|
|
| Blog |
|
|
| 18 lutego 2010 |
Parytet (od łacińskiego paritas czyli równość) wzbudza wiele emocji, pewnie więcej niż na to zasługuje. Debata sejmowa wokół obywatelskiego projektu ustawy zmieniającej ustawę ordynacja wyborcza starała się być racjonalna, ale była emocjonalna. Nikt, jak powiedziałaby Violetta z Brzyduli, nie wymyślił proszku, podczas sejmowych wystąpień. Wypowiedziano tyle samo nieprawdziwych stereotypowych zdań, co zdań oczywistych. Moje koleżanki i koledzy w dobrej wierze i w poczuciu misji dziejowej wchodzili na sejmową mównicę, żeby dać świadectwo swoim poglądom i tchnąć w ułomną polską demokrację nowego prawdziwie demokratycznego ducha. Co ciekawe, za kreatorów nowoczesności uważali się zarówno ci, co byli za, jak ci, co byli przeciw parytetom. Wszyscy mieli rację i nikt nie miał racji. Używano wyrazu dyskryminacja, a tymczasem problemem jest dominacja, a źródła jej nie leżą w prawie, ale w utrwalonej przez tysiąclecia kulturowej roli kobiety. To tradycyjne role płci w rodzinie są sprzeczne z ideałami równości w życiu politycznym. Zasadne pozostaje pytanie: od czego należy rozpocząć zmianę? Od życia prywatnego/rodzinnego, bo tu właśnie tradycyjna rola kobiety jest najbardziej ugruntowana? Od życia publicznego, bo je możemy regulować prawem skuteczniej i w większym zakresie? Co ma szansę stać się wytrychem?
Z jednej strony buntuję się przeciwko parytetom, ilekroć myślę o osobnikach rodzaju męskiego, którzy mówią, że jakaś kobieta dostała się do sejmu, bo miała duży dekolt na plakacie wyborczym. W takich mężczyznach wprowadzenie parytetu utrwali szowinistyczne przekonania o funkcjonowaniu kobiet w świecie w ogóle. Przypięta zostanie nam łatka, że mamy niezasłużony bonus, w skrajnym przypadku usłyszymy, że wystarczy być kobietą, żeby zostać politykiem.
Z drugiej strony myślę, że dominacji mężczyzn należy upatrywać nie w dyskryminacji kobiet podczas rekrutacji na poszczególne stanowiska, w tym polityczne, ale we wcześniejszym definiowaniu stanowisk. Wystarczy w ogłoszeniu o naborze napisać, że pracownik musi być dyspozycyjny. Jeśli pracy szuka małżeństwo z małym dzieckiem i oboje mają identyczne kwalifikacje, to tę pracę dostanie mężczyzna:(
Problem jest, ale jest bardzo złożony. Ja mogłam iść do pracy po studiach tylko dlatego, że mama odbierała moją córkę z przedszkola, bo ja w niektóre dni pracowałam do 19.00. Przedszkola muszą być otwarte dłużej, żłobki nie mogą straszyć samą nazwą, a prace domowe nie mogą być deprecjonowane. Długa droga przed nami, ale chyba musi zacząć się w sejmie. Nie jestem tylko pewna, czy te ponad 60% społeczeństwa, które deklaruje poparcie dla tej ustawy, widzi i - co chyba ważniejsze - aprobuje o wiele szerszy niż dyskutowany podczas debaty kontekst nowego prawa?
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 10 lutego 2010 |
Jak to dobrze, że jestem członkiem Komisji Finansów Publicznych a nie Komisji Skarbu Państwa. I wcale nie dlatego, że praca w tej drugiej jest mniej ciekawa, ale dlatego, że członkiem Komisji Skarbu jest poseł Suski z Prawa i Sprawiedliwości. Nigdy poczucie humoru i szczególny rodzaj przyciężkawej polemiki uprawianej przez Pana Posła nie były mi bliskie, ale w dzisiejszym wystąpieniu poseł Suski przeszedł samego siebie. Otóż podczas pierwszego czytania ustawy o zmianie ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji zgłosił wniosek formalny o odrzucenie tego projektu w ogóle, bo posłowie Platformy Obywatelskiej chcieli przecież narazić budżet państwa na milionowe straty, co prawda w ustawie o grach i zakładach wzajemnych, ale wg posła Suskiego chcieli i już. Ponieważ na posiedzeniu połączonych Komisji nie było Freuda, więc nikt nie rozumiał, o co posłowi Suskiemu chodzi? A on najzwyczajniej w świecie uległ zjawisku znanemu w psychoanalizie jako "przeniesienie". Co prawda dotyczy ono relacji między ludźmi, ale Pan Poseł zastosował je do ustaw i przeniósł swoją niechęć do ustawy hazardowej, która nigdy nie ujrzała światła dziennego (czytaj: nie trafiła do sejmu) na ustawę o komercjalizacji i prywatyzacji. W odpowiedzi na pytania posłów o to, co wspólnego mają te ustawy, że w głowie posła zlały się w jedno, usłyszeliśmy, że przecież obie dotyczą pieniędzy. Ot, logika godna posła Suskiego.
Ale to nie jedyny problem podczas 60. posiedzenia Sejmu.
