Piątek, 30 lipca 2010 r.
 
  Strona główna » Blog niecodziennik » Wszystkie wpisy
Oficjalnie »
Prywatnie »
Niecodziennik
Kontakt »
Portale Społecznościowe »
Oficjalnie
Prywatnie
Niecodziennik
Blog

21 marca 2010; wiosna, ach to Ty:)

I co ja mam o debacie Komorowski - Sikorski napisać? Powinnam powiedzieć, że super i, że w ogóle. No ale jakby powiedziała moja siostrzenica, nie wymiata. Było poprawnie, elegancko, kulturalnie, ale czy to najważniejsze cechy debaty? Za mało pazura u prowadzących i za dużo zerkania w kartki u kandydatów. W sumie, mój faworyt - Bronisław Komorowski obronił się swoją naturalnością, brakiem nadmiernego "spinania się" i dystansem do samego siebie. Sikorski ma manierę, której nie toleruję: recytuje dowcipne pointy i  "błyskotliwe wrzutki" jak wiersze na szkolnej akademii, no i uparcie artykułuje "ę" w wygłosie jakby jadł "bułkę przez bibułkę".
Mam nadzieję, że prawybory staną się w mojej Platformie standardem, debaty codziennością polityczną, a profesjonalizm przyjdzie z czasem, bo przecież ćwiczenie czyni mistrza:))
 



iza leszczyna

p.s. a w parku pod Jasną Górą kwitną przebiśniegi

2010-03-21 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


14 marca 2010

 List otwarty do mojego Przyjaciela Zbyszka - nauczyciela liceum.



Zbyszku, nie dziesięcioletnia tradycja funkcjonowania ma być argumentem za pozostawieniem gimnazjów, ale to, że po dziesięciu latach możemy powiedzieć, że ten element systemu edukacyjnego funkcjonuje dobrze. Na przekór tezom pachnącym naftaliną, że najlepsza szkoła to szkoła przedwojenna. Z pewnością była dobra: mój tata, choć łaciny uczył się w Technikim Leśnym w Brynku (już po wojnie, ale kadra była przedwojenna;) umiał ją nie gorzej niż ja po skończeniu filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Możemy wzdychać do tego utraconego bezpowrotnie poziomu, tyle tylko, że do szkoły przedwojennej chodziło kilka procent społeczeństwa, bo reszta kończyła edukację w okolicach czwartej klasy szkoły powszechnej, tzn. umiała czytać i liczyć.
Zbyszku, blog nie jest najlepszą formułą dla głębokiej, wielowątkowej dyskusji, dlatego przywołałam tylko dwa argumenty: jeden - racjonalny, dający się zmierzyć i zbadać. To wyniki nauczania i będę się upierać, że w XXI wieku są istotnym wyznacznikiem jakości edukacji. I drugi argument - społeczny; to wyrównywanie szans edukacyjnych, choćby przez to, że wszyscy (!) uczą się o rok dłużej w szkole ogólnokształcącej, bez względu na zasobność rodzicielskiego portfela, zdolności, a nawet chęci.
Oczywiście, że nie jesteś obiektywny, bo nauczyciele liceów nie pogodzili się nigdy z tym, że zabrano rok nauki szkole ponadgimnazjalnej. Ale podaj mi choć jeden argument, który uzasadniałby Twoje przekonanie, że nauczyciele liceów uczą lepiej niż nauczyciele gimnazjów. Obie grupy mają takie samo wykształcenie, ci z gimnazjów chętniej się doskonalą, kończą studia podyplomowe, a przede wszystkim muszą skupić uwagę uczniów, którzy mniej od swoich licealnych kolegów są zainteresowani lekcją, więc nauczyciel musi być zawsze przygotowany na maxa. Wiem, co teraz powiesz: że właśnie wcześniejsza selekcja uczniów zdolnych i mniej zdolnych ułatwia wszystkim życie, a zdolnym daje warunki do lepszej nauki w gronie kolegów o podobnych możliwościach intelektualnych.
Z pewnością tak jest, ale to odwieczny dylemat teorii wychowania, który moment w rozwoju młodego człowieka jest najlepszy na decyzję determinującą całą jego przyszłość. Ja zawsze byłam i jestem przekonana, że warto każdemu dać szansę - dodatkowy rok. Oświata musi być egalitarna, elitarność zaczyna się później, elitarna jest nauka i dopiero na tym poziomie następuje bezwzględna selekcja. Oczywiście charakter selekcyjny ma już egzamin gimnazjalny, bo część uczniów trafi do lepszych, część do gorszych liceów. Podobnie jest z uczelniami, dzisiejszy magister po słabej uczelni, nie potrafi napisać kilkuzdaniowego bezbłędnego pisma (język, składnia, styl, ortografia, interpunkcja). I nie zmieni tego utyskiwanie na niski poziom kształcenia, to, że spauperyzowała się matura i tytuł magistra jest faktem, za kilka lat zdolni studenci będą kończyli studia III stopnia - doktoranckie i oni będą tworzyć wykształconą część społeczeństwa. Oczywiście pod warunkiem, że prace doktoranckie napiszą sami, bo niestety zdarza się, że jest inaczej:(
Zbyszku, szkoła potrzebuje ewolucji, nie rewolucji. Taką ewolucję proponuje MEN: twórzmy gimnazja przy liceach, program "dla wszystkich taki sam" obejmuje trzy klasy gimnazjum i jedną liceum, dwie ostatnie klasy to kształcenie z zakresu polskiego, matematyki i języka obcego oraz w rozszerzonym (o wiele bardziej niż dzisiaj) stopniu wybranych przez ucznia przedmiotów, które będzie zdawał na maturze. Co ważne, jeśli ktoś wybiera przedmioty matematyczno-przyrodnicze będzie miał także zajęcia rozwijające z zakresu nauk humanistycznych i odwrotnie, humaniści będą uczyli się czegoś, co nazwałabym fizyką stosowaną:) przydatną w życiu codziennym. Pomyśl o tym, brzmi prawie jak 6 lat liceum:)
Trzymam kciuki za wszystkich "profesorów" z liceów, którzy podejmą marketingowy trud przyciągnięcia uczniów i dzielnie stawią czoła  czternastolatkom, których nie wolno skreślić z listy uczniów albo zaproponować świadectwa do następnej klasy, pod warunkiem zmiany szkoły.
Wiem, że w liceach bywają wspaniali nauczyciele i że mój opis jest uproszczeniem, ale czy nie jest uproszczeniem, a nawet nadużyciem etykietka "gimnazjum to zła szkoła"? Powiedz to nauczycielom i uczniom z Gimnazjum w Olsztynie k/Częstochowy, gdzie byłam w sobotę na nadaniu szkole imienia Kaspra Karlińskiego. Spróbuj poznać kilka gimnazjów, zobacz, ile świetnych rzeczy tam się dzieje! I przestań tęsknić do anachronicznego systemu, nieodpowiadającego dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości!

