|
|
| Blog |
|
|
| 2 stycznia 2010 |
Pod koniec roku pojawiły się, jak zwykle, rankingi hitów i kitów, majstersztyków i bubli politycznych mijającego 2009 roku.
Nie będę oryginalna, jeśli za majstersztyk uznam to, że Polska stała się europejskim tygrysem:), ale naprawdę trudno coś innego uznać za największe, najbardziej spektakularne i jednoznacznie pozytywne wydarzenie minionego roku. Wiem też, że nie było ono skutkiem zaniechania czy przypadku, ale świadomego i celowego działania ministra finansów, ponieważ miałam zaszczyt i przyjemność być dość blisko podejmowanych decyzji, dyskusji i ścierających się, także w rządzie, stanowisk i poglądów na skuteczne zarządzanie kryzysem. Tak więc hitem jest zielona Polska na czerwonym oceanie światowej recesji. I nie warto (a może warto?) przypominać dzisiaj, że na ten zielony kolor miały wpływ optymizm Polaków i ich przedsiębiorczość, ale one nie wzięły się znikąd. Co pozwoliło nam zachować dobry nastrój i odwagę podejmowania biznesowych decyzji? Spokój i optymizm rządu, a także jego działania, w tym, elastyczna linia kredytowa z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, która pozwoliła zatrzymać deprecjację złotego, odważne odcięcie się od koszyka państw środkowoeuropejskich na szczycie UE, późniejsza niż chciała opozycja i Prezydent nowelizacja budżetu i oszczędności, zamiast rozrzutności, proponowanej jako lek na całe zło przez Lewicę, PiS, Prezydenta i niektórych ekonomistów (mam nadzieję, że ci nie wejdą do nowej Rady Polityki Pieniężnej!).
A kit? Dla mnie to nie afera hazardowa, bo tę uważam raczej za utratę dziewictwa etycznego i estetycznego Platformy Obywatelskiej niż za bubel. Z pewnością bardziej niż zwykły bubel boli, szczególnie tych, którzy mają określone wyobrażenie o moralności politycznej.
Co więc było dla mnie kitem 2009? Na szczęście kitem, który na nic nie wpłynął, niczego nie zmienił, bo jak prawdziwy kit pozostał bez echa, bo nikt nie dał go sobie wcisnąć? Takim hitem było dla mnie orędzie Pana Prezydenta wygłoszone w maju 2009 w Sejmie RP, po raz pierwszy w historii III Rzeczypospolitej! Po co? Żeby powiedzieć rządowi, że sytuacja gospodarcza i społeczna kraju jest trudna, i że rząd odpowiada za gospodarkę, i że Polacy są zdezorientowani i zaniepokojeni, i że trzeba naśladować kraje zachodnie, krtóre uruchamiają ogromnnie kposztowne pakiety antykryzysowe, a może nawet śladem Wielkiej Brytanii należy obniżyć podatek VAT (sic!) w celu pobudzenia gospodarki. Wszyscy o tym orędziu dość szybko zapomnieli, bo miało tyle wspólnego z rzeczywistością, co filmy o Harrym Potterze, ale gdy usłyszałam noworoczne orędzie Pana Prezydenta, w którym chwalił Polskę za umiejętne przejście przez kryzys, a Polaków za niepoddanie się pesymizmowi, to pomyślałam, że albo ja, albo Pan Prezydent mamy rozdwojenie jaźni. Odszukałam więc w stenogramie sejmowym tekst orędzia z maja i pozwalam sobie mały fragment zacytować:
"...W poczuciu odpowiedzialności za kraj, w obliczu pogarszającej się sytuacji apeluję do rządu, aby nie kontynuował mechanicznego, sprzecznego z obowiązującą ustawą budżetową ograniczenia wydatków, żeby obserwował, co robi świat i nasi najbliżsi sojusznicy. Kraje zachodnie, które dostatecznie długo funkcjonują w warunkach gospodarki rynkowej, naprawdę mają większe od nas doświadczenie w polityce przeciwdziałania kryzysom. Praktycznie wszystkie państwa zachodnioeuropejskie, a także USA i Japonia bardzo aktywnie od wielu miesięcy usiłują ożywić procesy rozwojowe poprzez stymulowanie popytu inwestycyjnego i konsumpcyjnego. Natomiast rząd polski postępuje jakby odwrotnie. (Oklaski) Taka polityka prowadzi do spowolnienia naszej gospodarki...."
W tym kontekście przypomnijmy tylko, że minister Rostowski - w rankingu opublikowanym przez brytyjski dziennik „Financial Times” - został uznany za najlepszego ministra finansów w Unii Europejskiej, jednym z kryteriów była skuteczność działań prowadzonych polityk antykryzysowych.
O częstochowskim hicie i kicie 2009 napiszę jutro.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 27 grudnia 2009 |
Prawie już poświątecznie, ale magia Bożego Narodzenia, na szczęście, trwa dłużej niż czerwone kartki w kalendarzu. Czas spotkań opłatkowych, życzeń i kolędowania wciąż jest z nami i o życzeniach i kolędach właśnie chciałam napisać w poświąteczną niedzielę.
