przeciwko konsekwentnej i osłaniającej Polskę przed skutkami kryzysu światowego polityce Ministra Finansów brak? A może słaba znajomość Regulaminu Sejmu sprawiła, że źle obliczono terminy, i to, co miało być wyborczą walką okazałoby się epitafium PiSu po przegranych wyborach do Europarlamentu?
Pewnie prawdziwej przyczyny już nie poznamy, bo oprócz chorych analiz i hipotez byłej minister finansów Zyty Gilowskiej, PiS niczego innego nie wyartykułował.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 12 maja 2009 |
Dostałam burę za to, że nie pozdrowiłam maturzystów. I słusznie:) Na swoje usprawiedliwienie chcę tylko powiedzieć, że maturzyści pewnie się uczą i nie czytają mojego bloga, ale to nie zmienia faktu, że myślę o nich ciepło i trzymam kciuki. Wywołana do tablicy, pozwolę sobie na odrobinę prywaty i szczególnie pozdrowię Piotrka Robaka - maturzystę z VI LO z Częstochowy. Piotrowi trudniej niż innym zdawać tę maturę, ale wszystkim zdrowym i biegającym o własnych siłach życzę Jego energii i pozytywnego myślenia, które góry przenosi:)) Piotrek zdaje jutro matematykę, a to nie przelewki(!) Jestem jednak dobrej myśli, a na dobrym wyniku Piotrka matury zależy mi tym bardziej, że obiecał mi spacer po Alejach, jak już będzie znał wynik. Jeszcze raz połamania piór i profesjonalnych egzaminatorów sprawdzających (ale o to jestem spokojna, o czym pisałam wcześniej:)
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 11 maja 2009 |
Matury w naszym kraju zawsze wywoływały emocje. Już "Czerwone Gitary" (info dla młodszych czytelników: polski zespół muzyczny założony w 1965r., legenda naszej muzyki rozrywkowej) śpiewały o maturze i piosenka ta stała się przebojem w zasadzie nieprzemijającym, bo w początkach maja większość rozgłośni radiowych choć raz przypomina ją, puszczając w eter słowa: "Hej, za rok matura/(O, dużo czasu jeszcze do końca!)/Za pół roku/Już niedługo, coraz bliżej/Za pół roku..."
Tak więc matura to jakby problem narodowy, a od czsu wprowadzenia systemu egzaminów zewnętrznych, to problem i narodowy i rzeczywisty (w rozumieniu: kłopot). Gdy zaczynałam pisanie swojego bloga, bedąc zupełnie prywatną, nikomu nieznaną osobą, która mogła w wirtualnej przestrzeni internetowej napisać wszystko, bez żadnych konsekwencji, prawie bez zastanowienia, czy więcej pożytku, czy szkody z tej pisaniny wynika, ówczesny minister Roman Giertych wprowadził tzw. abolicję maturalną, rzecz straszną, niesprawiedliwą, demoralizujacą i głupią. Tak też wtedy o tym napisałam.
Dzisiaj będąc (nie, nie młodą lekarką;) posłem koalicji rządzącej wolałabym napisać o tegorocznych maturach coś dobrego, tym bardziej, że w ubiegłym roku CKE zaliczyła już wpadkę z egzaminem gimnazjalnym. Niestety, jeśli doniesienia prasowe są prawdziwe (a pewnie tak, bo cytują wypowiedzi dyrektora CKE - prof. Konarzewskiego), tzn. jeśli dyrektor sam, bez uzgodnień z ekspertami przedmiotowymi i konstruktorami testów z języka polskiego i WOS-u, zmienił treść polecenia, to należy go odwołać, bo nie nadaje się do pełnienia tej funkcji, choćby nie wiem jak był zasłużony dla polskiej nauki pedagogicznej.
Studenci pomiaru dydaktycznego na jednym z pierwszych wykładów dowiadują się, że każde słowo w poleceniu ma ogromne znaczenie dla jakości zadania testowego. Dowiadują się, że szczególnie przy zadaniach otwartych rozszerzonej odpowiedzi ważne jest, aby polecenie było wskazówką i drogowskazem dla rozwiązującego zadanie. Polecenie determinuje przecież klucz/schemat odpowiedzi. Za co egzaminator ma przyznać punkty, jeśli uczeń precyzyjnie nie dowiedział się, co ma zrobić w tym zadaniu?
Problemem dyrektora CKE jest także to, że myśląc, że upraszcza trudny pomiarowy język, a przez to dociera do większej populacji zainteresowanych, tak naprawdę zniekształca obraz egzaminu zewnętrznego, a wręcz go fałszuje! Nie ma żadnego klucza w zadaniach rozszerzonych!!! Jest schemat odpowiedzi, czyli wskazanie egzaminatorowi sprawdzającemu pracę, jakie wątki, zagadnienia, pojęcia (eksploatowane do znudzenia na lekcjach) powinny się pojawić w pracy ucznia, który na maturze ma udowodnić nie to, że ma talent pisarski, ale to, że zna literaturę polską i potrafi umieścić ją w kontekście historyczno-literackim i teoretyczno-literackim. Historia literatury i teoria literatury to dziedziny naukowe!
