Piątek, 30 lipca 2010 r.
 
  Strona główna » Blog niecodziennik » Wszystkie wpisy
Oficjalnie »
Prywatnie »
Niecodziennik
Kontakt »
Portale Społecznościowe »
Oficjalnie
Prywatnie
Niecodziennik
Blog

2 maja 2010

Sejm zaczął znowu pracować, na ostatnim posiedzeniu, m.in., przyjęliśmy szereg ustaw reformujących szkolnictwo wyższe (mają swoich przeciwników, ale o tym innym razem).
Życie toczy się dalej, więc żeby nie pisać tylko o katastrofie i toczącej się, niestety w jej tle, kampanii prezydenckiej, odpowiem Panu Przewodniczącemu Klubu Lewicy w Radzie Miasta Częstochowy - Markowi Baltowi na pytanie o moją opinię nt. kar cielesnych stosowanych  wobec dzieci.
Panie Przewodniczący, jestem przeciwnikiem przemocy w każdej formie(!) i nie tylko wobec dzieci, ale w ogóle. Z pewnością jednak przemoc wobec nieletnich powinna podlegać uregulowaniom prawnym, bo państwo szczególną opieką musi otaczać jednostki słabe, a takie są przecież dzieci. Kontekstem pytania, jak rozumiem, są prace sejmowe nad ustawą o zmianie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie oraz niektórych innych ustaw, które swój finał znajdą na najbliższym posiedzeniu sejmu. 
Zapis dotyczący zakazu "bicia dzieci" expressis verbis pojawia się w Kodeksie rodzinnym i opiekuńczym, a proponowane w projekcie nowelizacji Kodeksu brzmienie jest następujące:
„Art. 96a. Osobom wykonującym władzę rodzicielską, opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych.”
Czy jest w tym zapisie coś niewłaściwego?
Najwięcej emocji wywołuje jednak ten zapis ustawowy:
„Art. 12a. 1. W razie bezpośredniego zagrożenia  życia lub zdrowia dziecka, w szczególności kiedy opiekun dziecka znajduje się w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem środka odurzającego, pracownik socjalny wykonujący obowiązki służbowe ma prawo odebrać dziecko z rodziny i umieścić je w rodzinie zastępczej lub w całodobowej placówce opiekuńczo-wychowawczej."
Przeciwnicy tego zapisu mówią o zamachu na rodzinę, o ingerencji państwa w życie obywatela, itd... A ja jestem zdania, że wszędzie tam, gdzie komuś dzieje się krzywda, państwo ma obowiązek ingerować. I chętnie oddam trochę swojej obywatelskiej wolności w zamian za to, że dzieci w moim kraju będą bardziej bezpieczne po wprowadzeniu tej ustawy w życie, niż przed. Nowelizacja będzie dopełnieniem przyjętej przez Zgromadzenie Ogólne ONZ 20 listopada 1989 r. Konwencji o prawach dziecka, której projekt zaproponowała właśnie Polska już w 1978 roku.
 
Konkludując jestem za, a nawet przeciw:) tzn. za wprowadzeniem zapisów ustawowych zakazujących przemocy fizycznej wobec dzieci, a przeciw biciu dzieci. I nie ma co dywagować o tym, czy klaps jest dopuszczalny. Nie, nie jest, bo dlaczego mamy dawać dziecku klapsa? Jeszcze na początku ubiegłego wieku kary cielesne w szkole były czymś naturalnym, a dzisiaj wszyscy chyba zgadzamy się, że to dobrze, że w klasie nie leży już rózga... (nawet jeśli nauczyciel czasami chciałby jej użyć, bo bywa mu przecież ciężko:)

 

iza leszczyna

 

2010-05-02 Liczba komentarzy (5) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