Nie jest odkrywcza konstatacja, że nowoczesne technologie przybliżją nas i oddalają od siebie jednocześnie. Taka komórka, na przykład, w czasie Bożonarodzeniowym połączyła esemesami pół Polski. Ale po co? Po co wysyłać pakiet 10, a może 100 identycznych życzeń do 10 czy 100 znajomych? Co jest istotą życzeń na Boże Narodzenie, a może życzeń w ogóle? Wspólne dla wszystkich życzeń świata jest rzeczywiście pierwsze słowo: "życzę...", ale już następne, chciałoby się, żeby zawierały coś osobistego, indywidualnego, coś tylko dla adresata. Z drugiej strony przecież wszystkim życzymy szczęścia, zdrowia, radości, spokojnych Świąt, spełnienia marzeń, zadumy i refleksji i wielu innych dóbr powszechnie pożądanych, więc może czepiam się niepotrzebnie? Miło jest dostawać esemesy z życzeniami, ale trochę to kłopotliwa przyjemność, bo za każdy chciałoby się podziękować i życzyć nadawcy dużo dobrego, ale w Wigilię (a wtedy życzeń jest najwięcej) to dość trudne, bo to dzień szczególny i czasu na esemesy niewiele: rodzina, kolacja, dwanaście potraw, prezenty. Dlatego, dziękując Wszystkim za esemesowe życzenia, przepraszam, że nie odpowiadałam na nie w tym roku. Spróbuję poprawić się na Nowy Rok:)
Tegoroczne Święta przyniosły mi jeszcze jeden dylemat, a może raczej niedosyt. To kolędy, ale nie w stacjach TV, czy w radiu, ale te śpiewane w kościele podczas mszy świętej. Siłą Świąt jest tradycja, powtarzalność, niezmienność, także w odniesieniu do kolęd! Tymczasem w drugi dzień Świąt wybrałam się do Kaplicy na Jasną Górę i, choć wydaje się to niemożliwe, nie dane mi było zaśpiewać, czy posłuchać choćby jednej kolędy, którą znałby ktoś jeszcze, oprócz siostry śpiewającej na chórze. Staliśmy więc w tłumie wiernych z nadzieją na usłyszenie znanych dźwięków, oczami wyobraźni widząc pasterzy grających skocznie Dzieciąteczku na lirze......
Ludzie mówią, że nie chodzi o to, aby złapać króliczka, ale by gonić go. Nie jestem tylko pewna, czy chodzi o śpiewanie kolęd, ale dzisiaj podejmę kolejną próbę.
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 23 grudnia 2009 |
Małe miasteczka na Dzikim Zachodzie czasem napadali bandyci, zabijali szeryfa i zaprowadzali swój porządek. Tyle, że to było dawno temu w Ameryce, a my żyjemy w środkowej Europie w XXI wieku. Szeryfów się nie zabija, nawet, jak są źli, tylko odwołuje w referendach. Na szczęście po ich odwołaniu miasteczka nie przechodzą w ręce bandytów, ani nawet organizatorów referendów, tym bardziej, że do referendum nie poszli tylko Ci, którzy złożyli podpis pod inicjatywą OSPC. Przykładem mogę być ja i bardzo wielu moich znajomych, którzy nie popierali akcji referendalnej (z powodu krótkiego czasu do wyborów, kosztów, które generuje referendum i tego, że nasz szeryf nie był ścigany przez prawo). Gdy referendum stało się faktem, wtedy wzięłąm w nim udział (bo to moje obywatelskie prawo do podejmowania decyzji) i naprawdę nie ze względu na Aleje, bo nikt nigdy nie wymyśli projektu, który zadowoliłby wszystkich, to jest oczywiste. Referendarze nie muszą też przystawiać Prezydentowi Kurpiosowi pistoletu do skroni. On sam wie, co ma robić. W ubiegłym tygodniu, z jego inicjatywy, zostało umówione spotkanie z Marszałkiem Śmigielskim z udziałem parlamentarzystów Platformy Obywatelskiej w sprawie projektu zwanego w skrócie "Aleje". Projekt ten, podobnie, jak "tramwaje" jest zaawansowany o tyle, że beneficjent czyli Częstochowa na coś się już z Brukselą via Urząd Marszałkowski umówił. Nie możemy wpaść z pistoletami w dłoniach do Marszałka i zmusić Go do wprowadzenia zmian w umowach, ale możemy jechać w pierwszy dzień po Świętach i negocjować, argumentować, rozmawiać, a nie straszyć!!! I to właśnie robimy.
A OSPC niech zdobędzie się na chwilę refleksji, czy na pewno chodzi im o to, żeby złe decyzje poprzedniego Prezydenta zastąpiły równie złe, podejmowane pod presją decyzje Komisarza? A jak za rok przyjadą do naszego miasteczka prawdziwi bandyci i tchórzliwy szeryf zrobi wszystko, byle utrzymać władzę? Czy chodzi nam o miasto, w którym szanuje się WSZYSTKICH częstochowian, rozmawia z nimi, szuka kompromisowych rozwiązań, myśli się perspektywą wielu lat, stawia na nowoczesną przestrzeń miejską, czy chcemy tylko szybkich sukcesów, które z czasem stają się porażkami i kolejnych chybionych inwestycji?
Dobrze, że Wigilia dopiero jutro, to może napiszę pozytywnego coś, pozytywnego:)
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 10 grudnia 2009 |
W końcu okazało się, że król jest nagi! I to nie tylko w Warszawie, w Częstochowie też:( "Mąż stanu" Aleksander Kwaśniewski pokazał swoją prawdziwą twarz. Wyraz "prawdziwą" ma tu znaczenie antytezy, bo prawdziwa twarz Kwaśniewskiego to twarz sztuczna, na potrzebę chwili, zawsze poprawna politycznie, co najwyżej umiejętnie pochłaniająca bezę i na tym koniec. Smutne jest to, że nie tylko wielu Polaków, ale też spora część świata nabrała się na błękitną koszulę i kindersztubę byłego prezydenta:( Pożytek ze słów Kwaśniewskiego taki, że może Polacy przestaną widzieć żonę opatrznościową w Jolancie Kwaśniewskiej, bo nią nie jest i nigdy nie była. Jest inteligentną i miłą panią, która, bywając wśród wielkich tego świata nauczyła się tyle, żeby pokazać, jak spakować walizkę i nie pognieść spodni. Wiedza potrzebna, ale była pierwsza dama ( można rzec dziesięcioletnia) mogłaby chyba coś ważniejszego przekazać rodakom....ale chyba jednak nie może.
