|
|
| Blog |
|
|
| 4 marca 2007 |
Dziękuję i pozdrawiam wszystkich, którzy głosują w sondzie nt. Dekabrystów. Nielicznym komentatorom dziękuję za pozdrowienia :)).
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 18 lutego 2007 |
Szwecja - druga odsłona
Ponieważ wyjazd był służbowy, większość czasu spędziłam na uniwersytecie i w szwedzkich szkołach. Obie te rzeczy wymyślono po to, żeby uczniom/studentom i nauczycielom było w nich dobrze. Nauczyciel pracuje 35 godzin w tygodniu, z czego ok. 20 to lekcje z uczniami, a 15 to przygotowanie ich (naprawdę jest tak, że tylko zły/słaby nauczyciel wchodzi do klasy z "gotową lekcją z poprzedniego roku", dobry musi ją zawsze zaadaptować do nowej-innej grupy, zmodyfikować testy/klasówki i wreszcie sprawdzić je). Nieszczęsna Karta Nauczyciela, której związki zawodowe bronią, jak Okopów Świętej Trójcy musi umrzeć, jak każdy relikt PRLu. Problem polskiego nauczyciela tkwi w tym, że nie ma w naszych szkołach miejsca, przy którym, z dostępem do komputera/internetu mógłby pracować, tak, jak to robi jego szwedzki kolega. No właśnie, jak nie wiadomo, o co chodzi, znaczy, że chodzi o pieniądze. Ale nie tylko. O programie "Zero tolerancji" nikt w Szwecji nie słyszał, myślę nawet, że realizują program "100% tolerancji", bo tak otwartych dzieciaków, bez kompleksów zasypujących nas pytaniami o wszystko: pracę, dzieci, o to, czy lubimy hokej i robótki ręczne nie widziałam w polskiej szkole (chociaż odwiedzam nasze szkoły z nauczycielami z innych krajów). Przy dwudziestym pytaniu, gdy czułyśmy się prawie, jak uczestniczki "Tańca z gwiazdami", dyrektorka szkoły chciała nas oszczędzić, ale wtedy rezolutny dziesięciolatek rzucił:"A może Wy chcecie zadać nam jakieś pytanie?":)
Na uniwersytecie najbardziej podobało mi się to, że w dużych przestronnych korytarzach wygospodarowane były, dla tych, którzy chcieli przygotować się do zajęć, różne wnęki i zaułki ze stolikami, ławami do siedzenia, a pod każdym blatem było kilka gniazdek do podłączenia laptopów (internet unosi się bezprzewodowo:). Zajęcia ze studentami odbywają się zwykle w małych przeszklonych salkach, zresztą pracownicy naukowi swoje pokoje-gabinety mają także z przeszklonymi ścianami, student nie czuje się tu niechcianym petentem.
Nie, Szwecja to nie żaden raj, mają, np. okropne jedzenie, ale za to studenci dostają za darmo kawę, herbatę, sałatki i bardzo popularne w Szwecji chrupkie pieczywo, a uczniowie za darmo mają obiady i książki od pierwszej klasy do matury (bez względu na status materialny rodziców). Może to jednak troszkę raj?
Najprzyjemniejszy był jednak wieczorny spacer po wąskich uliczkach starej części Västeräs, między malutkimi drewnianymi domkami z XVIII wieku malowanymi na bordowo. Tak, jak Holendrzy, Szwedzi raczej nie zasłaniają okien (podobno robią to tylko wtedy, gdy się kochają albo liczą pieniądze:), więc mogłam bezkarnie podglądać ich jasne, proste, drewniane wnętrza.
Ale, żeby nie przewróciło mi się całkiem w głowie, w Polsce bez zmian - raport Macierewicza opublikowany. Tylko co nam to dało i czy komuś przez to będzie lepiej?