Są jeszcze papierosy :(
Palić albo nie palić? To w zasadzie nie jest żaden dylemat. Wiadomo: nie palić. Ale jak już ktoś pali? Pokusa, żeby zabronić ustawowo jest duża i na pierwszy rzut oka uzasadniona społecznie. Tę drogę wybrali Włosi i Irlandczycy. Dlatego uważam, że miejsca publiczne, takie jak przystanki autobusowe, klatki schodowe, windy (naprawdę niektórzy palą w windach) powinny być objęte zakazem palenia, a w instytucjach publicznych można by palić tylko w miejscu wyznaczonym (jeśli takie jest zorganizowane, ale nie wprowadzałabym konieczności jego wyodrębnienia). Za to puby, kluby i inne miejsca, gdzie ludzie przychodzą się bawić zróżnicowałabym, bo jedni bawią się bez papierosa, a inni z papierosem. Decyzję o miejscu, w którym spędzą wieczór, ludzie podejmą, głosując nogami. Być może gdzieś będzie pusto i właściciel zmieni swój stosunek do nałogu. Tylko gdzie ja wtedy pójdę? Tam, gdzie się pali, żeby być z mężem, czy tam, gdzie nie ma dymu, ale sama? :)
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 31 stycznia 2010 |
"Decyzje rządu podporządkowane są prezydenturze Tuska", "Premier nie podejmie trudnych decyzji, żeby nie stracić popularności przed walką o fotel prezydencki", takie i wiele innych, opartych na tej samej tezie, zdań legło w gruzach. W jednej minucie Premier zburzył misternie budowaną przez PiS narrację, która okazała się science-fiction. Z trudem politycy Prawa i Sprawiedliwości przyswajali tę zaskakującą dla nich rzeczywistość. Niektórzy, jak poseł Karski w rozmowie ze mną na antenie Polsat News w piątek, do tego stopnia przywiązali się do tej propagandowej tezy, że powtórzyli ją, jakby nie było oświadczenia Premiera Tuska na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Trochę to rozumiem, sytuacja nie jest łatwa: przegraną Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem można by tłumaczyć jako wynik 1:1, bo przecież pięć lat temu pokonanym był Tusk. Ale jak wyjaśnić swoim zwolennikom, dołom partyjnym, wreszcie sobie samym, że urzędujący, sympatyczny przecież Prezydent, przegrywa z kandydatem Platformy wyłonionym na kilka miesięcy przed wyborami, kandydatem - nie liderem PO?
Tak, z pewnością czwartek nie należał do najlepszych dni dla Prawa i Sprawiedliwości, ale prawdziwa męka zaczęła się w piątek. Premier wzmocniony swoją decyzją, wzmocniony pozytywnym przyjęciem jej przez Platformiaków złapał wiatr w żagle i ogłosił spójny, trudny dla rządzących, rozłożony na wiele lat (nie na jedną kadencję) i zupełnie nie(!)populistyczny Plan Rozwoju i Konsolidacji Finansów. To nic, że ekonomiści w większości ocenili go pozytywnie, opozycja wspólnym głosem uznała go za niepoważny i niekonkretny, a w ogóle taki, który byłby dobry jako expose na początku kadencji, a nie teraz. Czy na pewno opozycja ma rację?
Po pierwsze, dlaczego teraz? Ano dlatego, że Platforma Obywatelska układała swój program wyborczy w czasie hossy, gdy dynamika PKB była wysoka. Wtedy można myśleć o obniżaniu podatków i obniżaniu deficytu budżetowgo jednocześnie, a także o inwestycjach w badania i rozwój, a więc te dziedziny nauki i gospodarki, które nakręcają innowacyjność, a co za tym idzie konkurencyjność kraju w stosunku do pozostałych członków UE. Ale po roku rządzenia (przypomnę, że w pierwszym budżecie obniżyliśmy zaplanowany przez PiS deficyt!(!), a także znacząco, bo o 10 % podnieśliśmy pensję nauczycieli i zwiększyliśmy środki finansowe na naukę, tzn. rozpoczęliśmy realizację swoich wyborczych obietnic! Niestety kolejny rok okazał się nie być łaskawy dla gospodarek światowych, dlatego trzeba było ogromnej determinacji, odwagi i odpowiedzialności rządu, aby budżet na 2009 rok pozwolił przejść Polsce suchą stopą prze kryzys. I rto się udało! Zielona wyspa + 1,7% PKB. A reszta Europy na czerwono:(( Hmmm....innym nie wychodzi, a mnie wychodzi powiedziałby Jan Peszek w "Scenariuszu dla trzech aktorów" gdyby był ministrem Rostowskim:)) Dzisiaj jest dobry moment na to, aby na wejściu w 2010 rok - rok wychodzenia świata z kryzysu powiedzieć: Polska ma ambicję pozostać liderem, liderem zmian, ograniczania wydatków, odpowiedzialnej polityki fiskalnej, wreszcie przygotowania finansów publicznych do wejścia w strefę euro, ale także do stawienia czoła nieuniknionym zjawiskom demograficznym (starzenie się społeczeństwa).I to powiedział Donald Tusk. Plan Rozwoju i Konsolidacji Finansów to wieloletni harmonogram tej zmiany. Jak każdy plan wieloletni nie może być nazbyt szczegółowy, konkretny i sztywny. Wie to każdy początkujący menadżer, nie wie opozycja i ekonomiści, których wiedzy i doświadczenia obecny rząd nie zechciał wykorzystać. Do takich należy prof. Rybicki, dlatego słowa redaktora Miecugowa, że wierzy we wszystko, co powie profesor i dlatego uważa, że Plan Tuska jest zły, są tyleż naiwne, co - w ustach myślącego człowieka - niedopuszczalne! Jedynym ekonomistą, który zasłużył sobie na taką bezrefleksyjną aprobatę jest Leszek Balcerowicz (cokolwiek na ten temat sadzi pewien rolnik, co dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu został wicepremierem mojego kraju:((
Nie ma konkretów mówi opozycja? No to zobaczmy:
1. Reguła wydatkowa, która nie pozwoli rządom na rozdawnictwo i populistyczne decyzje przed wyborami, reguła, która w swojej docelowej formule jest antycykliczna, tzn. uwalnia finanse publiczne od obawy o to, czy kolejna recesja nie spowoduje bankructwa naszego państwa!