Indolencja dotyka niemal całej lewicy, nawet mojego sympatycznego kolegi - Krzysia Matyjaszczyka (życzę zdrowia Panie Pośle:), który z uporem godnym lepszej sprawy usiłuje odwołać przewodniczącego Czumę z Komisji ds. nacisków.
Tak, z pewnością Lewica przeżywa kryzys przywództwa, ale też tożsamości. Napieralski jest raczej papierowy niż spiżowy, a ojciec chrzestny braku sukcesu w wyborach parlamentarnych 2007 znów pociągnie Lewicę w dół swoim HYMNEM dla GENERAŁA! Bo chociaż niewielu polityków powtórzy słowa Frasyniuka, to wielu przyzna mu rację. Trzeba mieć w sobie sporo z "komuszka", żeby w Jaruzelskim zobaczyć sprawcę przemian demokratycznych w Polsce!
Ale Lewica przeżywa kryzys nie tylko we władzach centralnych i wśród swoich patronów ideowych. Regionalne i prowincjonalne struktury też pozostają w dziwnym letargu, jakby w chocholim tańcu z "Wesela", który bardzo szybko zastępuje niewykorzystaną chwilę czynu. Mówię oczywiście o częstochowskiej Lewicy, która aktywnie brała udział w kampanii na rzecz odwołania prezydenta Tadeusza Wrony, a twarze czołowych polityków SLD dziękowały z lawet mieszkańcom miasta za udział w referendum. I co dalej? Czy Lewica zechciała przyjąć część odpowiedzialności za miasto? Czy desygnowała wiceprezydenta? Czy przedstawiła swój pozytywny (!) plan działania na rzecz miasta na najbliższy rok? NIE! Zabroniła za to jednemu ze swoich członków przyjęcia funkcji wiceprezydenta, w tym samym czasie zaakceptowała Panią Ewę Pachurę na Przewodniczącą Rady Miasta, żeby po kilku dniach zmienić zdanie i walczyć o kandydaturę Zdzisława Wolskiego. To znaczy, że chciała i wiceprezydenta i przewodniczącego rady? No to chyba chciała za dużo. I chyba tylko po to, żeby usłyszeć odmowę.
Pozycja komentatora i krytyka na rok przed wyborami to pozycja bardzo wygodna. Tym bardziej, że w podobnej roli ustawił się Przewodniczący Komisji Skarbu Marek Domagała z PiS. Na dzisiejszą sesję przyszłam z powodu I czytania ustawy budżetowej. Zawsze chętnie słucham racjonalnych wypowiedzi Marka Domagały, popartych analizą porównawczą, czy ilustrowanych danymi liczbowymi w dłuższej niż roczna perspektywie. Co zobaczyłam i usłyszałam na dzisiejszej sesji? Odgrzane slajdy sprzed roku z dopiskiem "old", choć powinno być raczej "back", jeśli już musi być nie po polsku, parę cytatów z ekonomicznych autorytetów i szereg oskarżeń wobec starej i nowej władzy. Wystąpienie miało zresztą charakter raczej prywatny, bo ani razu nie usłyszałam zdania, które zawierałoby słowa: "w opini Komisji Skarbu, w imieniu Komisji Skarbu...." Słyszałam za to: "rok temu mówiłem; miałem rację, choć nie czuję z tego powodu satysfakcji; ostrzegam; czekam na propozycję nowej władzy; czynniki zewnętrzne(?) zmuszą radnych do głosowania wbrew logice", itd. itd...Zastanawiałam się, czy to sesja Rady Miasta i wystąpienie w imieniu Komisji Skarbu czy prywatne pogaduszki niedowartościowanego egotysty?
Marku, nie pomagasz naszemu miastu w ten sposób, nie wiem nawet, czy naprawdę o dobro miasta Ci chodzi, czy wolisz raczej bezpieczną pozycję outsidera, który zawsze może powiedzieć: "A nie mówiłem?" Dzisiaj masz realny wpływ na budżet, rozmawiaj z Prezydentem, zadeklaruj, że usiądziesz razem z Panią Skarbnik i wynegocjujesz z naczelnikami oszczędności (bo takiej determinacji w samej Pani Skarbnik nie widzę) Nie stój z boku, jak Lewica! To miasto naprawdę potrzebuje mądrych i odważnych ludzi, bo czas lęku przed niezadowoleniem Wodza i czas wiernopoddaństwa się skończył!!!
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 6 grudnia 2009 |
Mój wytrwały krytyk pyta, co to znaczy, że projekt przebudowy skrzyżowania DK1 z al. Jana Pawła II itd... był na żenującym poziomie.
