Piątek, 30 lipca 2010 r.
 
  Strona główna » Blog niecodziennik » Wszystkie wpisy
Oficjalnie »
Prywatnie »
Niecodziennik
Kontakt »
Portale Społecznościowe »
Oficjalnie
Prywatnie
Niecodziennik
Blog

24 marca 2007

Wstałam dzisiaj rano dość wcześnie (jak na sobotę:),  za oknem piękny słoneczny dzień, wieje wiosną i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że za ratowanie Polski chce zabrać się facet o wdzięcznym imieniu Aleksander, ale kiepskim nazwisku: Kwaśniewski, wołając z pierwszych stron gazet: "wszystkie ręce na pokład, trzeba walczyć". Czy ja chcę walczyć ramię w ramię z Kwaśniewskim? Nawet gdyby wszystkie zdania Oleksego były pijanym zwidem sfrustrowanego polityka, to i bez tego były prezydent nigdy moim idolem nie był, właściwie nigdy nawet nie miałam za co go szanować:(. Ale niech tam, może waleczni bracia Kaczyńscy z waleczną lewicą, co chce być bliżej centrum i zmyć z siebie ostrą czerwień krawatów ZSMP, skupią się  na walce między sobą? Bo chyba nie zauważyli, że wojny, dla naszego kraju, skończyły się już dawno, a od lat kilkunastu jest czas współpracy i budowania. No tak, ale przecież nie ma obiektywnie istniejącej rzeczywistości, więc każdy widzi, co chce widzieć:(
 
iza leszczyna

2007-03-24 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


29 marca 2007

Częstochowo kochana,
chcemy:
żeby nocą jeździły autobusy
żeby basen był dostępny dla zwykłego śmiertelnika (czytaj: tego, co nie ma karnetu)
żeby  były: Utopia, Paradox i Gruszka
żeby można segregować śmieci
żeby władze  chciały partnersko traktować młodych częstochowian
żeby był uniwersytet ( najlepiej Jagielloński, ale wiemy, że to trudne jest)
żeby światy: uczelni wyższych i biznesu współpracowały (bo tak jest na całym świecie i to dobre jest)
żeby policjanci zajrzeli czasem na ciemne i całkiem nieromantyczne uliczki (bo to bezpieczne dla mieszkańców)
żeby kosze na śmieci nie były takie nudne
żeby...
żeby było normalnie

aż tyle i tylko tyle chcieli młodzi goście Platformy Obywatelskiej i KLubu TORI w marcowy zimny wieczór

iza leszczyna


2007-03-29 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


16 marca 2007

Cytat, który od kilku dni chodzi mi po głowie, to fragment jednej z wielu "jubileuszowych" rozmów prof. Bartoszewskiego. Chodziło w niej o "przyzwoitość życia", którą Bartoszewski zawsze, wszędzie i wszystkim zaleca, jako coś, co warto w sobie pielęgnować.  Jedna z jego książek (książeczka raczej) miała nawet taki tytuł: Jesień nadziei. Warto być przyzwoitym. Kiedy czytelnicy zarzucali mu wielokrotnie, że przecież był czas, gdy nie opłacało się być przyzwoitym, profesor odpowiadał: „A ja nie twierdziłem nigdy, że się opłaca. Ja tylko twierdziłem, że warto".
I myślę sobie, że nawet jeśli okaże się, że Platformie nie opłacało się nie wejść w koalicję z PiSem, to może jednak warto było nie wchodzić? Może częstochowskiej PO też bardziej opłacałaby się koalicja, ale może warto jej nie zawierać? Bo najważniejsze jest jednak to, żeby być przyzwoitym.
 