 

 

iza leszczyna


 

2010-03-14 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


7 marca 2010

Zapowiedzi programowe PiSu przypominają jako żywo słowa piosenki Wojciecha Młynarskiego: "Co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie, co by tu jeszcze spieprzyć?"
Prawo i Sprawiedliwość ma na to pytanie kilka gotowych odpowiedzi, bo przecież zawsze znajdzie się coś do zepsucia, np. gimnazja. A co szkodzi zapowiedzieć ich likwidację? Naród z wdzięcznością przyjmie takie deklaracje, bo przecież "wszyscy" mówią, że w gimnazjach źle się dzieje, że praca w nich jest trudna, że młodzież w wieku szalejących hormonów, że zróżnicowana intelektualnie, a liceum przez to za krótkie, nie sposób uczniów przygotować do matury, itd. itd...
Co szkodzi utrwalić ten stereotyp, jeśli wdzięczni rodzice i nauczyciele staną się zwolennikami nowej idei i zagłosują na partię antygimnazjalną? Kalkulacje PiSu są takie: można liczyć na tych z liceum, są najbardziej konserwatywni, a niektórzy wciąż tęsknią do starego porządku i do starej matury, bo taka ambitna była i nieogłupiająca, sami uczyli, sami sprawdzali, a że na studia się abiturient nie dostał? to zupełnie inna bajka, bo przecież uczelnie mają swoje wymagania. Nauczyciele gimnazjum też mogliby zasilić elektorat, bo kto chciałby pracować w trudnych warunkach, jak mógłby w łatwych? mam nadzieję, że wnioski po dyskusji na kongresie PiSu rozwieją moje wątpliwości co do konkretów. Choć chyba nie jest ważne, czy ta zadyma przybiera jakiś kształt realny, bo i tak nie zdąży się zmaterializować, jak większość zapowiedzi byłego ministra edukacji w rządzie PiS. Wstyd mi jednak za polityków, którzy za nic mają fakty, wyniki badań, a wreszcie zdrowy rozsądek, bo jak można mówić, że zlikwiduje się szkołę, która od dziesięciu lat jest elementem systemu edukacyjnego. Systemu, który po raz pierwszy wprowadził Polskę na salony świata, salony, gdzie dyskutuje się o wynikach i osiągnięciach uczniów, gdzie mierzy się przyrost wiedzy i umiejętności. To gimnazjum  właśnie jest pierwszą szkołą, która dała szansę na wyliczenie, czy uczeń, który przychodzi z podstawówki rozwinął się w tej szkole, czy raczej "zwinął". I ten pomiar dotyczy każdego ucznia, zdolnego, słabszego i całkiem słabego także. To jest wielkie, właściwie bez przesady można powiedzieć, dziejowe osiągnięcie! 
PiS mówi o przywróceniu szkole wymiaru ogólnokształcącego. Przecież to gimnazjum właśnie wydłuża o rok kształcenie ogólne. Dawniej, po ośmioletniej podstawówce, część młodzieży szła do zawodówek, dzisiaj idą tam uczniowie po dziewięciu latach nauki, a nie po ośmiu! Dzięki wydłużeniu kształcenia ogólnego o rok nasze piętnastolatki osiągają o wiele wyższe wyniki w międzynarodowych testach PISA (Programme for International Student Assessment) prowadzonych w krajach OECD niż osiągały w starym systemie edukacyjnym. Trzeba złej woli, żeby tego nie widzieć! Nie da się znaleźć usprawiedliwienia dla partii politycznej, która chce powrotu do gorszych rozwiązań. Nie ma usprawiedliwienia dla populizmu i demagogii w dziedzinie tak istotnej i delikatnej, jak edukacja.
Gimnazja potrzebują wsparcia, to fakt, potrzebują wyszkolonych pedagogów, dobrych psychologów, efektywnie funkcjonujących poradni psychologiczno-pedagogicznych, potrzebują wreszcie wyjątkowych, świetnie przygotowanych nauczycieli - dydaktyków i wychowawców jednocześnie. Żeby osiągnąć taki stan,  nie wolno w koło powtarzać, że gimnazjum jest złe, bo to, jak samospełniająca się przepowiednia! Nie wolno też utrzymywać wrażenia  tymczasowości tej szkoły, to nigdy nie służy jakości, raczej ją pogarsza.
Nie wolno wreszcie dążyć do stworzenia jednej szkoły, do której będą chodziły sześciolatki i piętnastolatki. Co łączy sześcio- i piętnastolatka? Szkoła ma być bezpieczna dla malucha i interesująca dla nastolatka i taką ewolucję programowo-organizacyjną zaproponował MEN. Ewolucję, w której gimnazjum ma zbliżyć się do liceum, a oderwać od podstawówki, a nie odwrotnie!
I ostania już uwaga: gimnazja nie są takie same, są różne i mają, jak wszystkie szkoły, różne problemy. Problemy mają też szpitale, czy to znaczy, że mamy je zlikwidować?