2. Odchodzenie od przywilejów dla emerytur mundurowych, analiza efektywności II filaru, finansowa zachęta dla Polaków, aby zechcieli pracować dłużej (za dodatkowy rok pracy będziemy mogli uzyskać emeryturę 10% wyższą!!!).
3. Kasy fiskalne dla lekarzy i adwokatów.
4. Objęcie systemem ubezpieczeń powszechnych zamożnych rolników oraz doprecyzowanie definicji rolnika, a więc uszczelnienie systemu KRUS.
5. Prywatyzacja jako priorytet działania Ministra Skarbu na rok 2010! (ci, co mówią, że wpływy z prywatyzacji przejemy nie wiedzą o czym mówią: przede wszystkim one obniżą nasze zadłużenie, a wkonsekwencji koszty obsłufgi długu publicznego, a ponadto spółki skarbu państwa staną się wreszcie profesjonalnie zrządzanymi - bez politycznych nacisków - przedsiębiorstwami!)
6. Jest jeszcze rozwój infrastruktury szerokopasmowej ze wszystkimi pozytywnymi konsekwencjami dla każdego Kowalskiego, także tego, co mieszka w Cisiu:))
To nie są konkrety?
Jeśli polityk, który miał największe szanse na fotel prezydenta, rezygnuje z tej konfitury, żeby stanąć na straży realizacji zapisów tego Planu, to czy można chcieć bardziej konkretnego konkretu???
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 23 stycznia 2010 |
Leszek Miller wraca na Białym Koniu. Tylko po co? Żeby przypieczętować polityczną śmierć SLD? Hm... Jak to będzie w sejmie przyszłej kadencji, kto zasiądzie w ławach poselskich umieszczonych po lewej stronie? Bo przecież nie pomoże lewicy także to, że Aleksander Kwaśniewski poparł Olechowskiego, a nie Szmajdzińskiego w wyścigu do fotela Prezydenta RP. Jeden i drugi jest bez szans, więc właściwie poparcie byłego prezydenta nie ma żadnego, oprócz symbolicznego znaczenia. No chyba, że jako gwóźdź do trumny.
Oczywiście nie jest tak, że jestem spokojna o Platformę Obywatelską i jej kondycję. Chociaż z pewnością nie jest tak tragicznie, jak przedstawiają to media publiczne zarządzane przez koalicję PiS-SLD. Dyspozycyjni dziennikarze przedstawiają raczej życzeniową wizję sceny politycznej: lada moment posypie się rząd, bo koalicjia prawie nie istnieje, a w samej Platformie rozłam za rozłamem. A rzeczywistość jest taka: rząd przygotowuje się do prezentacji "Planu rozwoji i konsolidacji finansów", który zostanie przedstawiony 29 stycznia podczas konferencji na Politechnice Warszawskiej. W tym dokumencie mają być przedstawione najistotniejsze działania, które w najbliższych kilku latach doprowadzą do obniżenia długu publicznego i deficytu, tak, aby Polska bezpiecznie mogła wejść do korytarza ERM2 (etap przejściowy przed przystąpieniem do strefy euro). Tam znajdą się zapisy o regule wydatkowej. Przed nami także decyzja o koniecznych zmianach w systemie emerytalnym. Nawet jeśli większość ekonomistów, że nie wspomnę o opozycji krzyczy: ręce precz od OFE, to i tak trzeba znaleźć sposób na to, żeby emerytury Polaków, wyliczane wg systemu utworzonego 10 lat temu (I, II i III filar) były wyższe, bo na razie istnieje realna groźba, że będą bardzo niskie. Powszechne Towarzystwa Emerytalne są zainteresowane tym, żeby nic nie zmieniać, bo przecież krociowe zyski są ich udziałem, a emerytury, tak czy siak, są gwarantowane przez państwo. To jest kunszt biznesowy: w majestacie prawa, bez podejrzanych rozmów telefonicznych i jednorękich bandytów, oskubać przyszłych staruszków ze składek i nie odpowiadać za jakość ostatnich lat ich życia!!! Pogratulować sprytu, ale w biznesie coraz częściej mówimy o etyce! Dlatego PTE mogą opłacić tysiące mądrych, ekonomicznych analiz, potwierdzających ich istnienie w obecnej formule, jako jedynie słuszne, ale używając hierarchii prawdy profesora Tischnera, to byłby trzeci jej rodzaj.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 9 STYCZNIA 2010 |
Miałam napisać o częstochowskim kicie i hicie już kilka dni temu, ale koniec i początek roku spędziłam w łóżku, nie z lenistwa, ale złożona chorobą, a później był sejm i nie było czasu na bloga. No to co, według mnie, było naszym lokalnym majstersztykiem i bublem roku 2009?