28 kwietnia 2010

Niemal wszyscy nawołują polityków do umiaru, do prowadzenia spokojnej, merytorycznej kampanii. Nawołują media, naukowcy, wreszcie sami politycy, zwracając się, rzecz jasna, do innych polityków.
A gdyby tak zamiast nawoływania, każdy sam zachował umiar?
Rektorzy, w tym Rektor Politechniki Częstochowskiej:( zamiast zwracać się do polityków o umiar, może zaapelowaliby do swojego środowiska, np., do prof. Krasnodębskiego, który kilka dni po tragedii mówił: "Jeśli ktoś chce wierzyć w przypadek, niech wierzy. Ja nie jestem w stanie w to uwierzyć. Takie rzeczy się po prostu nie zdarzają. Przypomnę, że prezydent już raz został ostrzelany, gdy złożył wizytę w Gruzji tuż po rosyjskim ataku na ten kraj. (...) Przed kilkoma tygodniami byli inni przedstawiciele Polski i nic im się nie stało".
A media? Media nie zastygły przecież w oczekiwaniu na polityka, który pierwszy przerwie żałobną ciszę. Ustami redaktora Pospieszalskiego, Marcina Wolskiego znaleziono nie tylko "łajdaków", ale nawet "winnych" katastrofy samolotu pod Smoleńskiem. No i umiar umarł...
W tę atmosferę powoli, trochę jeszcze nieśmiało, zaczęli wpisywać się politycy. I tak usłyszeliśmy, a raczej przeczytaliśmy w oświadczeniu kandydata na prezydenta o "prawych" Polakach i "prawej" Polsce.
Zdecydowanie wolę Bronisława Komorowskiego z jego oschłą retoryką, z minimalizmem emocjonalnym w pierwszych dniach po tragedii, za który krytykowano go, także w Platformie. Czas jest taki, że trzeba ważyć każde słowo i lepiej powiedzieć mniej, niż za dużo.
Kampania to emocje, także negatywne, ale nie wolno jej prowadzić, budując atmosferę ogólnonarodowej psychozy, stwarzając wrażenie, że katastrofa pod Smoleńskiem to narodowa ofiara, która powinna redefiniować nasze polityczne poglądy, weryfikować oceny i determinować wybory. Nie zgadzam się także ze zdaniem, że tragedia smoleńska wzmocniła nasz patriotyzm. Parafrazując swoje własne słowa sprzed tygodnia, chcę powiedzieć, że patrioci pozostaną patriotami, nacjonaliści nacjonalistami, a kosmopolici kosmopolitami. I nie zmieni tego żadna katastrofa. Swoją drogą wyraz "patriotyzm" zyskał jakąś nową konotację, niekoniecznie pozytywną, a przecież tylko dobrze powinien się nam kojarzyć. Czuł to arcybiskup senior Gocłowski, gdy na pogrzebie Arama Rybickiego mówił o "zdrowym patriotyzmie". Smutne, że musimy obudować "patriotyzm" przymiotnikiem, żeby dobrze oddać intencję i sens naszej wypowiedzi.

 

 

iza leszczyna
 

2010-04-28 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


19 kwietnia 2010

W niedzielę wieczorem, w drugim dniu żałoby narodowej powiedziałam, że nie mam w sobie naiwnej wiary, że katastrofa pod Smoleńskiem i tragedia, jaką przeżywamy,  zmieni obraz polskiej polityki, że zmieni polityków, a złych ludzi zamieni w dobrych. Ci, co muszą dzisiaj przepraszać Zmarłych, nadal będą obrażać Żywych. Ale było i jest wśród nas wielu, którzy nie muszą przepraszać, choć różniliśmy się ze Zmarłymi zasadniczo i często w kwestiach kardynalnych. Za spory, choćby nawet gwałtowne, nikogo przepraszać nie trzeba! 
Prawdziwej, niereżyserowanej i godnie przeżywanej żałoby było w nas tak wiele, że możemy być dumni, nie tylko z Tych, co zginęli, ale też z tych, co zostali: z siebie, z dziennikarzy, z przedstawicieli naszego państwa. I może o żywych trzeba dziś mówić.
Nie zgadzam się bowiem z opiniami ferrowanymi przez wielu dziennikarzy i komentatorów, że  polska polityka do czasu katastrofy była tylko mała, partyjna, interesowna. Jeśli była tylko taka, to taka pozostanie i kilka dni, choćby największego bólu i najgłębszej refleksji tego nie zmienią. Bo zdolni do refleksji ludzie nie muszą przeżyć traumy, żeby zadawać sobie zasadnicze pytania: co jest zadaniem polityka? dlaczego zajmuję się polityką? co jest ważne dla mojego kraju? jak o tym mówić, żeby przekonać do swoich racji innych?Jeśli ktoś nie zadawał sobie tych pytań przed 10 kwietnia, to nie jestem pewna, czy po 10 kwietnia potrafi na nie dobrze odpowiedzieć.