 

iza leszczyna
 

2010-03-07 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


4 marca 2010

I znowu góra urodziła mysz :(( Narodowa Rada Rozwoju obradująca ponad pięć godzin w Pałacu Prezydenckim rozeszła się z....niczym. Miało być merytorycznie, a było, jak zwykle: trochę piany, wiele ogólników i profesorskiego górnego C. Nie to, żebym nie lubiła debat naukowych na temat roli państwa i zadań rządu wobec obywateli. Lubię, ale na uczelniach i podczas seminariów, a nie na posiedzeniu gremium, które mieni się być ciałem doradczym Prezydenta RP!!! Doradcy w chwilach trudnych (a deficyt przecież duży, dług publiczny jeszcze większy, PKB choć wciąż rośnie, to nie w takim tempie, żeby ekonomiści spali spokojnie) powinni szukać racjonalnych i konstruktywnych rozwiązań, a nie trwonić czas, za który płacą podatnicy, na akademickie dyskusje o istocie państwa! Zresztą niechby Prezydent (w końcu profesor) spotykał się z innymi profesorami, prowadząc intelektualne dyskusje, tylko niech nie nadaje temu rangi wydarzenia politycznego brzemiennego w pozytywne dla Polski skutki. To raczej jest wydarzenie towarzyskie i jako takie oceniam je pozytywnie. Szkoda tylko, że I Pakiet Reform z Planu Rozwoju i Konsolidacji Finansów, który był bodaj jedynym konkretem podczas spotkania, nie doczekał się nawet merytorycznego komentarza. No bo nie jest merytoryczną opinią stwierdzenie, że kierunki są może słuszne, ale Prezydent odniesie się dopiero do projektów ustaw! Te kierunki spisano na 20 stronach i każdy, kto tworzył prawo (a Lech Kaczyński był posłem, ministrem, więc wie, jak to się robi) ma świadomość, że istota zawarta jest właśnie w założeniach, bo o konkretne artykuły możemy spierać się później w Sejmie, ale to, na czym ma polegać zmiana określa się na wejściu w proces legislacyjny. Czy Prezydent chce, żeby sztaby urzędników pracowały nad rozwiązaniami, które on jednym podpisem wyrzuci do kosza? Nie stać na to Polski. Więc może niech Prezydent zaproponuje coś w zamian, skoro 12 mld. z I Pakietu, to dla niego za mało, bo potrzeba 50 mld! Prezydent hołduje zasadzie wszystko albo nic! Jak nie ma sposobu na znalezienie od ręki 50 mld. to po te 12 się nie schylajmy, szkoda fatygi! To filozofia mniej więcej taka: jestem komuś winna 1000 zł., ale mam tylko 300, więc kupię sobie perfumy, bo przecież i tak nie mam na spłacenie całego długu! Pogratulować myślenia ekonomicznego! No ale już raz w Sejmie mieliśmy okazję słyszeć rady Pana Prezydenta na kryzys. Spuśćmy jednak na nie łaskawą zasłonę milczenia!