Drogi Panie Rafale trudno w kilku zdaniach opisać to, czemu poświęciłam wiele miesięcy, podczas których wymieniłam wiele pism z Urzędem Miasta, Miejskim Zarządem Dróg, Ministerstwem Infrastruktury, przeprowadziłam szereg rozmów z Ministrem Cezarym Grabarczykiem, Podsekretarzem Stanu Patrycją Wolińską-Bartkiewicz, przedstawicielami Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, a jeszcze wcześniej z przedstawicielami Urzędu Marszałkowskiego, bo były Prezydent miasta o fundusze na ten cel starał się już w lutym 2007 roku. (Czas ten należałoby pomnożyć przez 4, bo każdy z parlamentarzystów PO zabiegał o ten projekt). Pasmo nieudolności i niekompetencji Urzędu Miasta w sprawie DK1 zaczyna się właśnie wtedy, w lutym 2009 roku! Według Karty projektu przekazanej wówczas do Marszałka, inwestycja ta miała rozpocząć się w 2008 roku, a zakończyć w 2010(!). Dokumentacja projektowa i studium wykonalności miało być gotowe w grudniu 2007, a pozwolenie na budowę na początku 2008 roku. Co to znaczy? Projekt nie był w ogóle przygotowany, a zakładane terminy nierealne! Dowód? Gdy rozpoczął się nabór wniosków do Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko w styczniu 2009 roku, Częstochowa była wciąż "w proszku". Złożyliśmy dokumentację w systemie "projektuj i buduj", który polega na tym, że właściwie wszystko robi firma, która wygra przetarg. Problem polegał na tym, że trzeba było usilnie zabiegać o to, by przekonać Ministerstwo Infrastruktury, aby takie wnioski były ocenianie, tak samo, jak te, które miały potrzebną do rozpoczęcia budowy pełną dokumentację (decyzję środowiskową, pozwolenie na budowę, itd..) Dlaczego lepiej byłoby, gdyby miasto przygotowało samo dokumentację potrzebną do rozpoczęcia inwestycji? Ano dlatego, że metoda "projektuj i buduj" jest dużo droższa. A to znaczy, że nie tylko środków unijnych przeznaczymy na tę budowę więcej, ale także wkładu własnego z kasy miasta.
I tu dotykamy kolejnego tematu - Prezydenta już nie ma, ale i pieniędzy na wkład własny nie widać! A trzeba je mieć także na I i II Aleję (tu także popełniono niewybaczalne błędy, bo złożono projekt do programu, w którym wydatki na pasy drogowe nie są kwalifikowane, to znaczy, że ok 13 mln. (żeby utrzymać ruch kołowy w Alejach) musimy dołożyć, oprócz 15% wkładu własnego!
Kolejny przykład skrajnej niekompetencji to projekt transportowy (tramwaje). Dlaczego? Bo miał objąć nie tylko budowę nowej linii, ale także modernizację starej, niestety MPK nie zdążyło(!) przygotować projektu i rzutem na taśmę postanowiono dorzucić zakup tramwajów niskopodłogowych (taką dokumentację można zrobić w zasadzie w tydzień). Tyle tylko, że stara linia tramwajowa nie jest przystosowana do składów nowego typu i trzeba będzie się przesiadać albo zapłacić drożej za tramwaje specjalnie dostosowane tak, żeby mogły jeździć po starej linii. Szkoda, bo łatwiej kupić tramwaj niż zmodernizować starą linię:(
Jeśli Częstochowa nie zmieni standardów pracy Urzędu Miasta (naprawdę, a nie na papierze ani nawet w pozorowanym e-urzędzie, który niestety nie wpływa na jakość obsługi obywatela) to zostaniemy małym miasteczkiem, które wciąż śni nierealny sen o województwie i uniwersytecie:((((
iza leszczyna
p.s. Pełna dokumentacja projektu (łącznie z Kartą Projektu z próby pozyskania funduszy w czasie, gdy Marszałkiem był pan Moszyński (wtedy jeszcze w PO), ale premierem Jarosław Kaczyński, a ministrem Pani Gęsicka, a losy projektu ostatecznie rozstrzygały się w Warszawie) musi być dostępna w Urzędzie Miasta lub w Miejskim Zarządzie Dróg. Zgodnie z ustawą o dostępie do informacji publicznej, powinna zostać Panu udostępniona. Z mojego doświadczenia, jako radnej, wynika jednak, że Urząd MIasta utrudniał udostępnianie takich informacji. Mam nadzieję, że to uległo zmianie. W moim Biurze może Pan zapoznać się z dokumentacją pisemną, jaką prowadziłam w tej sprawie, każdego dnia pomiędzy 9.00 a 17.00.
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 5 grudnia 2009 |
Konstytucja wymaga zmiany, struktura finansów publicznych także - tu jest zgoda ponad podziałami, niemal ogólnonarodowa. Jednak większość komentatorów oburzyła się, gdy Premier Tusk i Mnister Rostowski "włożyli kij w mrowisko", jeden mówiąc o swoim pomyśle na zmiany w ustawie zasadniczej, drugi - przedstawiając swój pomysł na zmniejszanie długu publicznego. Dlaczego? Bo potrzebna jest wokół tych zagadnień dyskusja, szeroka debata społeczna, a nie szybkie nieprzemyślane decyzje! Zgoda, ale jak lepiej i uczciwiej rozpocząć debatę publiczną na ważny społecznie temat, niż prezentując swoje stanowisko w sprawie? Przecież gdyby Premier i Minister Finansów zadali politykom, ekspertom, wszystkim Polakom pytania: "Jak zmienić Konstytucję RP? Jak naprawić finanse publiczne?" to z pewnością naraziliby się na krytykę w rodzaju: "Jeśli rząd nie ma pomysłu na rządzenie, nie ma wizji, projektów zmian, odwagi, by zaproponować własne rozwiązania, to niech poda się do dymisji! No bo co to za rząd?"