Majstersztyk to na pewno referendum. Nie ma dyskusji. Komitet referendalny spisał się na szóstkę, był po prostu skuteczny. Mówię to bez względu na to, że w powszechnej opinii był łączony z Lewicą, choć sami jego przedstawiciele odżegnywali się od polityki i konkretnych ugrupowań. Bez względu na kolor, czapki z głów za efektywność: plan, realizacja, efekt końcowy, wszystko było niemal jak z podręcznika zarządzania. Pozytywnie oceniam referendum także jako zjawisko socjologiczne: społeczeństwo dużego miasta, a więc bardzo zróżnicowane, niejednorodne, zmobilizowało się i jako wspólnota lokalna podjęło decyzję, której konsekwencje są istotne nie tylko dla miasta, ale dla całego subregionu, bo przecież Częstochowa ma ambicję i formalne przesłanki do tego, aby być liderem pólnocnej części naszego województwa. To naprawdę duża sprawa. Wierzę, że tej aktywności społecznej i obywatelskiej nie zmarnujemy. No właśnie i tu muszę znów krytycznie napisać o częstochowskiej Lewicy, czym narażę się, być może, na jeszcze większą niechęć i jeszcze mniej elegancki atak Przewodniczącego Marka Balta (mimo wszystko życzenia Dobrego Roku:).
Bo jak inaczej, jeśli nie bublem 2009 nazwać to, co Lewica zrobiła po referendum? Kitem roku było dla mnie odrzucenie przez Lewicę propozycji wejścia do władz wykonawczych samorządu Częstochowy (nieprzyjęcie propozycji objęcia stanowiska wiceprezydenta miasta). Tyle euforii z udanego referendum, tyle nadziei, że wszystkie liczące się siły polityczne w mieście były jednomyślne i nagle co? Głowa w piasek? Jak ktoś boi się podejmowania decyzji, to niech nie bawi się w politykę, nawet lokalną! Ja rozumiem realia polityczne: rok wyborczy i trudna do zaakceptowania dla wyborców Lewicy koalicja z prawicą. I nie chcę nawet powiedzieć, że są rzeczy ważniejsze niż słupki poparcia, bo w ustach polityka to może zabrzmieć fałszywie (bo tak naprawdę słupki są bardzo ważne, one przekładają się na ilość głosów, głosy na to, czy ma się władzę, a to z kolei na możliwość realizacji idei, w które się wierzy, i które chce się materializować, a to jest właśnie polityka). Myślę jednak, że wyborcy Lewicy są dość inteligentni, żeby zrozumieć wyjątkowość sytuacji w Częstochowie. Gdyby Lewica wzięła na siebie współudział w rządzeniu, miałaby wpływ na decyzje podejmowane w mieście. A gdyby nie udało się wypracować konsensusu w jakiejś sprawie? No to głosujemy tak, jak serce i rozum dyktują, a do wyborców idzie jasny przekaz: bierzemy odpowiedzialność za taką i taką decyzję, bo podjęliśmy ją wspólnie, ale tu mamy inne zdanie i jeśli to my będziemy mieć głos decydujący, dzięki waszym głosom, to podejmiemy decyzję inną. To chyba uczciwe postawienie sprawy? Immanuel Kant powiedział, że w teorii nie ma żadnej sprzeczności między moralnością a polityką. Może da się to przenieść do praktyki?
p.s. Do Absolwenta szkoły średniej, który pyta mnie o pracę inną niż sprzątanie: pewnie trudno będzie Ci taką znaleźć:( Nie wiem, co umiesz, jaką szkołę skończyłeś, co chciałbyś robić? Większość młodych absolwentów liceów i techników kończy dzisiaj szkoły policealne albo zdobywa licencjat, to daje im lepszą pozycję wyjściową na rynku pracy niż Twoja. Wykształcenie nie jest gwarancją pracy, ale jego brak jest niestety gwarancją jej braku:( Moje Biuro nie pomaga w znajdowaniu pracy, nie mamy takich możliwości, ani kompetencji, ale zadzwoń i wpadnij, zapraszam na gorącą herbatę.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 2 stycznia 2010 |
Pod koniec roku pojawiły się, jak zwykle, rankingi hitów i kitów, majstersztyków i bubli politycznych mijającego 2009 roku.