Nie chce mi się nawet komentować głupot, jakie wypisywał jakiś zeszłoroczny maturzysta w Gazecie Wyborczej z soboty: że egzaminatorzy, dostając za pracę 2 zł. sprawdzają na czas(!), byle więcej, i że bezmyślnie szukają jakiegoś słowa, a jak go nie ma, to dają "0" punktów. Na miły Bóg, przecież to wszystko nieprawda! Okręgowa Komisja Egzaminacyjna ustala maksymalną liczbę prac dla jednego egzaminatora, a biorąc pod uwagę to, że schemat odpowiedzi ustalany jest w trakcie sprawdzania (i to jest dobre i sprawiedliwe dla uczniów, bo ewentualna korekta dotyczy wszystkich prac w całej Polsce!) nie warto się spieszyć, bo może okazać się, że trzeba wrócić do prac już sprawdzonych i zmienić punktację!
Pozdrawiam wszystkich egzaminatorów wszystkich egzaminów zewnętrznych, wierząc w Waszą mądrość i profesjonalizm.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 8 maja 2009 |
Nie zgadzam się z przeniesieniem Gdańska do Krakowa. I nie dlatego, że Kraków lubi być niszowy i to wychodzi mu najlepiej, ale dlatego, że wszystko zaczęło się w Gdańsku. Jasne, że była Nowa Huta, strajki górników na Śląsku, Radom i wiele, wiele innych, ale to w Gdańsku podpisano porozumienia, to tam jest pomnik-symbol walki o wolną Polskę i tam powinny być obecne głowy państw, żeby złożyć hołd Solidarności. Tej Solidarności, która nie jest własnością Gwiazdy, Walentynowicz, ani tym bardziej PiSu, bo jest własnością wszystkich, dla których 1989 rok to niezwykła wartość, trudna do przecenienia.
Rozumiem, że sytuacja jest w pewnym sensie patowa, z jednej strony musi być zapewnione maksymalne bezpieczeństwo dla gości, z drugiej w wolnym kraju ruchy związkowe mają prawo do manifestacji. Ale może mogłyby, z powodu miedzynarodowej imprezy, manifestować dzień później albo dzień wcześniej? Tylko co wtedy powiedziałyby media i opozycja? Łamanie zasad demokracji, zamykanie ust przeciwnikom politycznym, wielcy tego świata świętują, robotnicy głodują to pewnie byłyby nagłówki w gazetach...
Dlatego dobrego wyjścia nie ma, ale nie wiem, czy premier wybrał "mniejsze zło"? Szkoda, że Prezydent, który właśnie w takich momentach powinen zabrać głos milczy i w ten sposób legitymizuje polityczną grę związków zawodowych i partii swojego brata. Właściwie gdyby chociaż milczał, ale on na w święto 3 maja porównał PO do Targowicy:((
Dobrze, że chociaż Prezes Kaczyński poszedł po rozum do głowy i namawia, żeby Polacy głosowali na Platformę Obywatelską:) http://www.youtube.com/watch?v=lTbDd_062bs
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 4 maja 2009 |
Zły stan zdrowia sprawił, że dłuższy majowy weekend postanowiłam spędzić w ośrodku sanatoryjnym, a żeby połączyć przyjemne z pożytecznym wybrałam morze. W ubiegłe wakacje nie udało mi się być nad Bałtykiem, nie wiadomo, jak będzie w tym roku, więc pojechałam. Zawsze myślałam, że sanatorium jest dla starszych ludzi, a że o sobie nigdy nie myślimy w ten sposób, więc byłam pewna, że nie jest dla mnie. Rzeczywistość zaskoczyła mnie podwójnie.
Po pierwsze okazało się, że sporo starsi ode mnie kuracjusze po kąpielach borowinowych, solankach. masażach, kilometrowych marszach brzegiem morza i jonoforezach mają energię, żeby pójść na wieczorne tańce, gdy ja padałam ze zmęczenia i nie zaglądałam nawet na onet.pl sprawdzić, czy świat jest mniej więcej w tym miejscu, w którym był pod koniec kwietnia.
Po drugie jedna z pielęgniarek powiedziała mi coś, co wydaje się logiczne, ale chyba rzeczywistość jest inna. Otóż zwróciła mi uwagę na to, że sanatoria zostały wymyślone dla ludzi, którzy pracują zawodowo, często przeciążając fizycznie czy psychicznie swój organizm, dlatego wymagają raz na dwa lata rehabilitacji, która dla nich jest także profilaktyką pozwalającą dłużej zachować zdrowie i siły do pracy. Takie podejście ma także ekonomiczne uzasadnienie: profilaktyka jest tańsza niż leczenie. Tymczasem kuracjusze to w 80% emeryci i renciści, a więc osoby, które ze względu na bardzo zły stan zdrowiw albo podeszły wiek z niektórych zabiegów w ogóle korzystać nie mogą. Tyle system, o którym wszyscy wiedzą, że jest zły. Ale są jeszcze obserwacje sanatoryjnej codzienności. Spora grupa kuracjuszy jest niezadowolona. Chociaż przełom kwietnia i maja okazał się ciepły i słoneczny,łabędzie jedzą z ręki, a kolor morza zielono-szmaragdowy są niezadowoleni. Niezadowoleni z diety, pory posiłków, rozkładu zabiegów w ciągu dnia, pokoju, odległości od stołówki, itd. Powodów do niezadowolenia jest wiele, tym więcej, im dłużej trwa turnus i im mniej spraw zawodowych czeka na kuracjusza po powrocie.
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
| |
|
|