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 15 lutego 2007 |
Gdybym została skazana na banicję (w innym wypadku nie bardzo mogę wyobrazić sobie własną emigrację) wybrałabym Szwecję na swoją drugą ojczyznę. To taki kraj, w którym politycy istnieją po to, żeby obywatelom żyło się lepiej i to jest jedyne usprawiedliwienie dla ich istnienia. Żeby dzisiejszy blog nie był zbyt długi (czytaj nudny) podzielę moje wrażenia z pobytu w Szwecji na dwa odcinki. Dzisiaj wymienię to, co zaskoczyło mnie mniej lub bardziej w skandynawskim kraju, do którego przyleciałam poźnym wieczorem (kolejność zaskoczeń jest wynikiem chronologii moich obserwacji) :
1. Dziesiątki rowerów stojących w środku nocy i w środku lutego, wśród zasp śniegu.
2. Podgrzewane chodniki w centrum miasteczka Västeräs.
3. Klasa szkolna dla alergików, do której można wejść tylko na bosaka i nie ma znaczenia, że jesteś zagraniczną delegacją w towarzystwie miejscowych dostojników:).
4. Zajęcia, a właściwie przedmiot w szkole podstawowej: Jak być miłym człowiekiem.
5. To, że na edukację przeznacza się 68% budzetu miasta!!!
Przy tym wszystkim słodkie śledzie na śniadanie były, jak bułka z masłem, tym bardziej, że się ich spodziewałam. A fakt, że wszyscy mówią po angielsku już mnie nawet nie zdziwił.
Po zjedzeniu śledzi wyszłam przed hotel i zobaczyłam, że rowerów nie ma, bo młodzi i starzy Szwedzi wsiedli na nie i pojechali do szkoły lub do pracy. Śniegu było dużo, więc trochę im współczułam, ale właśnie wtedy moja koleżanka (drugie jej wykształcenie jest inżynierskie, stąd spostrzeganie zjawisk fizycznych bystrzejsze od mojego) dotknęła palcem najpierw zupełnie czarnego chodnika (chociaż metr dalej, na skwerze było zupełnie biało), po czym języka i skonstatowała, że skoro nie jest sypany solą, to musi być podgrzewany. Wtedy ja, człowiek znad Wisły, powiedziałam, że to niemożliwe, a nawet byłoby niehumanitarne, bo przecież dzieci w Afryce głodują. Okazało się, że podgrzewają i wykorzystują do tego ciepłą wodę odprowadzaną z pralek i zmywarek domowych, a dodatkowy koszt jest i tak mniejszy niż kwoty, jakie trzeba by przeznaczyć na pobyty ludzi (ze złamanymi rękami i nogami) w szpitalu, wypłacane im odszkodowania i straty wywołane ich absencją w pracy. A przede wszystkim ludzie czują się bezpieczniej i nawet starsi mogą zimą wychodzić z domu. (Doświadczenie mojej Mamy polegające na dwukrotnym złamaniu ręki w kolejnych dwóch sezonach zimowych mówi, że to ważny powód). Kocham Szwedów, naprawdę.
Ich język nie należy do pięknych, jedyne zdanie, o przetłumaczenie którego poprosiłam naszą szwedzką znajomą Margaritę (to, że ma siedmioro dzieci, drugiego męża i doktorat z literatury sprawia, że jest moim prywatnym bohaterem:) było właśnie o śledziach:
"Inlagd sill är verkligen gott, men inte sārskilt gott till frukost", co w polskiej wersji językowej znaczy mniej więcej: "Słodkie śledzie są naprawdę dobre, ale niekoniecznie na śniadanie".
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 11 lutego 2007 |
Dzisiaj Dzień Języka Ojczystego, więc ja - polonista, zanim opuszczę nasz piękny kraj i język (lepszy od innych, bo taki łatwy przecież:)) zostawiam Wam wierszyk o języku, słowach i znaczeniach ...
świat w słowach
z czarnych liter
ułożyć sobie świat
nieduży – na jedną stronę
kilka ścieżek
całkiem prostych
między rzędami wyrazów
jednoznacznych
można by biegać po nich
bezpiecznie
wiedząc
że przecinek
nie jest kłodą rzuconą pod nogi
tylko miejscem odpoczynku
WIELKICH LITER
postawić niewiele
żeby były jak pomniki
których nikt nie będzie chciał
zburzyć
wprowadzić się
nie stawiając kropki nad „i”
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 10 lutego 2007 |
No jasne, akurat dzisiaj, podczas gdy jutro muszę wsiąść do samolotu i lecieć do Szwecji na służbową wizytę w ramach projektu unijnego, musiał ukazać się w The Guardian (czytałam na onet.pl) artykuł o tym, że latanie jest passe (niszczy środowisko:(. Trendy jest powolne przemieszczanie się, pozwalające na rozliczne doznania, kontemplowanie krajobrazu, tubylczego obyczaju i języka. Nawiązująca do "slow food" idea powolnego podróżowania nijak ma się do tego, że człowiek w ciągu jednego dnia musi być rano w pracy, a po południu powinien oglądać lekcję prowadzoną w klasie wielokulturowej (wielokulturowość to problem, który kiedyś, może szybciej, niż myślimy stanie przed polskimi nauczycielami).