 


iza leszczyna


 

2010-03-04 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


27 lutego 2010

Święte oburzenie, bo przecież Polska to nie "dziki kraj". Niemal każdy poproszony o komentarz polityk uznał za stosowne odciąć się od tych STRASZNYCH słów. Bo przecież "ojczyznę kochać trzeba i szanować, nie deptać flagi i nie pluć na godło", tyle tylko, że w ustach lidera T LOVE brzmi to zwyczajnie, a przez to autentycznie, w ustach polityków pobrzmiewa fałszywa nuta... Czyżby chodziło tylko o poprawność polityczną? Tę wielką ideę, u źródeł której leżało przekonanie, że będzie służyć tolerancji i wyzwalać w ludziach szacunek wobec siebie bez względu na wielość różnic między nami? Szkoda, że dzisiaj poprawność polityczna to wymówka, którą niektórzy politycy przykrywają swoją małość i tchórzostwo. W najlepszym razie poprawność polityczna jest narzędziem służącym do zdobywania poklasku wyborców. No bo czy nie pięknie brzmią słowa: Jestem dumny/dumna z Polski, Polska nie jest dzikim krajem, to piękny, duży kraj leżący w centrum Europy. Nic ująć, a dodać można tylko: Niech żyje Biało-Czerwona!!! Tak, koniecznie trzeba zaznaczyć swój wielki patriotyzm, szczególnie wielki na tle braku patriotyzmu Drzewieckiego. No bo co to za patriota, któremu cierpienie po śmierci matki odbiera jasność widzenia, a nawet rozum na tyle, że szkaluje własny kraj? Na dodatek gra w golfa i to na Florydzie. Czy tak postępują dobrzy Polacy?
Szkoda, że większość komentatorów nie zwróciła uwagi, że wydarzeń niepolitycznych nie powinno się opatrywać komentarzem politycznym. Tu trzeba raczej psychologa lub terapeuty. Wywiad Drzewieckiego z Florydy nie miał charakteru politycznego, to nie był wywiad ministra ani nawet członka PO, to była wypowiedź człowieka dotkniętego traumą. Nie ma sensu zastanawiać się i analizować, czy to są oskarżenia sensowne i racjonalne. Bo poczucie krzywdy nigdy nie jest racjonalne, zawsze jest emocjonalne i subiektywne.
Nie jestem psychologiem, więc nie będę silić się na psychoanalizę przypadku pt. "Drzewiecki",  choć zwyczajna ludzka empatia każe mi współczuć. Jestem politykiem i myślę, że jedyny sensowny komentarz polityczny do tego wydarzenia może być taki: Platforma Obywatelska wie, że ludzie oczekują od elit rządzących, że będą, jak żona cezara. I jesteśmy, jak żona cezara: Mirosław Drzewiecki nie jest już ministrem sportu i nie jest skarbnikiem PO. Co jeszcze mamy zrobić? Zastrzelić Drzewieckiego, żeby uczynić zadość świętemu oburzeniu opozycji? A może wystarczy panom Napieralskim i Putrom przypomnieć słowa Fredry "Znaj proporcję, mocium panie."

Aby zapoznać się z materiałem filmowym  KLIKNIJ.

 



iza leszczyna

 