iza leszczyna

2007-03-16 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


12 marca 2007


Na szczęście w międzyczasie (tzn. w czasie, gdy absorbowały mnie sprawy zakazu podawania piwa i nieotrzymania przez Częstochowę pieniędzy na budowę skrzyżowania DK1 z Aleją JPII) przyszła wiosna. Zakwitły krokusy, a powietrze nabrało tego dziwnego zapachu ziemi, w której rodzi się już jakieś życie. I wszystko byłoby dobrze, ale okazało się (dla mnie wczoraj:), że to, co z wiosną wiąże się niemal organicznie, a na pewno nieodłącznie, czyli miłość, jest zwykłą mistyfikacją. Naprawdę. Też było mi przykro, gdy się o tym dowiedziałam. Owszem, od lat słyszało się, że feromony, że chemia, itd., ale żeby aż tak? Zwyczajna dopamina, która wpływa na zmiany w moim mózgu? I w dodatku działa, jak narkotyk, tzn. stan zakochania nie potrwa zbyt długo, choćbyśmy byli przekonani, że tym razem będzie inaczej? A gdzie metafizyka, połówki jabłka, wspólnota serc i dusz? To wszystko sprawka dopaminy? To znaczy, że lepiej znaleźć partnera na całe życie jako przyjaciela-kumpla, bo wtedy decyzję podejmujesz rozumnie i coś cię z człowiekiem łączy, gdy do gry wkracza oksytocyna (jednak chemia). Odpuszczam wiosnę i wracam do spraw naprawdę ważnych.

Ale musicie przyznać, że trudno nie ulec słowom Jeremiego Przybory: "Już wiosna podrosła i bzami tchnie/Kaziu, Kaziu, Kaziu zakochaj się...":)

iza leszczyna

2007-03-12 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


7 marca 2007


Częstochowa oburzona, częstochowianie dotknięci, rzecznik prezydenta macha szabelką,  pokrzykując gromko.
Zjednoczeni w czynie negatywnym, najchętniej krzyczelibyśmy "na pohybel Ślązakom". Krzyczmy, ale co nam to da? Śląsk wystraszy się i odda nam unijne pieniądze? Marszałek zrozumie, że  prawdziwą "perłą w koronie" jest Częstochowa? Staniemy się przez to święte oburzenie miastem bogatym, dostatnim, rozwijającym się, przyciągającym inwestorów, młodych przedsiębiorców, studentów? Co zyskujemy?
Prakseologia - to wyraz, którego znaczenia warto poszukać w słownikach, a najlepiej poczytać Kotarbińskiego. Albo przynajmniej przypomnijmy sobie zdroworozsądkowy głos prof. Bartoszewskiego. Pamiętacie, co powiedział ostatnio o zachowaniu polskich polityków na arenie międzynarodowej? Porównał Polskę do panny. Otóż panna, jeśli nie jest bogata i nie jest szczególnie ładna, to przynajmniej powinna być sympatyczna, bo inaczej, nikt jej nie zechce! Coś w tym jest.  Częstochowa, z pewnością,  nie jest bogata, a czy ładna? To kwestia gustu, a o gustach się przecież nie dyskutuje i Ślązakom może podobać się  inne miasto. No więc co nam zostaje? Może trzeba być po prostu sympatycznym?

iza leszczyna

2007-03-07 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


4 marca 2007

Dziękuję i pozdrawiam wszystkich, którzy głosują w sondzie nt. Dekabrystów. Nielicznym komentatorom dziękuję za pozdrowienia :)).
 
iza leszczyna

 
2007-03-04 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


18 lutego 2007

Szwecja - druga odsłona
Ponieważ wyjazd był służbowy, większość czasu spędziłam na uniwersytecie i w szwedzkich szkołach. Obie te rzeczy wymyślono po to, żeby uczniom/studentom i nauczycielom było w nich dobrze.  Nauczyciel pracuje 35 godzin w tygodniu, z czego ok. 20 to lekcje z uczniami, a 15 to przygotowanie ich (naprawdę jest tak, że tylko zły/słaby nauczyciel wchodzi do klasy z "gotową lekcją z poprzedniego roku", dobry musi ją zawsze zaadaptować do nowej-innej grupy, zmodyfikować testy/klasówki i wreszcie sprawdzić je). Nieszczęsna Karta Nauczyciela, której związki zawodowe bronią, jak Okopów Świętej Trójcy musi umrzeć, jak każdy relikt PRLu. Problem polskiego nauczyciela tkwi w tym, że nie ma w naszych szkołach miejsca, przy którym, z dostępem do komputera/internetu mógłby pracować, tak, jak to robi jego szwedzki kolega. No właśnie, jak nie wiadomo, o co chodzi, znaczy, że chodzi o pieniądze. Ale nie tylko. O programie "Zero tolerancji" nikt w Szwecji nie słyszał, myślę nawet, że realizują  program "100% tolerancji", bo tak otwartych dzieciaków, bez kompleksów zasypujących nas pytaniami o wszystko: pracę, dzieci, o to, czy lubimy hokej i robótki ręczne nie widziałam w polskiej szkole (chociaż odwiedzam nasze szkoły z nauczycielami z innych krajów). Przy dwudziestym pytaniu, gdy czułyśmy się prawie, jak uczestniczki  "Tańca z gwiazdami", dyrektorka szkoły chciała nas oszczędzić, ale wtedy rezolutny dziesięciolatek rzucił:"A może Wy chcecie zadać nam jakieś pytanie?":)