Opinia publiczna każe politykom posypać głowy popiołem, przywdziać szaty pokutne i obiecać poprawę. Poprawa ma dotyczyć zachowania, trzeba mówić ad rem, a nie ad personam, nie obrażać politycznych przeciwników, nie drwić ze swoich oponentów, a nade wszystko spierać się o rzeczy ważne, prawdziwie istotne dla kraju.
Otóż ludzie, z którymi pracuję, najczęściej są właśnie tacy, z pewnością bywamy też mali, często ponoszą nas emocje, które w polityce są większe niż gdziekolwiek; jak w każdym zawodzie, są wśród nas mistrzowie, rzemieślnicy i tacy, co nigdy nie powinni wybrać tego fachu. Ale przecież są wśród polityków mądrzy i dobrzy ludzie, zauważono to po katastrofie smoleńskiej. Jeśli wśród Tych, co zginęli, byli Wielcy, to może wśród tych, co zostali, także są tacy? Przecież sprawna i dyskretna organizacja żałoby narodowej, za którą odpowiadali politycy, zarówno z otoczenia Pana Prezydenta,  z rządu, z samorządów, pokazała, że są to ludzie potrafiący kierować państwem, nawet w najtrudniejszych momentach. Sprowadzanie ciał ofiar, pomoc dla Rodzin, organizowanie uroczystości, obecność najwyższych władz ustawodawczych i wykonawczych w trudnych chwilach witania kolejnych trumien na wojskowym lotnisku na Okęciu, to wszystko jest dowód na to, że państwo, za funkcjonowanie którego odpowiadają przecież politycy, działa sprawnie.
Więc może politycy nie są tak zupełnie źli? Może nawet wtedy, gdy kłócą się i używają ostrych słów, chodzi im o rzeczy WAŻNE, o państwo właśnie, o jego obywateli, o ich spokój, bezpieczeństwo, coraz wyższą jakość życia, coraz lepsze warunki dla nauki, edukacji, przedsiębiorczości, firm, a więc także dla pracowników? Może politykom (niektórym/większości?) naprawdę chodzi o coś dobrego? Może trzeba przestać traktować nas jak jednorodną masę niekompetentnych, ograniczonych karierowiczów? Czy można prosić o niewrzucanie wszystkich do jednego worka?
 



iza leszczyna


 

2010-04-19 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


10 kwietnia 2010

Nie wiadomo, co powiedzieć, gdy ginie człowiek, tym bardziej nie wiadomo, co powiedzieć, gdy ginie wielu ludzi, a jeśli są to osoby, które giną pełniąc misję publiczną, jeśli w jednej chwili giną Prezydent RP, Jego Żona, Ministrowie, Posłowie i inni ludzie, którzy życie poświęcają służbie dla Polski, to w ogóle nie da się znaleźć odpowiednich słów. Można tylko modlić się. Można tylko przypomnieć niezastąpione słowa Księdza Twardowskiego "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..."

Jeszcze smutniej, gdy z niektórymi z nich rozmawiało się dwa dni wcześniej...

Ministra Tomasza Mertę prosiłam w czwartek o pomoc dla Częstochowskiej Fabryki Zapałek, obiecał, że da nam "know how", co pozwoli przekształcić zakład w instytucję kultury, piliśmy kawę z Nim, wiceprezydentem Marcinem Biernatem, prezesem Eugeniuszem Kałamarzem i przyszłość widzieliśmy w kolorowych barwach.