Tak źle, i tak niedobrze:(
Czyli, jak zwykle:)
Okazało się nawet, że kilku najwybitniejszych polskich konstytucjonalistów, tworzących Radę Konstytucyjną pracowało nad zmianami w Konstytucji, więc najlepsze z możliwych podłoże do tej dyskusji jest! Tyle, że nie bardzo widać dyskutantów, bo o ileż ciekawiej, gdy w okienku TV pojawia się główny pisowski fighter - poseł Kurski lub opowiadający zwykle banialuki poseł Kłopotek, czy skandalista Palikot? Mówią o wszystkim, a więc o niczym! Jest dobrze, adrenalina wciąż na wysokim poziomie, oglądalność też.
W międzyczasie pojawiła sie "afera" w Komisji ds "afery hazardowej". To zupełnie ostudziło zapał mediów do prowadzenia publicznej debaty o Konstytucji, czy nawet Otwartych Funduszach Emerytalnych! Hulaj dusza, znowu jest jakieś "polityczne bagienko", którym można się zająć! Tyle, że nawet jeśli okaże się, że wszyscy ministrowie, których Premier Tusk odsunął z rządu, całe noce grywają w kasynach i chcieli, by hazard rósł w siłę, a właścicielom jednorękich bandytów żyło się dostatniej, to i tak dla Polski nie ma to żadnego(!) znaczenia. Bo pięciu ministrów straciło swoje stanowiska, a ustawa, która de facto usuwa z przestrzeni publicznej automaty do gier hazardowych została przyjęta przez Parlament, tyle, że Prezydent skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego, po co? Prezydent chce, by zbadano czy ustawa nie ogranicza wolności gospodarczej, choć przyznaje, że jej wartością jest ochrona nieletnich przed swobodnym dostępem do hazardu.
Trudniej rozmawia się merytorycznie i trudniej formułuje się rzeczowe argumenty, zdecydowanie łatwiej rzucać sofizmatami i błotem. Tylko czy rachunek końcowy będzie równie łatwy do przełknięcia? I czy nie stanie nam wszystkim kością w gardle?
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 29 listopada 2009 |
Moje dwa lata w sejmie?
Nie będę przytaczała statystyk dotyczących ilości wystąpień, zapytań oraz interpelacji. Choć w jakimś stopniu świadczą one o aktywności posła, to raczej w stopniu niewielkim, a często wręcz pozorowanym. Bo czy o "pożytku z posła" świadczy fakt, że kilka razy dziennie w czasie posiedzenia sejmu wejdzie na mównicę i zada jedno- czy dwuminutowe pytanie, którego zwykle lwią część, a często jedyną stanowi krytyka działań rządu (w wypadku koalicjantów to krytyka zachowań i pomysłów opozycji)? Zresztą zawsze podejrzane wydawało mi się zabieranie publicznie głosu na prawie każdy temat!!! Podobnie rzecz ma się z interpelacjami i zapytaniami. Oczywiście, są sprawy ważne, podnoszone przez obywateli, o które trzeba pytać ministrów i prosić ich o wyjaśnienia. Ale bardzo wiele takich problemów rozwiązuje się w bezpośredniej rozmowie, podczas wizyty w ministerstwie, interwencji, czasem tylko ustnej. Takie działania poselskie przynoszą zwykle więcej prawdziwych efektów dla obywateli niż koncentrowanie się na statystykach.
Jak zatem wyglądają efekty moich działań w kontekście obietnic wyborczych? Przypomnę zatem obietnice, które ukazały się w Gazecie Wyborczej z 2.11.2009 r. Po rozmowie ze mną nt. priorytetów działań poselskich skierowanych na nasze miasto Pani Dorota Steinhagen napisała:
Parlamentarne plany Izabeli Leszczyny:
1. pomoc w zdobywaniu przez samorząd oraz organizacje pozarządowe środków unijnych dla Częstochowy (trzeba przerwać złą passę)
2. rozwiązanie problemu nieudolnej spółki Operator ARP (żeby wreszcie efektywnie dla miasta i regionu wykorzystać tereny po hucie)
3. doprowadzenie do powołania uniwersytetu w Częstochowie (nie można tylko mówić o tym przez dziesięć kolejnych lat)
Z czego się wywiązałam?
ad.1 Częstochowa, dzięki zabiegom całej czwórki parlamentarzystów z PO, w latach 2007-2009 pozyskała w sumie, licząc tylko projekty twarde, infrastrukturalne, ponad 360 mln. zł(!) (nie dzięki świetnym projektom, bo takich są tysiące, a projekt na skrzyżowanie DK1 z Jana Pawła II był na żenującym poziomie i tylko nasza ogromna aktywność, inicjatywa i determinacja doprowadziły do tego, że Ministerstwo Infrastruktury ciągnęło nasz projekt za uszy i wreszcie uzyskaliśmy ponad 156 mln. zł. na najtrudniejsze skrzyżowanie w Częstochowie). To także pieniądze na węzeł DK1 z Makuszyńskiego czyli kolejne 18 mln. zł., filharmonia - 21 mln., sala widowiskowo-sportowa ponad 30 mln. i wreszcie tramwaje - 128 mln., a więc konkurs rozstrzygany przez Województwo Śląskie, na czele którego stoi
Marszałek z Platformy Obywatelskiej.