2010-02-27 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


18 lutego 2010

Parytet (od łacińskiego paritas czyli równość) wzbudza wiele emocji, pewnie więcej niż na to zasługuje. Debata sejmowa wokół obywatelskiego projektu ustawy zmieniającej ustawę ordynacja wyborcza starała się być racjonalna, ale była emocjonalna. Nikt, jak powiedziałaby Violetta z Brzyduli, nie wymyślił proszku, podczas sejmowych wystąpień. Wypowiedziano tyle samo nieprawdziwych stereotypowych zdań, co zdań oczywistych. Moje koleżanki i koledzy w dobrej wierze i w poczuciu misji dziejowej wchodzili na sejmową mównicę, żeby dać świadectwo swoim poglądom i tchnąć w ułomną polską demokrację nowego prawdziwie demokratycznego ducha. Co ciekawe, za kreatorów nowoczesności uważali się zarówno ci, co byli za, jak ci, co byli przeciw parytetom. Wszyscy mieli rację i nikt nie miał racji. Używano wyrazu dyskryminacja, a tymczasem problemem jest dominacja, a źródła jej nie leżą w prawie, ale w utrwalonej przez tysiąclecia kulturowej roli kobiety. To tradycyjne role płci w rodzinie są sprzeczne z ideałami równości w życiu politycznym.  Zasadne pozostaje pytanie: od czego należy rozpocząć zmianę? Od życia prywatnego/rodzinnego, bo tu właśnie tradycyjna rola kobiety jest najbardziej ugruntowana? Od życia publicznego, bo je możemy regulować prawem skuteczniej i w większym zakresie? Co ma szansę stać się wytrychem?
Z jednej strony buntuję się przeciwko parytetom, ilekroć myślę o osobnikach rodzaju męskiego, którzy mówią, że jakaś kobieta dostała się do sejmu, bo miała duży dekolt na plakacie wyborczym. W takich mężczyznach wprowadzenie parytetu utrwali szowinistyczne przekonania o funkcjonowaniu kobiet w świecie w ogóle. Przypięta zostanie nam łatka, że mamy niezasłużony bonus, w skrajnym przypadku usłyszymy, że wystarczy być kobietą, żeby zostać politykiem.
Z drugiej strony myślę, że dominacji mężczyzn należy upatrywać nie w dyskryminacji kobiet podczas rekrutacji na poszczególne stanowiska, w tym polityczne, ale we wcześniejszym definiowaniu stanowisk. Wystarczy w ogłoszeniu o naborze napisać, że pracownik musi być dyspozycyjny. Jeśli pracy szuka małżeństwo z małym dzieckiem i oboje mają identyczne kwalifikacje, to tę pracę dostanie mężczyzna:(
Problem jest, ale jest bardzo złożony. Ja mogłam iść do pracy po studiach tylko dlatego, że mama odbierała moją córkę z przedszkola, bo ja w niektóre dni pracowałam do 19.00. Przedszkola muszą być otwarte dłużej, żłobki nie mogą straszyć samą nazwą, a prace domowe nie mogą być deprecjonowane. Długa droga przed nami, ale chyba musi zacząć się w sejmie. Nie jestem tylko pewna, czy te ponad 60% społeczeństwa, które deklaruje poparcie dla tej ustawy, widzi i - co chyba ważniejsze -  aprobuje o wiele szerszy niż dyskutowany podczas debaty kontekst nowego prawa?

 

iza leszczyna

2010-02-18 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


10 lutego 2010

Jak to dobrze, że jestem członkiem Komisji Finansów Publicznych a nie Komisji Skarbu Państwa. I wcale nie dlatego, że praca w tej drugiej jest mniej ciekawa, ale dlatego, że członkiem Komisji Skarbu jest poseł Suski z Prawa i Sprawiedliwości. Nigdy poczucie humoru i szczególny rodzaj przyciężkawej polemiki uprawianej przez Pana Posła nie były mi bliskie, ale w dzisiejszym wystąpieniu poseł Suski przeszedł samego siebie. Otóż podczas pierwszego czytania ustawy o zmianie ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji zgłosił wniosek formalny o odrzucenie tego projektu w ogóle, bo posłowie Platformy Obywatelskiej chcieli przecież narazić budżet państwa na milionowe straty, co prawda w ustawie o grach i zakładach wzajemnych, ale wg posła Suskiego chcieli i już. Ponieważ na posiedzeniu połączonych Komisji nie było Freuda, więc nikt nie rozumiał, o co posłowi Suskiemu chodzi? A on najzwyczajniej w świecie uległ zjawisku znanemu w psychoanalizie jako "przeniesienie". Co prawda dotyczy ono relacji między ludźmi, ale Pan Poseł zastosował je do ustaw i przeniósł swoją niechęć do ustawy hazardowej, która nigdy nie ujrzała światła dziennego (czytaj: nie trafiła do sejmu) na ustawę o komercjalizacji i prywatyzacji. W odpowiedzi na pytania posłów o to, co wspólnego mają te ustawy, że w głowie posła zlały się w jedno, usłyszeliśmy, że przecież obie dotyczą pieniędzy. Ot, logika godna posła Suskiego.

Ale to nie jedyny problem podczas 60. posiedzenia Sejmu.

Są jeszcze papierosy :(

Palić albo nie palić? To w zasadzie nie jest żaden dylemat. Wiadomo: nie palić. Ale jak już ktoś pali? Pokusa, żeby zabronić ustawowo jest duża i na pierwszy rzut oka uzasadniona społecznie. Tę drogę wybrali Włosi i Irlandczycy. Dlatego uważam, że miejsca publiczne, takie jak przystanki autobusowe, klatki schodowe, windy (naprawdę niektórzy palą w windach) powinny być objęte zakazem palenia, a w instytucjach publicznych można by palić tylko w miejscu wyznaczonym (jeśli takie jest zorganizowane, ale nie wprowadzałabym konieczności jego wyodrębnienia). Za to puby, kluby i inne miejsca, gdzie ludzie przychodzą się bawić zróżnicowałabym, bo jedni bawią się bez papierosa, a inni z papierosem. Decyzję o miejscu, w którym spędzą wieczór, ludzie podejmą, głosując nogami. Być może gdzieś będzie pusto i właściciel zmieni swój stosunek do nałogu. Tylko gdzie ja wtedy pójdę? Tam, gdzie się pali, żeby być z mężem, czy tam, gdzie nie ma dymu, ale sama? :)