... z Grzegorzem Dolniakiem rozmawialiśmy na  posiedzeniu naszego Klubu, mówił, że Pan Prezydent zaprosił trzy osoby z Klubu PO na pokład swojego samolotu. Polecieli Grześ Dolniak, Sebastian Karpiniuk i Arek Rybicki... Wieczny odpoczynek racz Wam dać Panie.




iza leszczyna

2010-04-10 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


7 kwietnia 2010

Nie Putin jest  największym problemem w postrzeganiu sprawy katyńskiej, problem leży w świadomości społeczeństwa rosyjskiego. Nałożenie się, z jednej strony wielowiekowej tradycji mocarstwowej, a z drugiej prawie stuletniej indoktrynacji komunistycznej spowodowało spory zamęt w głowach i sercach Rosjan. Czarodziejka gorzałka też swoje zrobiła:(
Smutny jest wynik dzisiejszego sondażu przeprowadzonego w Rosji, a dotyczącego oceny zbrodni katyńskiej. Prawie połowa pytanych (46%) uznała, że Putin nie powinien przepraszać Polaków za Katyń. Jak sprawić, żeby elementarne zdawałoby się poczucie sprawiedliwości przebiło się do zbiorowej świadomości Rosjan? Ostrymi słowami w uchwałach Sejmu RP? Chłodną dyplomacją na wzór zimnej wojny, ale po półwiecznym doświadczeniu, że przecież nie zaprowadziła nas donikąd i na pewno nie zbudowała lepszego świata?
A może po chrześcijańsku nie rozliczać, tylko wybaczyć, nie oczekując rosyjskiego samobiczowania, a tylko/aż wspólnej czci dla poległych? A może zawsze tam, gdzie jest polityka, jest walka, więc im mniej polityki w Katyniu, tym lepiej dla prawdziwej, wolnej od jakiejkolwiek ideologii pamięci o nim? Bo chyba mniej ważne jest to, że Rosjanin zabił Polaka, a ważniejsze, przynajmniej w kategoriach transcendentalnych, że człowiek zabił człowieka? A gdzie w tym wszystkim patriotyzm, krzykną zapewne Patrioci, których pełne są ławy Sejmu RP?
Może warto wtedy przypomnieć sobie słowa Charlesa de Gaulle'a, który mówił: "Patriotyzm jest wtedy, gdy na pierwszym miejscu jest miłość do własnego narodu. Nacjonalizm wtedy, gdy na pierwszym miejscu jest nienawiść do innych narodów niż własny."
Jeśli więc poddamy się krzyczącemu dzisiaj ze wszystkich mediów pytaniu: "Dlaczego Putin nie przeprosił?", to czy nie przesuniemy akcentu na drugie zdanie cytatu de Gaulle'a? I czy właśnie o to nam chodzi?

 

iza leszczyna

2010-04-07 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


21 marca 2010; wiosna, ach to Ty:)

I co ja mam o debacie Komorowski - Sikorski napisać? Powinnam powiedzieć, że super i, że w ogóle. No ale jakby powiedziała moja siostrzenica, nie wymiata. Było poprawnie, elegancko, kulturalnie, ale czy to najważniejsze cechy debaty? Za mało pazura u prowadzących i za dużo zerkania w kartki u kandydatów. W sumie, mój faworyt - Bronisław Komorowski obronił się swoją naturalnością, brakiem nadmiernego "spinania się" i dystansem do samego siebie. Sikorski ma manierę, której nie toleruję: recytuje dowcipne pointy i  "błyskotliwe wrzutki" jak wiersze na szkolnej akademii, no i uparcie artykułuje "ę" w wygłosie jakby jadł "bułkę przez bibułkę".
Mam nadzieję, że prawybory staną się w mojej Platformie standardem, debaty codziennością polityczną, a profesjonalizm przyjdzie z czasem, bo przecież ćwiczenie czyni mistrza:))
 



iza leszczyna

p.s. a w parku pod Jasną Górą kwitną przebiśniegi

2010-03-21 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


14 marca 2010

 List otwarty do mojego Przyjaciela Zbyszka - nauczyciela liceum.