ad.2 złożenie przez posłów z PO zapytania w sprawie "Operatora" rozpoczęło proces zmian w spółce. Sprawa jest znana, więc wspomnę tylko, że brak chęci współpracy ze strony Urzędu Miasta sprawił, że spółka wciąż nie "rozwinęła skrzydeł" tzn. sprzedała zbyt mało ziemi inwestorom. Pewnie niedobra koniunktura w mijającym kryzysowym roku też nie sprzyjała jej działalności. Jedno jest pewne, zdanie inwestorów o spółce uległo zmianie, nikt ich już nie przegania i nie zastają zamkniętych drzwi, podjęto też starania o to, żeby wreszcie tereny "Operatora" zostały ujęte w planach zagospodarowania przestrzennego naszego miasta. Te działania do końca naszej kadencji muszą przynieść efekty i z nich właściciel spółki - Agencja Rozwoju Przemysłu będzie rozliczał obecnego Prezesa.
ad. 3 i wreszcie sprawa bardzo mi bliska, bo edukacja jest w sejmie jedną z moich stałych aktywności. Właściwie mogłabym napisać, że tu poniosłam sromotną klęskę, ale wynika ona raczej ze złego sformułowania obietnicy wyborczej, niż z zaniechania działań.
Bo co może zrobić poseł, żeby uczelnia z jego miasta stała się uniwersytetem? Może wspierać uczelnię w jej staraniach o środki finansowe na polepszenie bazy naukowo-dydaktycznej, to przyciąga dobrą kadrę i studentów. I to posłowie dwóch poprzednich kadencji (zarówno PiSu, jak PO) robili i robią. Akademia Jana Długosza ma środki (prawie 12 mln. euro) na budynek dla nowego Wydziału Nauk Społecznych w ramach projektów kluczowych. Wszyscy parlamentarzyści PO interweniowali jesienią 2009 r. w Urzędzie Marszałkowskim, gdy okazało się, że środki te są zagrożone z powodów formalnych. Niedawno ponad 5 mln zł., także na infrastrukturę, uczelnia uzyskała w Regionalnym Programie Operacyjnym. To, że wokół uczelni staramy się budować dobry klimat na pewno pomaga jej w pozyskiwaniu zewnętrznych źródeł finansowania.
Druga rzecz, którą poseł może zrobić to, w chwili, gdy senat uczelni wyrazi wolę zmiany nazwy w odpowiedniej uchwale, pilotowanie ustawy w sejmie, tak, by podjęto ją jak najszybciej i, żeby większość posłów podniosła rękę za jej przyjęciem. Zapewniam, że taką ustawę wszyscy posłowie z Częstochowy, bez względu na przynależność partyjną, przeprowadzą przez sejm w tempie błyskawicznym!
Tyle, że w świetle obowiązującego prawa, uczelni można nadać nazwę „uniwersytet”, uzupełnioną przymiotnikiem, jeżeli posiada sześć uprawnień do nadawania stopnia naukowego doktora, w tym co najmniej czterech uprawnień w zakresie nauk objętych profilem uczelni (o uniwersytecie bezprzymiotnikowym w ogóle nie rozmawiajmy, bo, póki co, leży poza zasięgiem naszych częstochowskich możliwości).
Na razie AJD ma takie uprawnienia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym - fizyka i Filologiczno-Historycznym - historia. Brakuje czterech uprawnień i żaden poseł, choćby najsprawniejszy, najmądrzejszy i najbardziej wpływowy nie może tych uprawnień przynieść w teczce. To najtrudniejszy do spełnienia wymóg, ale są także inne, wymagające od środowiska naukowego uczelni zaangażowania, podjęcia określonego wysiłku, współpracy wszystkich wydziałów, a to, jak pokazuje doświadczenie, jest trudne. Z pewnością zbyt małe było też zaangażowanie samorządu lokalnego, choćby w stworzenie warunków dla kadry, która zachęcona dobrymi warunkami mieszkaniowymi, zechciałaby zamieszkać w Częstochowie i swoją karierę naukową rozwijać w AJD (pamiętamy wszyscy pomysł z mieszkaniami w remontowanych kamienicach, w których dzisiaj, niestety, rozgościł się Urząd Miasta).
Jest sposób, żeby Częstochowa bez dużego wysiłku miała uniwersytet. Połączenie AJD z Politechniką Częstochowską załatwia sprawę. Tylko po co to Politechnice, jeśli ona sama już dziś może być Uniwersytetem Technicznym? Ale nie chce i trudno się dziwić, że 60 lat tradycji kształcenia politechnicznego rodzi sentyment do nazwy Politechnika? Tego połączenia nie chcą chyba obie uczelnie, więc tym bardziej nikt z zewnątrz nie ma prawa takiego pomysłu narzucać! Mimo że Politechnika nie chce mi pomóc w spełnieniu wyborczej obietnicy;) i chce pozostać Politechniką, tę właśnie uczelnię udało się, dzięki doskonałej współpracy z nowymi władzami, wielokrotnie wesprzeć w pozyskaniu środków finansowych. Ostatnia wizyta (listopad 2009) władz uczelni w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego i Nauki umożliwi generalny remont budynku Wydziału Inżynierii Mechanicznej i Informatyki.
Konkludując, posłowie zrobili to, co w tej sprawie zrobić mogli, teraz kolej na uczelnię (jeśli AJD chce stać się uniwersytetem) i być może nowe władze miasta, a później znowu przyjdzie nasza kolej.
Czy stało się podczas tych dwóch lat coś, czego powinnam się wstydzić jako poseł? Czy jakąś prośbę, pytanie, problem, sprawę zlekceważyłam? Myślę, że nie, czasem po prostu nie mogłam pomóc, jest kilka takich spraw, które okazały się "beznadziejne":((
A jakie były te dwa lata dla mnie?
Kilka razy poczułam na własnej skórze, że trzeba być bardzo, bardzo twardym.