Nie będę oryginalna, jeśli za majstersztyk uznam to, że Polska stała się europejskim tygrysem:), ale naprawdę trudno coś innego uznać za największe, najbardziej spektakularne i jednoznacznie pozytywne wydarzenie minionego roku. Wiem też, że nie było ono skutkiem zaniechania czy przypadku, ale świadomego i celowego działania ministra finansów, ponieważ miałam zaszczyt i przyjemność być dość blisko podejmowanych decyzji, dyskusji i ścierających się, także w rządzie, stanowisk i poglądów na skuteczne zarządzanie kryzysem. Tak więc hitem jest zielona Polska na czerwonym oceanie światowej recesji. I nie warto (a może warto?) przypominać dzisiaj, że na ten zielony kolor miały wpływ optymizm Polaków i ich przedsiębiorczość, ale one nie wzięły się znikąd. Co pozwoliło nam zachować dobry nastrój i odwagę podejmowania biznesowych decyzji? Spokój i optymizm rządu, a także jego działania, w tym, elastyczna linia kredytowa z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, która pozwoliła zatrzymać deprecjację złotego, odważne odcięcie się od koszyka państw środkowoeuropejskich na szczycie UE, późniejsza niż chciała opozycja i Prezydent nowelizacja budżetu i oszczędności, zamiast rozrzutności, proponowanej jako lek na całe zło przez Lewicę, PiS, Prezydenta i niektórych ekonomistów (mam nadzieję, że ci nie wejdą do nowej Rady Polityki Pieniężnej!).
A kit? Dla mnie to nie afera hazardowa, bo tę uważam raczej za utratę dziewictwa etycznego i estetycznego Platformy Obywatelskiej niż za bubel. Z pewnością bardziej niż zwykły bubel boli, szczególnie tych, którzy mają określone wyobrażenie o moralności politycznej.
Co więc było dla mnie kitem 2009? Na szczęście kitem, który na nic nie wpłynął, niczego nie zmienił, bo jak prawdziwy kit pozostał bez echa, bo nikt nie dał go sobie wcisnąć? Takim hitem było dla mnie orędzie Pana Prezydenta wygłoszone w maju 2009 w Sejmie RP, po raz pierwszy w historii III Rzeczypospolitej! Po co? Żeby powiedzieć rządowi, że sytuacja gospodarcza i społeczna kraju jest trudna, i że rząd odpowiada za gospodarkę, i że Polacy są zdezorientowani i zaniepokojeni, i że trzeba naśladować kraje zachodnie, krtóre uruchamiają ogromnnie kposztowne pakiety antykryzysowe, a może nawet śladem Wielkiej Brytanii należy obniżyć podatek VAT (sic!) w celu pobudzenia gospodarki. Wszyscy o tym orędziu dość szybko zapomnieli, bo miało tyle wspólnego z rzeczywistością, co filmy o Harrym Potterze, ale gdy usłyszałam noworoczne orędzie Pana Prezydenta, w którym chwalił Polskę za umiejętne przejście przez kryzys, a Polaków za niepoddanie się pesymizmowi, to pomyślałam, że albo ja, albo Pan Prezydent mamy rozdwojenie jaźni. Odszukałam więc w stenogramie sejmowym tekst orędzia z maja i pozwalam sobie mały fragment zacytować:
"...W poczuciu odpowiedzialności za kraj, w obliczu pogarszającej się sytuacji apeluję do rządu, aby nie kontynuował mechanicznego, sprzecznego z obowiązującą ustawą budżetową ograniczenia wydatków, żeby obserwował, co robi świat i nasi najbliżsi sojusznicy. Kraje zachodnie, które dostatecznie długo funkcjonują w warunkach gospodarki rynkowej, naprawdę mają większe od nas doświadczenie w polityce przeciwdziałania kryzysom. Praktycznie wszystkie państwa zachodnioeuropejskie, a także USA i Japonia bardzo aktywnie od wielu miesięcy usiłują ożywić procesy rozwojowe poprzez stymulowanie popytu inwestycyjnego i konsumpcyjnego. Natomiast rząd polski postępuje jakby odwrotnie. (Oklaski) Taka polityka prowadzi do spowolnienia naszej gospodarki...."
W tym kontekście przypomnijmy tylko, że minister Rostowski - w rankingu opublikowanym przez brytyjski dziennik „Financial Times” - został uznany za najlepszego ministra finansów w Unii Europejskiej, jednym z kryteriów była skuteczność działań prowadzonych polityk antykryzysowych.
O częstochowskim hicie i kicie 2009 napiszę jutro.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 27 grudnia 2009 |
Prawie już poświątecznie, ale magia Bożego Narodzenia, na szczęście, trwa dłużej niż czerwone kartki w kalendarzu. Czas spotkań opłatkowych, życzeń i kolędowania wciąż jest z nami i o życzeniach i kolędach właśnie chciałam napisać w poświąteczną niedzielę.