Zbyszku, nie dziesięcioletnia tradycja funkcjonowania ma być argumentem za pozostawieniem gimnazjów, ale to, że po dziesięciu latach możemy powiedzieć, że ten element systemu edukacyjnego funkcjonuje dobrze. Na przekór tezom pachnącym naftaliną, że najlepsza szkoła to szkoła przedwojenna. Z pewnością była dobra: mój tata, choć łaciny uczył się w Technikim Leśnym w Brynku (już po wojnie, ale kadra była przedwojenna;) umiał ją nie gorzej niż ja po skończeniu filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Możemy wzdychać do tego utraconego bezpowrotnie poziomu, tyle tylko, że do szkoły przedwojennej chodziło kilka procent społeczeństwa, bo reszta kończyła edukację w okolicach czwartej klasy szkoły powszechnej, tzn. umiała czytać i liczyć.
Zbyszku, blog nie jest najlepszą formułą dla głębokiej, wielowątkowej dyskusji, dlatego przywołałam tylko dwa argumenty: jeden - racjonalny, dający się zmierzyć i zbadać. To wyniki nauczania i będę się upierać, że w XXI wieku są istotnym wyznacznikiem jakości edukacji. I drugi argument - społeczny; to wyrównywanie szans edukacyjnych, choćby przez to, że wszyscy (!) uczą się o rok dłużej w szkole ogólnokształcącej, bez względu na zasobność rodzicielskiego portfela, zdolności, a nawet chęci.
Oczywiście, że nie jesteś obiektywny, bo nauczyciele liceów nie pogodzili się nigdy z tym, że zabrano rok nauki szkole ponadgimnazjalnej. Ale podaj mi choć jeden argument, który uzasadniałby Twoje przekonanie, że nauczyciele liceów uczą lepiej niż nauczyciele gimnazjów. Obie grupy mają takie samo wykształcenie, ci z gimnazjów chętniej się doskonalą, kończą studia podyplomowe, a przede wszystkim muszą skupić uwagę uczniów, którzy mniej od swoich licealnych kolegów są zainteresowani lekcją, więc nauczyciel musi być zawsze przygotowany na maxa. Wiem, co teraz powiesz: że właśnie wcześniejsza selekcja uczniów zdolnych i mniej zdolnych ułatwia wszystkim życie, a zdolnym daje warunki do lepszej nauki w gronie kolegów o podobnych możliwościach intelektualnych.
Z pewnością tak jest, ale to odwieczny dylemat teorii wychowania, który moment w rozwoju młodego człowieka jest najlepszy na decyzję determinującą całą jego przyszłość. Ja zawsze byłam i jestem przekonana, że warto każdemu dać szansę - dodatkowy rok. Oświata musi być egalitarna, elitarność zaczyna się później, elitarna jest nauka i dopiero na tym poziomie następuje bezwzględna selekcja. Oczywiście charakter selekcyjny ma już egzamin gimnazjalny, bo część uczniów trafi do lepszych, część do gorszych liceów. Podobnie jest z uczelniami, dzisiejszy magister po słabej uczelni, nie potrafi napisać kilkuzdaniowego bezbłędnego pisma (język, składnia, styl, ortografia, interpunkcja). I nie zmieni tego utyskiwanie na niski poziom kształcenia, to, że spauperyzowała się matura i tytuł magistra jest faktem, za kilka lat zdolni studenci będą kończyli studia III stopnia - doktoranckie i oni będą tworzyć wykształconą część społeczeństwa. Oczywiście pod warunkiem, że prace doktoranckie napiszą sami, bo niestety zdarza się, że jest inaczej:(
Zbyszku, szkoła potrzebuje ewolucji, nie rewolucji. Taką ewolucję proponuje MEN: twórzmy gimnazja przy liceach, program "dla wszystkich taki sam" obejmuje trzy klasy gimnazjum i jedną liceum, dwie ostatnie klasy to kształcenie z zakresu polskiego, matematyki i języka obcego oraz w rozszerzonym (o wiele bardziej niż dzisiaj) stopniu wybranych przez ucznia przedmiotów, które będzie zdawał na maturze. Co ważne, jeśli ktoś wybiera przedmioty matematyczno-przyrodnicze będzie miał także zajęcia rozwijające z zakresu nauk humanistycznych i odwrotnie, humaniści będą uczyli się czegoś, co nazwałabym fizyką stosowaną:) przydatną w życiu codziennym. Pomyśl o tym, brzmi prawie jak 6 lat liceum:)
Trzymam kciuki za wszystkich "profesorów" z liceów, którzy podejmą marketingowy trud przyciągnięcia uczniów i dzielnie stawią czoła  czternastolatkom, których nie wolno skreślić z listy uczniów albo zaproponować świadectwa do następnej klasy, pod warunkiem zmiany szkoły.
Wiem, że w liceach bywają wspaniali nauczyciele i że mój opis jest uproszczeniem, ale czy nie jest uproszczeniem, a nawet nadużyciem etykietka "gimnazjum to zła szkoła"? Powiedz to nauczycielom i uczniom z Gimnazjum w Olsztynie k/Częstochowy, gdzie byłam w sobotę na nadaniu szkole imienia Kaspra Karlińskiego. Spróbuj poznać kilka gimnazjów, zobacz, ile świetnych rzeczy tam się dzieje! I przestań tęsknić do anachronicznego systemu, nieodpowiadającego dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości!