A poza tym? Mniej czasu na bloga, na rodzinę, przyjaciół, znajomych, na Cisie, na książki, na siłownię czasu nie miałam nigdy, więc nie będę obciążać winą polskiego parlamentaryzmu.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 16 listopada 2009 |
Jak miło, gdy politycy mówią jednak prawdę, szczerze, uczciwie, z pełną odpowiedzialnością za słowo. Przewodniczący Napieralski, choć zwykle nijaki i bezbarwny, dzisiaj na konferencji prasowej powiedział bez owijania w bawełnę, że SLD chce ocenić dwa lata rządu PO-PSL kompleksowo i subiektywnie! Poprawił się co prawda, że miał na myśli obiektywnie, ale przecież co w głowie, to na języku.
W takim razie ja też ocenię 2 lata rządu, też subiektywnie oczywiście.
Długa droga przed nami, ale parę sukcesów jest, choć sytuacja makroekonomiczna im nie sprzyja.
Jakie są te sukcesy? Powtarzają je od kilku dni komentatorzy, politolodzy i ekonomiści. A Lewica twierdzi nawet, że to jej sukcesy:
1. Nasz kraj jest jedynym w Europie, który oparł się kryzysowi i przeszedł przez niego bez recesji.
2. Polska najlepiej, wśród państw Unii Europejskiej, wykorzystuje środki finansowe z perspektywy 2007 - 2013 (to jest fakt potwierdzony przez Komisję Europejską).
3. Ministrowi infrastruktury udało się to, co dla poprzedników było niemożliwe: zmienił prawo zamówień publicznych, wprowadził specustawę, która umożliwia skuteczny i szybki wykup ziemi, w miejscach, gdzie ma przebiegać droga; zakończono też prace nad ustawą środowiskową, która pozwala wreszcie budować autostrady. Konsekwencją tych działań jest podpisanie największej ilości umów (w czerwcu to było 836 km dróg krajowych, w tym 426 km autostrad oraz 410 km dróg ekspresowych, obwodnic i dużych przebudów dróg), także w systemie Partnerstwa Publiczno-Prywatnego, tzn. tak, jak na całym świecie.
4. Polska na arenie międzynarodowej jest postrzegana jak normalny, nowoczesny, przewidywalny kraj, Lech Wałęsa w Berlinie przewraca pierwsze domino, a ostatnie Jerzy Buzek - Przewodniczący Parlamenttu Europejskiego.
5. Polskie wojsko opuściło Irak, a do armii nie idą już młodzi chłopcy z łapanki.
6. Oddzieliliśmy funkcje ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.
7. Odważyliśmy się wreszcie przeprowadzić ustawę emerytalną, która w znacznym stopniu zrównuje obywateli wobec prawa, zabierając przywileje emerytalne wielu grupom społecznym, przechodzącym na wcześniejsze emerytury kosztem innych.
8 Budujemy Orliki, na które "zrzucają się solidarnie" rząd i samorządy różnych szczebli, w taki sam sposób budujemy drogi lokalne, przeznaczyliśmy na nie z budżetu państwa ponad 2 mld., a wcześniej samorządy budowały je tylko z własnych funduszy.
9. Zmieniliśmy sposób komunikowania się "władzy" i obywateli, bo władzę traktujemy jak służbę.
10. Stworzyliśmy dobry klimat dla przedsiębiorców, biznesu i postaw obywatelskich, czego dowodem jest referendum w Częstochowie, w którym wzięło udział ponad 40 tys. osób.
Tyle przychodzi do głowy ad hoc, chociaż mam świadomość, że to wszystko za mało. Jest przecież KRUS, emerytury mundurowe, ochrona zdrowia, media publiczne i kultura, finansowana w naszym kraju, jak w Kraju Rad.
No i UWAGA!!! magiczne słowa, które są jak zaklęcie: REFORMA FINANSÓW PUBLICZNYCH! Nikt jej nie widział, więc nikt nie wie, co to takiego. Ekonomiści starają się czasem powiedzieć o niej to i owo, ale nie dość jednoznacznie. A prawda jest banalniejsza niż nam się wydaje. Reforma finansów publicznych to nic nadzwyczajnego. Wystarczy doprowadzić do tego, by wpływy budżetu państwa pokrywały wydatki. A całkiem po ludzku? Trzeba wydawać mniej pieniędzy, mniej na pensje w sferze budżetowej, mniej na świadczenia socjalne, mniej na emerytury i renty. Inna reforma finansów publicznych nie istnieje.
Tylko czy Polacy na pewno chcą reformy finansów publicznych?
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 15 LISTOPADA 2009 |
Częstochowa jest trzecim dużym miastem w Polsce, gdzie referendum w sprawie odwołania prezydenta okazało się ważne, po Olsztynie i Sopocie, w którym to jednak mieszkańcy zagłosowali za pozostawieniem na stanowisku prezydenta Karnowskiego. Dlaczego Prezydent Częstochowy nie chciał, żeby zagłosowali jego zwolennicy??? Nigdy tego nie zrozumiem...
Hmmm,....myślę, że nie na miejscu byłby triumfalizm. Czeka nas (wszystkich, którym na sercu naprawdę leży dobro Częstochowy i jej mieszkańców) dużo pracy, oby starczyło sił i mądrości. Wierzę, że tak będzie:)))
Chociaż ważne wydaje mi się coś jeszcze. Zawsze było mi bardzo przykro, gdy różni ludzie, którzy musieli w Urzędzie załatwić różne sprawy, często na najwyższych szczeblach, mówili, że są traktowani źle i lekceważąco. Bardzo chciałabym, żeby to się zmieniło...