Więc chociaż łatwo przejęłam "slowfoodową" fascynację mojej siostry, to przy samolotach muszę pozostać, w przeciwnym razie nie zdążyłabym wrócić do Polski na Walentynki, które chociaż amerykańskie i kiczowate, po prostu lubię:)). Zawsze w ten dzień możesz odkryć, że lubi Cię ktoś, o kim myślałaś/eś, że jest wrogiem albo o czyim istnieniu nie miałaś/eś zielonego pojęcia:)
iza leszczyna
p.s. jak wrócę, napiszę coś po szwedzku
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 8 lutego 2007 |
"Ufność jest bowiem cnotą, nieufność wadą, która czasem przybiera postaci łagodne, ale czasem ostre – i wtedy mamy do czynienia z despotami i okrutnikami, czasem tylko w życiu prywatnym, ale bywa, że i w publicznym." Ten cytat z felietonu Marcina Króla w "Tygodniku Powszechnym" uspokaja mnie i każe przestać martwić się tym, że bywam zbyt łatwowierna (to oczywiście opinia innych, nie moja:). Przecież lepiej być naiwnym niż okrutnym. Lepiej przeżyć w życiu prywatnym/publicznym rozczarowanie, niż w każdym człowieku widzieć potencjalnego wroga. Nie jestem sympatykiem Ludwika Dorna, mogę chyba nawet powiedzieć, że tekst o lekarzach i kamaszach był idiotyczny (choć za lekarzami nie przepadam:), ale fakt, że sprzeciwił się Jarosławowi Małemu (gdybyśmy żyli w średniowieczu z pewnością miałby taki przydomek, patrz: Łokietek, Krzywousty, itd.) budzi mój szacunek. Ale co Dorn ma wspólnego z nieufnością? Boję się, że choroba premiera wejdzie w stadium ostre i w końcu braknie tych, którym ufa. Wszyscy ministrowie będą bez teki (oprócz Macierewicza:).
I zgadzam się z moją przyjaciółką, która uważa, że jeśli spotkała dziesięciu oszustów, to przecież w kolejnej dziesiątce musi znaleźć się choć jeden uczciwy i jego nie można przegapić! Dlatego każdy musi dostać na wejściu kredyt zaufania, nawet jeśli nasze koszty własne bywają duże.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 7 lutego 2007 |
Okazuje się, że jeszcze coś oprócz międzynarodowych imprez sportowych, na których biało-czerwoni odnoszą sukcesy (lub porażki) może nas/nasze dzieci uczyć patriotyzmu. Mam na myśli odejście ze stanowiska Ministra Obrony Narodowej Radka Sikorskiego. Szkoda, że pretekstem do wypowiedzenia pięknych słów: "kocham wojsko polskie" była jego dymisja, ale przecież chłopaki nie płaczą, więc może też rzadko mówią, że coś kochają i trzeba było takiej chwili, żeby usłyszeć prawdziwą pasję i oddanie w głosie faceta.