 

 

iza leszczyna


 

2010-03-14 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


7 marca 2010

Zapowiedzi programowe PiSu przypominają jako żywo słowa piosenki Wojciecha Młynarskiego: "Co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie, co by tu jeszcze spieprzyć?"
Prawo i Sprawiedliwość ma na to pytanie kilka gotowych odpowiedzi, bo przecież zawsze znajdzie się coś do zepsucia, np. gimnazja. A co szkodzi zapowiedzieć ich likwidację? Naród z wdzięcznością przyjmie takie deklaracje, bo przecież "wszyscy" mówią, że w gimnazjach źle się dzieje, że praca w nich jest trudna, że młodzież w wieku szalejących hormonów, że zróżnicowana intelektualnie, a liceum przez to za krótkie, nie sposób uczniów przygotować do matury, itd. itd...
Co szkodzi utrwalić ten stereotyp, jeśli wdzięczni rodzice i nauczyciele staną się zwolennikami nowej idei i zagłosują na partię antygimnazjalną? Kalkulacje PiSu są takie: można liczyć na tych z liceum, są najbardziej konserwatywni, a niektórzy wciąż tęsknią do starego porządku i do starej matury, bo taka ambitna była i nieogłupiająca, sami uczyli, sami sprawdzali, a że na studia się abiturient nie dostał? to zupełnie inna bajka, bo przecież uczelnie mają swoje wymagania. Nauczyciele gimnazjum też mogliby zasilić elektorat, bo kto chciałby pracować w trudnych warunkach, jak mógłby w łatwych? mam nadzieję, że wnioski po dyskusji na kongresie PiSu rozwieją moje wątpliwości co do konkretów. Choć chyba nie jest ważne, czy ta zadyma przybiera jakiś kształt realny, bo i tak nie zdąży się zmaterializować, jak większość zapowiedzi byłego ministra edukacji w rządzie PiS. Wstyd mi jednak za polityków, którzy za nic mają fakty, wyniki badań, a wreszcie zdrowy rozsądek, bo jak można mówić, że zlikwiduje się szkołę, która od dziesięciu lat jest elementem systemu edukacyjnego. Systemu, który po raz pierwszy wprowadził Polskę na salony świata, salony, gdzie dyskutuje się o wynikach i osiągnięciach uczniów, gdzie mierzy się przyrost wiedzy i umiejętności. To gimnazjum  właśnie jest pierwszą szkołą, która dała szansę na wyliczenie, czy uczeń, który przychodzi z podstawówki rozwinął się w tej szkole, czy raczej "zwinął". I ten pomiar dotyczy każdego ucznia, zdolnego, słabszego i całkiem słabego także. To jest wielkie, właściwie bez przesady można powiedzieć, dziejowe osiągnięcie! 
PiS mówi o przywróceniu szkole wymiaru ogólnokształcącego. Przecież to gimnazjum właśnie wydłuża o rok kształcenie ogólne. Dawniej, po ośmioletniej podstawówce, część młodzieży szła do zawodówek, dzisiaj idą tam uczniowie po dziewięciu latach nauki, a nie po ośmiu! Dzięki wydłużeniu kształcenia ogólnego o rok nasze piętnastolatki osiągają o wiele wyższe wyniki w międzynarodowych testach PISA (Programme for International Student Assessment) prowadzonych w krajach OECD niż osiągały w starym systemie edukacyjnym. Trzeba złej woli, żeby tego nie widzieć! Nie da się znaleźć usprawiedliwienia dla partii politycznej, która chce powrotu do gorszych rozwiązań. Nie ma usprawiedliwienia dla populizmu i demagogii w dziedzinie tak istotnej i delikatnej, jak edukacja.
Gimnazja potrzebują wsparcia, to fakt, potrzebują wyszkolonych pedagogów, dobrych psychologów, efektywnie funkcjonujących poradni psychologiczno-pedagogicznych, potrzebują wreszcie wyjątkowych, świetnie przygotowanych nauczycieli - dydaktyków i wychowawców jednocześnie. Żeby osiągnąć taki stan,  nie wolno w koło powtarzać, że gimnazjum jest złe, bo to, jak samospełniająca się przepowiednia! Nie wolno też utrzymywać wrażenia  tymczasowości tej szkoły, to nigdy nie służy jakości, raczej ją pogarsza.
Nie wolno wreszcie dążyć do stworzenia jednej szkoły, do której będą chodziły sześciolatki i piętnastolatki. Co łączy sześcio- i piętnastolatka? Szkoła ma być bezpieczna dla malucha i interesująca dla nastolatka i taką ewolucję programowo-organizacyjną zaproponował MEN. Ewolucję, w której gimnazjum ma zbliżyć się do liceum, a oderwać od podstawówki, a nie odwrotnie!
I ostania już uwaga: gimnazja nie są takie same, są różne i mają, jak wszystkie szkoły, różne problemy. Problemy mają też szpitale, czy to znaczy, że mamy je zlikwidować?