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 12 listopada 2009 |
Chciałam pisać o koncercie Chrisa Bottiego w Zabrzu, bo był fantastyczny i śliczny. Gitara i fortepian, a nawet perkusja usiłowały dotrzymać kroku trąbce Chrisa, same były zresztą świetne, więc czasem wydawało się, że już, już ją mają, ale za chwilę znów odleciała i trzeba było ją gonić. Gdyby dżwięki zamieniały się w coś materialnego, to na scenie powstałoby chyba połączenie gotyckiej katedry i nowoczesnych biurowców z Manhattanu. I chociaż mój znajomy wielbiciel jazzu powiedział mi, że Bottiego to się nie słucha, bo on jest smooth..., to mnie się podobało.
No ale blog polityczny musi być o polityce, tak jak piosenka musi posiadać tekst:), tym bardziej, że wczorajsze Święto Niepodległości wymaga kilku słów komentarza.
Jak zwykle, centralną postacią uroczystości w naszym mieście był Prezydent Częstochowy, mniej zorientowani w historii mogli nawet pomyśleć, że to on wywalczył Polakom niepodległość, bo zarówno w homilii, jak w przemówieniu Pana Prezydenta, trudno było nie doszukać się paraleli Józef Piłsudski - Tadeusz Wrona.
Szkoda, że czekając na słowa o miłości do swojego kraju, o patriotyzmie, na którego brak niektórzy narzekają, usłyszałam o prezerwatywach w kampanii referendalnej. To, że ktoś zaangażował w tę kampanię prezerwatywy, jest rzeczywiście dość niskiego lotu, ale czy ja na Mszy za Ojczyznę muszę o tym słuchać?
Prezydent w swoim wystąpieniu był bardziej powściągliwy, ale nie zrezygnował z wątku niesłusznych oskarżeń wobec Piłsudskiego formułowanych przez "społeczeństwo" i z ubolewaniem mówił o społeczeństwie, co to nie dorosło do tak wielkiego męża stanu. Nie czuło się w powietrzu, że zbieżność ta jest zupełnie przypadkowa.
I pewnie nie była, tym bardziej, że Pan Prezydent stracił w ostatnich dniach poczucie zdrowego rozsądku, bo referendum porównał do liberum veto:(( Gorzej, że stracił też poczucie przyzwoitości, strasząc Częstochowę Wojewodą Śląskim (przepraszam Pana Wojewodę Zygmunta Łukaszczyka), co Komisarza z Katowic (choć wiadomo, że to nieprawda) przyśle do Urzędu Miasta. Jakby tego było mało, nagle Częstochowa nie dostanie, wg Prezydenta, pieniędzy unijnych na żadne inwestycje, a Urząd pogrąży się w rocznym marazmie. Czy to pewność siebie godna męża stanu, czy raczej pycha, buta, kłamstwa i arogancja władzy? Taką lekcję patriotyzmu i miłości do swojej małej ojczyzny, my częstochowianie, odebraliśmy tuż przed 11 listopada w liście od Pana Prezydenta.
Poglądy Pana Prezydenta na instytucję referendum ewoluowały zresztą dość znacznie w ciągu ostatnich 10 lat. Warto przeczytać wystąpienie z 2 grudnia 1999 r. w Sejmie RP. Poniżej zamieszczam link do archiwum sejmowego, ale dla tych, którzy nie zechcą czytać całości cytat: "Referendum spełnia zatem rolę swoistego bezpiecznika. Jest mechanizmem chroniącym polityków lokalnych przed pułapką samozadowolenia i alienacji od społeczności gminy. Nawet jeśli rzeczywiście przyczyną referendum jest populizm, nawet jeśli rzeczywiście wynik referendum utrudnia rozwój gminy, nie zmienia to oceny wartości tej instytucji, bo wynik ten uczy, że nie da się mądrze rządzić przeciw społeczeństwu albo bez społeczeństwa. A jest to lekcja w takim samym stopniu potrzebna w skali małej gminy, jak i wielkiego państwa."
Wystąpienie posła Tadeusza Wrony z dnia 2.12.1999 - pierwsze czytanie rządowego projektu ustawy o referendum lokalnym (druk nr 1361)
Na koniec trochę o wielkiej polityce, ale także w kontekście dyskusji o patriotyzmie, nad upadkiem którego użala się Prezydent Kaczyński. Panie Prezydencie Polski, od kogo - Pana zdaniem - Polacy, szczególnie młodzi, mają uczyć się patriotyzmu? I czego chce nauczyć właśnie Pan? Że 20 lat wolnej Polski, z wyłączeniem dwóch lat, gdy rządził Pana brat bliźniak, to czas stracony, czas, który pokazał, że Polacy nie potrafią kształtować rzeczywistości w wolnej Polsce, bo ulegają, jak dzieci we mgle złym mediom, wyimaginowanym wrogom zewnętrznym i wewnętrznym? Czego chce Pan nauczyć, nie zapraszając Wałęsy na uroczystości rocznicowe "Solidarności"? Czego chce Pan nauczyć, nie jadąc do Niemiec na obchody 20. rocznicy zburzenia muru berlińskiego? Czego chce Pan nauczyć, zwlekając tak długo z podpisem Traktatu Lizbońskiego przez Pana wynegocjowanego? Czego chce Pan nauczyć, podważając pozytywne dane GUS o wzroście PKB w Polsce? Panie Prezydencie, patriotyzmu Polacy chcą uczyć się od Pana, ale to jest bardzo trudne, bo Pan nie wie, co to znaczy być patriotą.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
| |
|
|