 


iza leszczyna

2010-02-10 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


31 stycznia 2010

"Decyzje rządu podporządkowane są prezydenturze Tuska", "Premier nie podejmie trudnych decyzji, żeby nie stracić popularności przed walką o fotel prezydencki", takie i wiele innych, opartych na tej samej tezie,  zdań legło w gruzach. W jednej minucie Premier zburzył misternie budowaną przez PiS narrację, która okazała się science-fiction. Z trudem politycy Prawa i Sprawiedliwości przyswajali tę zaskakującą dla nich rzeczywistość. Niektórzy, jak poseł Karski w rozmowie ze mną na antenie Polsat News w piątek, do tego stopnia przywiązali się do tej propagandowej tezy, że powtórzyli ją, jakby nie było oświadczenia Premiera Tuska na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Trochę to rozumiem, sytuacja nie jest łatwa: przegraną Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem można by tłumaczyć jako wynik 1:1, bo przecież pięć lat temu pokonanym był Tusk. Ale jak wyjaśnić swoim zwolennikom, dołom partyjnym, wreszcie sobie samym, że urzędujący, sympatyczny przecież Prezydent, przegrywa z kandydatem Platformy wyłonionym na kilka miesięcy przed wyborami, kandydatem - nie liderem PO?
Tak, z pewnością czwartek nie należał do najlepszych dni dla Prawa i Sprawiedliwości, ale prawdziwa męka zaczęła się w piątek. Premier wzmocniony swoją decyzją, wzmocniony pozytywnym przyjęciem jej przez Platformiaków złapał wiatr w żagle i ogłosił spójny, trudny dla rządzących, rozłożony na wiele lat (nie na jedną kadencję) i zupełnie nie(!)populistyczny Plan Rozwoju i Konsolidacji Finansów. To nic, że ekonomiści w większości ocenili go pozytywnie, opozycja wspólnym głosem uznała go za niepoważny i niekonkretny, a w ogóle taki, który byłby dobry jako expose na początku kadencji, a nie teraz. Czy na pewno opozycja ma rację?
Po pierwsze, dlaczego teraz?  Ano dlatego, że Platforma Obywatelska układała swój program wyborczy w czasie hossy, gdy dynamika PKB była wysoka. Wtedy można myśleć o obniżaniu podatków i obniżaniu deficytu budżetowgo jednocześnie, a także o inwestycjach w badania i rozwój, a więc te dziedziny nauki i gospodarki, które nakręcają innowacyjność, a co za tym idzie konkurencyjność kraju w stosunku do pozostałych członków UE. Ale po roku rządzenia (przypomnę, że w pierwszym budżecie obniżyliśmy zaplanowany przez PiS deficyt!(!), a także znacząco, bo o 10 % podnieśliśmy pensję nauczycieli i zwiększyliśmy środki finansowe na  naukę, tzn. rozpoczęliśmy realizację swoich wyborczych obietnic! Niestety kolejny rok okazał się nie być łaskawy dla gospodarek światowych, dlatego trzeba było ogromnej determinacji, odwagi i odpowiedzialności rządu, aby budżet na 2009 rok pozwolił przejść Polsce suchą stopą prze kryzys. I rto się udało! Zielona wyspa + 1,7% PKB. A reszta Europy na czerwono:(( Hmmm....innym nie wychodzi, a mnie wychodzi powiedziałby Jan Peszek w "Scenariuszu dla trzech aktorów" gdyby był ministrem Rostowskim:)) Dzisiaj jest dobry moment na to, aby na wejściu w 2010 rok - rok wychodzenia świata z kryzysu powiedzieć: Polska ma ambicję pozostać liderem, liderem zmian, ograniczania wydatków, odpowiedzialnej polityki fiskalnej, wreszcie przygotowania finansów publicznych do wejścia w strefę euro, ale także do stawienia czoła nieuniknionym zjawiskom demograficznym (starzenie się społeczeństwa).I to powiedział Donald Tusk. Plan Rozwoju i Konsolidacji Finansów to wieloletni harmonogram tej zmiany. Jak każdy plan wieloletni nie może być nazbyt szczegółowy, konkretny i sztywny. Wie to każdy początkujący menadżer, nie wie opozycja i ekonomiści, których wiedzy i doświadczenia obecny rząd nie zechciał wykorzystać. Do takich należy prof. Rybicki, dlatego słowa redaktora Miecugowa, że wierzy we wszystko, co powie profesor i dlatego uważa, że Plan Tuska jest zły, są tyleż naiwne, co - w ustach myślącego człowieka - niedopuszczalne! Jedynym ekonomistą, który zasłużył sobie na taką bezrefleksyjną aprobatę jest Leszek Balcerowicz (cokolwiek na ten temat sadzi pewien rolnik, co dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu został wicepremierem mojego kraju:((
Nie ma konkretów mówi opozycja? No to zobaczmy:

1. Reguła wydatkowa, która nie pozwoli rządom na rozdawnictwo i populistyczne decyzje przed wyborami, reguła, która w swojej docelowej formule jest antycykliczna, tzn. uwalnia finanse publiczne od obawy o to, czy kolejna recesja nie spowoduje bankructwa naszego państwa!
2. Odchodzenie od przywilejów dla emerytur mundurowych, analiza efektywności II filaru, finansowa zachęta dla Polaków, aby zechcieli pracować dłużej (za dodatkowy rok pracy będziemy mogli uzyskać emeryturę 10% wyższą!!!).
3. Kasy fiskalne dla lekarzy i adwokatów.
4. Objęcie systemem ubezpieczeń powszechnych zamożnych rolników oraz doprecyzowanie definicji rolnika, a więc uszczelnienie systemu KRUS.
5. Prywatyzacja jako priorytet działania Ministra Skarbu na rok 2010! (ci, co mówią, że wpływy z prywatyzacji przejemy nie wiedzą o czym mówią: przede wszystkim one obniżą nasze zadłużenie, a wkonsekwencji koszty obsłufgi długu publicznego, a ponadto spółki skarbu państwa staną się wreszcie profesjonalnie zrządzanymi - bez politycznych nacisków - przedsiębiorstwami!)
6. Jest jeszcze rozwój infrastruktury szerokopasmowej ze wszystkimi pozytywnymi konsekwencjami dla każdego Kowalskiego, także tego, co mieszka w Cisiu:))


To nie są konkrety?

Jeśli polityk, który miał największe szanse na fotel prezydenta, rezygnuje z tej konfitury, żeby stanąć na straży realizacji zapisów tego Planu, to czy można chcieć bardziej konkretnego konkretu???

 

iza leszczyna
 

2010-01-31 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


23 stycznia 2010

Leszek Miller wraca na Białym Koniu. Tylko po co? Żeby przypieczętować polityczną śmierć SLD? Hm... Jak to będzie w sejmie przyszłej kadencji, kto zasiądzie w ławach poselskich umieszczonych po  lewej stronie? Bo przecież nie pomoże lewicy także to, że Aleksander Kwaśniewski poparł Olechowskiego, a nie Szmajdzińskiego w wyścigu do fotela Prezydenta RP. Jeden i drugi jest bez szans, więc właściwie poparcie byłego prezydenta nie ma żadnego, oprócz symbolicznego znaczenia. No chyba, że jako gwóźdź do trumny.
Oczywiście nie jest tak, że jestem spokojna o Platformę Obywatelską i jej kondycję. Chociaż z pewnością nie jest tak tragicznie, jak przedstawiają to media publiczne zarządzane przez koalicję PiS-SLD. Dyspozycyjni dziennikarze przedstawiają raczej życzeniową wizję sceny politycznej: lada moment posypie się rząd, bo koalicjia prawie nie istnieje, a w samej Platformie rozłam za rozłamem. A rzeczywistość jest taka: rząd przygotowuje się do prezentacji "Planu rozwoji i konsolidacji finansów", który zostanie przedstawiony 29 stycznia podczas konferencji na Politechnice Warszawskiej. W tym dokumencie mają być przedstawione najistotniejsze działania, które w najbliższych kilku latach doprowadzą do obniżenia długu publicznego i deficytu, tak, aby Polska bezpiecznie mogła wejść do korytarza ERM2 (etap przejściowy przed przystąpieniem do strefy euro). Tam znajdą się zapisy o regule wydatkowej. Przed nami także decyzja o koniecznych zmianach w systemie emerytalnym. Nawet jeśli większość ekonomistów, że nie wspomnę o opozycji krzyczy: ręce precz od OFE, to i tak trzeba znaleźć sposób na to, żeby emerytury Polaków, wyliczane wg systemu utworzonego 10 lat temu (I, II i III filar) były wyższe, bo na razie istnieje realna groźba, że będą bardzo niskie. Powszechne Towarzystwa Emerytalne są zainteresowane tym, żeby nic nie zmieniać, bo przecież krociowe zyski są ich udziałem, a emerytury, tak czy siak, są gwarantowane przez państwo. To jest kunszt biznesowy: w majestacie prawa, bez podejrzanych rozmów telefonicznych i jednorękich bandytów, oskubać przyszłych staruszków ze składek i nie odpowiadać za jakość ostatnich lat ich życia!!! Pogratulować sprytu, ale w biznesie coraz częściej mówimy o etyce! Dlatego PTE mogą opłacić tysiące mądrych, ekonomicznych analiz, potwierdzających ich istnienie w obecnej formule, jako jedynie słuszne, ale używając hierarchii prawdy profesora Tischnera, to byłby trzeci jej rodzaj.