Nie jest odkrywcza konstatacja, że nowoczesne technologie przybliżją nas i oddalają od siebie jednocześnie. Taka komórka, na przykład, w czasie Bożonarodzeniowym połączyła esemesami pół Polski. Ale po co? Po co wysyłać pakiet 10, a może 100 identycznych życzeń do 10 czy 100 znajomych? Co jest istotą życzeń na Boże Narodzenie, a może życzeń w ogóle? Wspólne dla wszystkich życzeń świata jest rzeczywiście pierwsze słowo: "życzę...", ale już następne, chciałoby się, żeby zawierały coś osobistego, indywidualnego, coś tylko dla adresata. Z drugiej strony przecież wszystkim życzymy szczęścia, zdrowia, radości, spokojnych Świąt, spełnienia marzeń, zadumy i refleksji i wielu innych dóbr powszechnie pożądanych, więc może czepiam się niepotrzebnie? Miło jest dostawać esemesy z życzeniami, ale trochę to kłopotliwa przyjemność, bo za każdy chciałoby się podziękować i życzyć nadawcy dużo dobrego, ale w Wigilię (a wtedy życzeń jest najwięcej) to dość trudne, bo to dzień szczególny i czasu na esemesy niewiele: rodzina, kolacja, dwanaście potraw, prezenty. Dlatego, dziękując Wszystkim za esemesowe życzenia, przepraszam, że nie odpowiadałam na nie w tym roku. Spróbuję poprawić się na Nowy Rok:)
Tegoroczne Święta przyniosły mi jeszcze jeden dylemat, a może raczej niedosyt. To kolędy, ale nie w stacjach TV, czy w radiu, ale te śpiewane w kościele podczas mszy świętej. Siłą Świąt jest tradycja, powtarzalność, niezmienność, także w odniesieniu do kolęd! Tymczasem w drugi dzień Świąt wybrałam się do Kaplicy na Jasną Górę i, choć wydaje się to niemożliwe, nie dane mi było zaśpiewać, czy posłuchać choćby jednej kolędy, którą znałby ktoś jeszcze, oprócz siostry śpiewającej na chórze. Staliśmy więc w tłumie wiernych z nadzieją na usłyszenie znanych dźwięków, oczami wyobraźni widząc pasterzy grających skocznie Dzieciąteczku na lirze......
Ludzie mówią, że nie chodzi o to, aby złapać króliczka, ale by gonić go. Nie jestem tylko pewna, czy chodzi o śpiewanie kolęd, ale dzisiaj podejmę kolejną próbę.
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 23 grudnia 2009 |
Małe miasteczka na Dzikim Zachodzie czasem napadali bandyci, zabijali szeryfa i zaprowadzali swój porządek. Tyle, że to było dawno temu w Ameryce, a my żyjemy w środkowej Europie w XXI wieku. Szeryfów się nie zabija, nawet, jak są źli, tylko odwołuje w referendach. Na szczęście po ich odwołaniu miasteczka nie przechodzą w ręce bandytów, ani nawet organizatorów referendów, tym bardziej, że do referendum nie poszli tylko Ci, którzy złożyli podpis pod inicjatywą OSPC. Przykładem mogę być ja i bardzo wielu moich znajomych, którzy nie popierali akcji referendalnej (z powodu krótkiego czasu do wyborów, kosztów, które generuje referendum i tego, że nasz szeryf nie był ścigany przez prawo). Gdy referendum stało się faktem, wtedy wzięłąm w nim udział (bo to moje obywatelskie prawo do podejmowania decyzji) i naprawdę nie ze względu na Aleje, bo nikt nigdy nie wymyśli projektu, który zadowoliłby wszystkich, to jest oczywiste. Referendarze nie muszą też przystawiać Prezydentowi Kurpiosowi pistoletu do skroni. On sam wie, co ma robić. W ubiegłym tygodniu, z jego inicjatywy, zostało umówione spotkanie z Marszałkiem Śmigielskim z udziałem parlamentarzystów Platformy Obywatelskiej w sprawie projektu zwanego w skrócie "Aleje". Projekt ten, podobnie, jak "tramwaje" jest zaawansowany o tyle, że beneficjent czyli Częstochowa na coś się już z Brukselą via Urząd Marszałkowski umówił. Nie możemy wpaść z pistoletami w dłoniach do Marszałka i zmusić Go do wprowadzenia zmian w umowach, ale możemy jechać w pierwszy dzień po Świętach i negocjować, argumentować, rozmawiać, a nie straszyć!!! I to właśnie robimy.
A OSPC niech zdobędzie się na chwilę refleksji, czy na pewno chodzi im o to, żeby złe decyzje poprzedniego Prezydenta zastąpiły równie złe, podejmowane pod presją decyzje Komisarza? A jak za rok przyjadą do naszego miasteczka prawdziwi bandyci i tchórzliwy szeryf zrobi wszystko, byle utrzymać władzę? Czy chodzi nam o miasto, w którym szanuje się WSZYSTKICH częstochowian, rozmawia z nimi, szuka kompromisowych rozwiązań, myśli się perspektywą wielu lat, stawia na nowoczesną przestrzeń miejską, czy chcemy tylko szybkich sukcesów, które z czasem stają się porażkami i kolejnych chybionych inwestycji?