Czy ktoś rozumie dlaczego zostają głupsi, a mądrzejsi odchodzą? Wiem, gorszy pieniądz wypiera lepszy, ale to jest prawo ekonomii i nie odnosi się do zarządzania ludźmi. Premier państwa musi być politykiem, ale też menadżerem. W zarządzaniu jest tak, że dobry menadżer stara się za wszelką cenę zdobyć i zatrzymać najlepszych pracowników, bo wie, że tylko wtedy ma szansę na prawdziwy sukces. Nasz premier robi dokładnie odwrotnie, aż strach pomyśleć, jak będzie wyglądał rząd pod koniec kadencji:(
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 27 stycznia 2007 |
Wczoraj byłam na spotkaniu z europosłem dr. Janem Olbrychtem. Kameralne (ok.40 osób) spotkanie w siedzibie Platformy Obywatelskiej w Częstochowie. To, co jest zaletą (dla polityka nie do przecenienia) Jana Olbrychta, to umiejętność mówienia w sposób niezwykle interesujący o rzeczach z pozoru mało ciekawych, jak arytmetyka w Parlamencie Europejskim, która decyduje o tym, kto bierze Komisję Zagraniczną, a kto Budżetową, bez wzgledu na to, co na ten temat sądzi premier Kaczyński, czy Angela Merkel.
Najciekawszym w rozmowie z Marszałkiem (choć nie nowym w świecie) pomysłem wydał mi się pomysł na dochodzenie partii do wygranej w wyborach. A raczej na wewnętrzne przygotowania do "wystawienia" najlepszego kandydata na premiera, prezydenta, ministrów, itd. Pomysł polega na tym, że dwie osobowości polityczne z tej samej partii, różniące się od siebie (różnić się między sobą jest naprawdę dobrze, wtedy powstaje efekt synergii - pożądany w zarządzaniu firmą, miastem, państwem i partią polityczną także:) ścierają się, walczą na poglądy, pomysły, najlepsze rozwiązania. Ten pojedynek nie może dziać się pod stołem, musi rozgrywać się przy otwartej kurtynie, a społeczeństwo musi zrozumieć, że właśnie tak wybiera się najlepszych, że to nie słabość, a siła partii, że słabością jest przekonanie, że jeden człowiek ma patent na mądrość, że słabością jest lider bojący się konkurencji, a działaniem szkodliwym jest odsuwanie tych, którzy wyrośli zbyt wysoko i mogą zasłonić przywódcę. To jest zachowanie dinozaurów zarządzania, które, mam nadzieję także w Polsce, musi odejść do lamusa.
Tyle, że nie stanie się już i nie stanie się gdzieś tam w Warszawie, w Sejmie. Musi stać się w nas samych, to my musimy stać się właśnie tacy: otwarci na innych, gotowi do dialogu ( jak powiedziałby ks. Tischner). Czy to jest możliwe??? Na pewno nie da się powiedzieć, że będzie łatwe:))
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 25 stycznia 2007 - Jasełka |
Sala Jana Pawła II na Jasnej Górze wypełniona po brzegi, Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Jan Wątroba i inni dostojni goście w pierwszym rzędzie. Zaczynają się Jasełka 2007 w wykonaniu "aktorów" z Domu dla chłopców im. St. Kostki. Na scenę wchodzi Matka Boska w błękitnej sukience i męskich pantoflach (aktorem jest chłopiec), za Nią anioły i osiołki w skupieniu i z powagą odtwarzające swoje role. To nic, że mikrofon raz za wysoko, a raz za nisko, że najmłodsi mają kilka, a najstarsi ponad dwadzieścia lat, że niektórzy mają kaprawe oczka, a innych nikt nie zaprowadził do logopedy i ortodonty. Tam, na scenie i na widowni, wszyscy cieszyliśmy się, że osiołek znalazł miejsce na narodziny Jezusa.
Z tej perspektywy awantury polityczne i afery z pierwszych stron gazet wydają się zupełnie passe.
iza leszczyna
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 23 stycznia 2007 |
Smutno jakoś, pierwszy śnieg, na który wszyscy czekali wydaje się trochę nie na miejscu w końcu stycznia. Dzisiaj dostałam smsa tej treści: "zdjęłam ubranie z choinki, zaczynam zbierać łupiny z cebuli, idą święta:)" No może to zbytni optymizm, ale jednak dzień coraz dłuższy, więc ma się raczej na wiosnę, niż zimę. W ogóle ta zima nam nie wyszła, nawet Puchar Świata w skokach okazał się porażką i można tylko trzymać kciuki albo modlić się za młodego Jana:(
Smutno, moim przyjaciołom umierają bliscy i nie można nic zrobić, żeby nie tęsknili...
p.s. nawet R. Kapuściński nie żyje, smutno
|
|
|
|
|
|
|
| |
|
|