 

iza leszczyna
 

2010-03-07 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


4 marca 2010

I znowu góra urodziła mysz :(( Narodowa Rada Rozwoju obradująca ponad pięć godzin w Pałacu Prezydenckim rozeszła się z....niczym. Miało być merytorycznie, a było, jak zwykle: trochę piany, wiele ogólników i profesorskiego górnego C. Nie to, żebym nie lubiła debat naukowych na temat roli państwa i zadań rządu wobec obywateli. Lubię, ale na uczelniach i podczas seminariów, a nie na posiedzeniu gremium, które mieni się być ciałem doradczym Prezydenta RP!!! Doradcy w chwilach trudnych (a deficyt przecież duży, dług publiczny jeszcze większy, PKB choć wciąż rośnie, to nie w takim tempie, żeby ekonomiści spali spokojnie) powinni szukać racjonalnych i konstruktywnych rozwiązań, a nie trwonić czas, za który płacą podatnicy, na akademickie dyskusje o istocie państwa! Zresztą niechby Prezydent (w końcu profesor) spotykał się z innymi profesorami, prowadząc intelektualne dyskusje, tylko niech nie nadaje temu rangi wydarzenia politycznego brzemiennego w pozytywne dla Polski skutki. To raczej jest wydarzenie towarzyskie i jako takie oceniam je pozytywnie. Szkoda tylko, że I Pakiet Reform z Planu Rozwoju i Konsolidacji Finansów, który był bodaj jedynym konkretem podczas spotkania, nie doczekał się nawet merytorycznego komentarza. No bo nie jest merytoryczną opinią stwierdzenie, że kierunki są może słuszne, ale Prezydent odniesie się dopiero do projektów ustaw! Te kierunki spisano na 20 stronach i każdy, kto tworzył prawo (a Lech Kaczyński był posłem, ministrem, więc wie, jak to się robi) ma świadomość, że istota zawarta jest właśnie w założeniach, bo o konkretne artykuły możemy spierać się później w Sejmie, ale to, na czym ma polegać zmiana określa się na wejściu w proces legislacyjny. Czy Prezydent chce, żeby sztaby urzędników pracowały nad rozwiązaniami, które on jednym podpisem wyrzuci do kosza? Nie stać na to Polski. Więc może niech Prezydent zaproponuje coś w zamian, skoro 12 mld. z I Pakietu, to dla niego za mało, bo potrzeba 50 mld! Prezydent hołduje zasadzie wszystko albo nic! Jak nie ma sposobu na znalezienie od ręki 50 mld. to po te 12 się nie schylajmy, szkoda fatygi! To filozofia mniej więcej taka: jestem komuś winna 1000 zł., ale mam tylko 300, więc kupię sobie perfumy, bo przecież i tak nie mam na spłacenie całego długu! Pogratulować myślenia ekonomicznego! No ale już raz w Sejmie mieliśmy okazję słyszeć rady Pana Prezydenta na kryzys. Spuśćmy jednak na nie łaskawą zasłonę milczenia!