Dobrze, że Wigilia dopiero jutro, to może napiszę pozytywnego coś, pozytywnego:)
iza leszczyna |
|
|
|
|
|
|
|
|
| 10 grudnia 2009 |
W końcu okazało się, że król jest nagi! I to nie tylko w Warszawie, w Częstochowie też:( "Mąż stanu" Aleksander Kwaśniewski pokazał swoją prawdziwą twarz. Wyraz "prawdziwą" ma tu znaczenie antytezy, bo prawdziwa twarz Kwaśniewskiego to twarz sztuczna, na potrzebę chwili, zawsze poprawna politycznie, co najwyżej umiejętnie pochłaniająca bezę i na tym koniec. Smutne jest to, że nie tylko wielu Polaków, ale też spora część świata nabrała się na błękitną koszulę i kindersztubę byłego prezydenta:( Pożytek ze słów Kwaśniewskiego taki, że może Polacy przestaną widzieć żonę opatrznościową w Jolancie Kwaśniewskiej, bo nią nie jest i nigdy nie była. Jest inteligentną i miłą panią, która, bywając wśród wielkich tego świata nauczyła się tyle, żeby pokazać, jak spakować walizkę i nie pognieść spodni. Wiedza potrzebna, ale była pierwsza dama ( można rzec dziesięcioletnia) mogłaby chyba coś ważniejszego przekazać rodakom....ale chyba jednak nie może.
Indolencja dotyka niemal całej lewicy, nawet mojego sympatycznego kolegi - Krzysia Matyjaszczyka (życzę zdrowia Panie Pośle:), który z uporem godnym lepszej sprawy usiłuje odwołać przewodniczącego Czumę z Komisji ds. nacisków.
Tak, z pewnością Lewica przeżywa kryzys przywództwa, ale też tożsamości. Napieralski jest raczej papierowy niż spiżowy, a ojciec chrzestny braku sukcesu w wyborach parlamentarnych 2007 znów pociągnie Lewicę w dół swoim HYMNEM dla GENERAŁA! Bo chociaż niewielu polityków powtórzy słowa Frasyniuka, to wielu przyzna mu rację. Trzeba mieć w sobie sporo z "komuszka", żeby w Jaruzelskim zobaczyć sprawcę przemian demokratycznych w Polsce!
Ale Lewica przeżywa kryzys nie tylko we władzach centralnych i wśród swoich patronów ideowych. Regionalne i prowincjonalne struktury też pozostają w dziwnym letargu, jakby w chocholim tańcu z "Wesela", który bardzo szybko zastępuje niewykorzystaną chwilę czynu. Mówię oczywiście o częstochowskiej Lewicy, która aktywnie brała udział w kampanii na rzecz odwołania prezydenta Tadeusza Wrony, a twarze czołowych polityków SLD dziękowały z lawet mieszkańcom miasta za udział w referendum. I co dalej? Czy Lewica zechciała przyjąć część odpowiedzialności za miasto? Czy desygnowała wiceprezydenta? Czy przedstawiła swój pozytywny (!) plan działania na rzecz miasta na najbliższy rok? NIE! Zabroniła za to jednemu ze swoich członków przyjęcia funkcji wiceprezydenta, w tym samym czasie zaakceptowała Panią Ewę Pachurę na Przewodniczącą Rady Miasta, żeby po kilku dniach zmienić zdanie i walczyć o kandydaturę Zdzisława Wolskiego. To znaczy, że chciała i wiceprezydenta i przewodniczącego rady? No to chyba chciała za dużo. I chyba tylko po to, żeby usłyszeć odmowę.
Pozycja komentatora i krytyka na rok przed wyborami to pozycja bardzo wygodna. Tym bardziej, że w podobnej roli ustawił się Przewodniczący Komisji Skarbu Marek Domagała z PiS. Na dzisiejszą sesję przyszłam z powodu I czytania ustawy budżetowej. Zawsze chętnie słucham racjonalnych wypowiedzi Marka Domagały, popartych analizą porównawczą, czy ilustrowanych danymi liczbowymi w dłuższej niż roczna perspektywie. Co zobaczyłam i usłyszałam na dzisiejszej sesji? Odgrzane slajdy sprzed roku z dopiskiem "old", choć powinno być raczej "back", jeśli już musi być nie po polsku, parę cytatów z ekonomicznych autorytetów i szereg oskarżeń wobec starej i nowej władzy. Wystąpienie miało zresztą charakter raczej prywatny, bo ani razu nie usłyszałam zdania, które zawierałoby słowa: "w opini Komisji Skarbu, w imieniu Komisji Skarbu...." Słyszałam za to: "rok temu mówiłem; miałem rację, choć nie czuję z tego powodu satysfakcji; ostrzegam; czekam na propozycję nowej władzy; czynniki zewnętrzne(?) zmuszą radnych do głosowania wbrew logice", itd. itd...Zastanawiałam się, czy to sesja Rady Miasta i wystąpienie w imieniu Komisji Skarbu czy prywatne pogaduszki niedowartościowanego egotysty?
Marku, nie pomagasz naszemu miastu w ten sposób, nie wiem nawet, czy naprawdę o dobro miasta Ci chodzi, czy wolisz raczej bezpieczną pozycję outsidera, który zawsze może powiedzieć: "A nie mówiłem?" Dzisiaj masz realny wpływ na budżet, rozmawiaj z Prezydentem, zadeklaruj, że usiądziesz razem z Panią Skarbnik i wynegocjujesz z naczelnikami oszczędności (bo takiej determinacji w samej Pani Skarbnik nie widzę) Nie stój z boku, jak Lewica! To miasto naprawdę potrzebuje mądrych i odważnych ludzi, bo czas lęku przed niezadowoleniem Wodza i czas wiernopoddaństwa się skończył!!!