Na uniwersytecie najbardziej podobało mi się to, że w dużych przestronnych korytarzach wygospodarowane były, dla tych, którzy chcieli przygotować się do zajęć, różne wnęki i zaułki ze stolikami, ławami do siedzenia, a pod każdym blatem było kilka gniazdek do podłączenia laptopów (internet unosi się bezprzewodowo:). Zajęcia ze studentami odbywają się zwykle w małych przeszklonych salkach, zresztą pracownicy naukowi swoje pokoje-gabinety mają także z przeszklonymi ścianami, student nie czuje się tu niechcianym petentem.
Nie, Szwecja to nie żaden raj, mają, np. okropne jedzenie, ale za to studenci dostają za darmo kawę, herbatę, sałatki i bardzo popularne w Szwecji chrupkie pieczywo, a uczniowie za darmo mają obiady i książki od pierwszej klasy do matury (bez względu na status materialny rodziców). Może to jednak troszkę raj?

Najprzyjemniejszy był jednak wieczorny spacer po wąskich uliczkach starej części Västeräs, między malutkimi drewnianymi domkami z XVIII wieku malowanymi na bordowo. Tak, jak Holendrzy, Szwedzi raczej nie zasłaniają okien (podobno robią to tylko wtedy, gdy się kochają albo liczą pieniądze:), więc mogłam bezkarnie podglądać ich jasne, proste, drewniane wnętrza.

Ale, żeby nie przewróciło mi się całkiem w głowie, w Polsce bez zmian - raport Macierewicza opublikowany. Tylko co nam to dało i czy komuś przez to będzie lepiej?

iza leszczyna
 
2007-02-18 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


15 lutego 2007

Gdybym została skazana na banicję (w innym wypadku nie bardzo mogę wyobrazić sobie własną emigrację) wybrałabym Szwecję na swoją drugą ojczyznę. To taki kraj, w którym politycy istnieją po to, żeby obywatelom żyło się lepiej i to jest jedyne usprawiedliwienie dla ich istnienia. Żeby dzisiejszy blog nie był zbyt długi (czytaj nudny) podzielę moje wrażenia z pobytu w Szwecji na dwa odcinki. Dzisiaj wymienię to, co zaskoczyło mnie mniej lub bardziej w skandynawskim kraju, do którego przyleciałam poźnym wieczorem (kolejność zaskoczeń jest wynikiem chronologii moich obserwacji) :
1. Dziesiątki rowerów stojących w środku nocy i w środku lutego, wśród zasp śniegu.
2. Podgrzewane chodniki w centrum miasteczka Västeräs.
3. Klasa szkolna dla alergików, do której można wejść tylko na bosaka i nie ma znaczenia, że jesteś zagraniczną delegacją w towarzystwie miejscowych dostojników:).
4. Zajęcia, a właściwie przedmiot w szkole podstawowej: Jak być miłym człowiekiem.
5. To, że na edukację przeznacza się 68% budzetu miasta!!!
Przy tym wszystkim słodkie śledzie na śniadanie były, jak bułka z masłem, tym bardziej, że się ich spodziewałam. A fakt, że wszyscy mówią po angielsku już mnie nawet nie zdziwił.
Po zjedzeniu śledzi wyszłam przed hotel i zobaczyłam, że rowerów nie ma, bo młodzi i starzy Szwedzi wsiedli na nie i pojechali do szkoły lub do pracy. Śniegu było dużo, więc trochę im współczułam, ale właśnie wtedy moja koleżanka (drugie jej wykształcenie jest inżynierskie, stąd spostrzeganie zjawisk fizycznych bystrzejsze od mojego) dotknęła palcem najpierw zupełnie czarnego chodnika (chociaż metr dalej, na skwerze było zupełnie biało), po czym języka i skonstatowała, że skoro nie jest sypany solą, to musi być podgrzewany. Wtedy ja, człowiek znad Wisły, powiedziałam, że to niemożliwe, a nawet byłoby niehumanitarne, bo przecież dzieci w Afryce głodują. Okazało się, że podgrzewają i wykorzystują do tego ciepłą wodę odprowadzaną z pralek i zmywarek domowych, a dodatkowy koszt jest i tak mniejszy niż kwoty, jakie trzeba by przeznaczyć na pobyty ludzi (ze złamanymi rękami i nogami) w szpitalu, wypłacane im odszkodowania i straty wywołane ich absencją w pracy. A przede wszystkim ludzie czują się bezpieczniej i nawet starsi mogą zimą wychodzić z domu. (Doświadczenie mojej Mamy polegające na dwukrotnym złamaniu ręki w kolejnych dwóch sezonach zimowych mówi, że to ważny powód). Kocham Szwedów, naprawdę.
Ich język nie należy do pięknych, jedyne zdanie, o przetłumaczenie którego poprosiłam naszą szwedzką znajomą Margaritę (to, że ma siedmioro dzieci, drugiego męża i doktorat z literatury sprawia, że jest moim prywatnym bohaterem:) było właśnie o śledziach:

"Inlagd sill är verkligen gott, men inte sārskilt gott till frukost", co w polskiej wersji językowej znaczy mniej więcej: "Słodkie śledzie są naprawdę dobre, ale niekoniecznie na śniadanie".


iza leszczyna

2007-02-15 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


11 lutego 2007


Dzisiaj Dzień Języka Ojczystego, więc ja - polonista, zanim opuszczę nasz piękny kraj i język (lepszy od innych, bo taki łatwy przecież:)) zostawiam Wam wierszyk o języku, słowach i znaczeniach ...

świat w słowach

z czarnych liter
ułożyć sobie świat
nieduży – na jedną stronę
kilka ścieżek
całkiem prostych
między rzędami wyrazów
jednoznacznych
można by biegać po nich
bezpiecznie
wiedząc
że przecinek
nie jest kłodą rzuconą  pod nogi
tylko miejscem odpoczynku
WIELKICH LITER
postawić niewiele
żeby były jak pomniki
których nikt nie będzie chciał
zburzyć
wprowadzić się
nie stawiając kropki nad „i”

iza leszczyna

2007-02-11 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


10 lutego 2007

No jasne, akurat dzisiaj, podczas gdy jutro muszę wsiąść do samolotu i lecieć do Szwecji na służbową wizytę w ramach projektu unijnego, musiał ukazać się w The Guardian (czytałam na onet.pl) artykuł o tym, że latanie jest passe (niszczy środowisko:(. Trendy jest powolne przemieszczanie się, pozwalające na rozliczne doznania, kontemplowanie krajobrazu, tubylczego obyczaju i języka. Nawiązująca do "slow food" idea powolnego podróżowania nijak ma się do tego, że człowiek w ciągu jednego dnia musi być rano w pracy, a po południu powinien oglądać lekcję prowadzoną w klasie wielokulturowej (wielokulturowość to problem, który kiedyś, może szybciej, niż myślimy stanie przed polskimi nauczycielami).
Więc chociaż łatwo przejęłam "slowfoodową" fascynację mojej siostry, to przy samolotach muszę pozostać, w przeciwnym razie nie zdążyłabym wrócić do Polski na Walentynki, które chociaż amerykańskie i kiczowate, po prostu lubię:)). Zawsze w ten dzień możesz odkryć, że lubi Cię ktoś, o kim myślałaś/eś, że jest wrogiem albo o czyim istnieniu nie miałaś/eś zielonego pojęcia:)

iza leszczyna

p.s. jak wrócę, napiszę coś po szwedzku

2007-02-10 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu

 
   
Strona główna | Prywatnie | Niecodziennik | Kontakt


© Copyright Izabela Leszczyna 2010            Wszelkie prawa zastrzeżone
             Osób online: 6

             Design by: Studio Manifesto