iza leszczyna

2010-01-23 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


9 STYCZNIA 2010

Miałam napisać o częstochowskim kicie i hicie już kilka dni temu, ale koniec i początek roku spędziłam w łóżku, nie z lenistwa, ale złożona chorobą, a później był sejm i nie było czasu na bloga. No to co, według mnie, było naszym lokalnym majstersztykiem i bublem roku 2009?
Majstersztyk to na pewno referendum. Nie ma dyskusji. Komitet referendalny spisał się na szóstkę, był po prostu skuteczny. Mówię to bez względu na to, że w powszechnej opinii był łączony z Lewicą, choć sami jego przedstawiciele odżegnywali się od polityki i konkretnych ugrupowań. Bez względu na kolor, czapki z głów za efektywność: plan, realizacja, efekt końcowy, wszystko było niemal jak z podręcznika zarządzania. Pozytywnie oceniam referendum także jako zjawisko socjologiczne: społeczeństwo dużego miasta, a więc bardzo zróżnicowane, niejednorodne, zmobilizowało się i jako wspólnota lokalna podjęło decyzję, której konsekwencje są istotne nie tylko dla miasta, ale dla całego subregionu, bo przecież Częstochowa ma ambicję i formalne przesłanki do tego, aby być liderem pólnocnej części naszego województwa. To naprawdę duża sprawa. Wierzę, że tej aktywności społecznej i obywatelskiej nie zmarnujemy. No właśnie i tu muszę znów krytycznie napisać o częstochowskiej Lewicy, czym narażę się, być może, na jeszcze większą niechęć i jeszcze mniej elegancki atak Przewodniczącego Marka Balta (mimo wszystko życzenia Dobrego Roku:).
Bo jak inaczej, jeśli nie bublem 2009 nazwać to, co Lewica zrobiła po referendum? Kitem roku było dla mnie odrzucenie przez Lewicę propozycji wejścia do władz wykonawczych samorządu Częstochowy (nieprzyjęcie propozycji objęcia stanowiska wiceprezydenta miasta). Tyle euforii z udanego referendum, tyle nadziei, że wszystkie liczące się siły polityczne w mieście były jednomyślne i nagle co? Głowa w piasek? Jak ktoś boi się podejmowania decyzji, to niech nie bawi się w politykę, nawet lokalną! Ja rozumiem realia polityczne: rok wyborczy i trudna do zaakceptowania dla wyborców Lewicy koalicja z prawicą. I nie chcę nawet powiedzieć, że są rzeczy ważniejsze niż słupki poparcia, bo w ustach polityka to może zabrzmieć fałszywie (bo tak naprawdę słupki są bardzo ważne, one przekładają się na ilość głosów, głosy na to, czy ma się władzę, a to z kolei na możliwość realizacji idei, w które się wierzy, i które chce się materializować, a to jest właśnie polityka). Myślę jednak, że wyborcy Lewicy są dość inteligentni, żeby zrozumieć wyjątkowość sytuacji w Częstochowie. Gdyby Lewica wzięła na siebie współudział w rządzeniu, miałaby wpływ na decyzje podejmowane w mieście. A gdyby nie udało się wypracować konsensusu w jakiejś sprawie? No to głosujemy tak, jak serce i rozum dyktują, a do wyborców idzie jasny przekaz: bierzemy odpowiedzialność za taką i taką decyzję, bo podjęliśmy ją wspólnie, ale tu mamy inne zdanie i jeśli to my będziemy mieć głos decydujący, dzięki waszym głosom, to podejmiemy decyzję inną. To chyba uczciwe postawienie sprawy? Immanuel Kant powiedział, że w teorii nie ma żadnej sprzeczności między moralnością a polityką. Może da się to przenieść do praktyki?

 p.s. Do Absolwenta szkoły średniej, który pyta mnie o pracę inną niż sprzątanie: pewnie trudno będzie Ci taką znaleźć:( Nie wiem, co umiesz, jaką szkołę skończyłeś, co chciałbyś robić? Większość młodych absolwentów liceów i techników kończy dzisiaj szkoły policealne albo zdobywa licencjat, to daje im lepszą pozycję wyjściową na rynku pracy niż Twoja. Wykształcenie nie jest gwarancją pracy, ale jego brak jest niestety gwarancją jej braku:( Moje Biuro nie pomaga w znajdowaniu pracy,  nie mamy takich możliwości, ani kompetencji, ale zadzwoń i wpadnij, zapraszam na gorącą herbatę.

iza leszczyna

 

2010-01-09 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu

 
   
Strona główna | Prywatnie | Niecodziennik | Kontakt


© Copyright Izabela Leszczyna 2010            Wszelkie prawa zastrzeżone
             Osób online: 6

             Design by: Studio Manifesto