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 6 grudnia 2009 |
Mój wytrwały krytyk pyta, co to znaczy, że projekt przebudowy skrzyżowania DK1 z al. Jana Pawła II itd... był na żenującym poziomie.
Drogi Panie Rafale trudno w kilku zdaniach opisać to, czemu poświęciłam wiele miesięcy, podczas których wymieniłam wiele pism z Urzędem Miasta, Miejskim Zarządem Dróg, Ministerstwem Infrastruktury, przeprowadziłam szereg rozmów z Ministrem Cezarym Grabarczykiem, Podsekretarzem Stanu Patrycją Wolińską-Bartkiewicz, przedstawicielami Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, a jeszcze wcześniej z przedstawicielami Urzędu Marszałkowskiego, bo były Prezydent miasta o fundusze na ten cel starał się już w lutym 2007 roku. (Czas ten należałoby pomnożyć przez 4, bo każdy z parlamentarzystów PO zabiegał o ten projekt). Pasmo nieudolności i niekompetencji Urzędu Miasta w sprawie DK1 zaczyna się właśnie wtedy, w lutym 2009 roku! Według Karty projektu przekazanej wówczas do Marszałka, inwestycja ta miała rozpocząć się w 2008 roku, a zakończyć w 2010(!). Dokumentacja projektowa i studium wykonalności miało być gotowe w grudniu 2007, a pozwolenie na budowę na początku 2008 roku. Co to znaczy? Projekt nie był w ogóle przygotowany, a zakładane terminy nierealne! Dowód? Gdy rozpoczął się nabór wniosków do Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko w styczniu 2009 roku, Częstochowa była wciąż "w proszku". Złożyliśmy dokumentację w systemie "projektuj i buduj", który polega na tym, że właściwie wszystko robi firma, która wygra przetarg. Problem polegał na tym, że trzeba było usilnie zabiegać o to, by przekonać Ministerstwo Infrastruktury, aby takie wnioski były ocenianie, tak samo, jak te, które miały potrzebną do rozpoczęcia budowy pełną dokumentację (decyzję środowiskową, pozwolenie na budowę, itd..) Dlaczego lepiej byłoby, gdyby miasto przygotowało samo dokumentację potrzebną do rozpoczęcia inwestycji? Ano dlatego, że metoda "projektuj i buduj" jest dużo droższa. A to znaczy, że nie tylko środków unijnych przeznaczymy na tę budowę więcej, ale także wkładu własnego z kasy miasta.
I tu dotykamy kolejnego tematu - Prezydenta już nie ma, ale i pieniędzy na wkład własny nie widać! A trzeba je mieć także na I i II Aleję (tu także popełniono niewybaczalne błędy, bo złożono projekt do programu, w którym wydatki na pasy drogowe nie są kwalifikowane, to znaczy, że ok 13 mln. (żeby utrzymać ruch kołowy w Alejach) musimy dołożyć, oprócz 15% wkładu własnego!
Kolejny przykład skrajnej niekompetencji to projekt transportowy (tramwaje). Dlaczego? Bo miał objąć nie tylko budowę nowej linii, ale także modernizację starej, niestety MPK nie zdążyło(!) przygotować projektu i rzutem na taśmę postanowiono dorzucić zakup tramwajów niskopodłogowych (taką dokumentację można zrobić w zasadzie w tydzień). Tyle tylko, że stara linia tramwajowa nie jest przystosowana do składów nowego typu i trzeba będzie się przesiadać albo zapłacić drożej za tramwaje specjalnie dostosowane tak, żeby mogły jeździć po starej linii. Szkoda, bo łatwiej kupić tramwaj niż zmodernizować starą linię:(
Jeśli Częstochowa nie zmieni standardów pracy Urzędu Miasta (naprawdę, a nie na papierze ani nawet w pozorowanym e-urzędzie, który niestety nie wpływa na jakość obsługi obywatela) to zostaniemy małym miasteczkiem, które wciąż śni nierealny sen o województwie i uniwersytecie:((((
iza leszczyna
p.s. Pełna dokumentacja projektu (łącznie z Kartą Projektu z próby pozyskania funduszy w czasie, gdy Marszałkiem był pan Moszyński (wtedy jeszcze w PO), ale premierem Jarosław Kaczyński, a ministrem Pani Gęsicka, a losy projektu ostatecznie rozstrzygały się w Warszawie) musi być dostępna w Urzędzie Miasta lub w Miejskim Zarządzie Dróg. Zgodnie z ustawą o dostępie do informacji publicznej, powinna zostać Panu udostępniona. Z mojego doświadczenia, jako radnej, wynika jednak, że Urząd MIasta utrudniał udostępnianie takich informacji. Mam nadzieję, że to uległo zmianie. W moim Biurze może Pan zapoznać się z dokumentacją pisemną, jaką prowadziłam w tej sprawie, każdego dnia pomiędzy 9.00 a 17.00.
|
|
|
|
|
|
|
| |
|
|