 


iza leszczyna


 

2010-03-04 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


27 lutego 2010

Święte oburzenie, bo przecież Polska to nie "dziki kraj". Niemal każdy poproszony o komentarz polityk uznał za stosowne odciąć się od tych STRASZNYCH słów. Bo przecież "ojczyznę kochać trzeba i szanować, nie deptać flagi i nie pluć na godło", tyle tylko, że w ustach lidera T LOVE brzmi to zwyczajnie, a przez to autentycznie, w ustach polityków pobrzmiewa fałszywa nuta... Czyżby chodziło tylko o poprawność polityczną? Tę wielką ideę, u źródeł której leżało przekonanie, że będzie służyć tolerancji i wyzwalać w ludziach szacunek wobec siebie bez względu na wielość różnic między nami? Szkoda, że dzisiaj poprawność polityczna to wymówka, którą niektórzy politycy przykrywają swoją małość i tchórzostwo. W najlepszym razie poprawność polityczna jest narzędziem służącym do zdobywania poklasku wyborców. No bo czy nie pięknie brzmią słowa: Jestem dumny/dumna z Polski, Polska nie jest dzikim krajem, to piękny, duży kraj leżący w centrum Europy. Nic ująć, a dodać można tylko: Niech żyje Biało-Czerwona!!! Tak, koniecznie trzeba zaznaczyć swój wielki patriotyzm, szczególnie wielki na tle braku patriotyzmu Drzewieckiego. No bo co to za patriota, któremu cierpienie po śmierci matki odbiera jasność widzenia, a nawet rozum na tyle, że szkaluje własny kraj? Na dodatek gra w golfa i to na Florydzie. Czy tak postępują dobrzy Polacy?
Szkoda, że większość komentatorów nie zwróciła uwagi, że wydarzeń niepolitycznych nie powinno się opatrywać komentarzem politycznym. Tu trzeba raczej psychologa lub terapeuty. Wywiad Drzewieckiego z Florydy nie miał charakteru politycznego, to nie był wywiad ministra ani nawet członka PO, to była wypowiedź człowieka dotkniętego traumą. Nie ma sensu zastanawiać się i analizować, czy to są oskarżenia sensowne i racjonalne. Bo poczucie krzywdy nigdy nie jest racjonalne, zawsze jest emocjonalne i subiektywne.
Nie jestem psychologiem, więc nie będę silić się na psychoanalizę przypadku pt. "Drzewiecki",  choć zwyczajna ludzka empatia każe mi współczuć. Jestem politykiem i myślę, że jedyny sensowny komentarz polityczny do tego wydarzenia może być taki: Platforma Obywatelska wie, że ludzie oczekują od elit rządzących, że będą, jak żona cezara. I jesteśmy, jak żona cezara: Mirosław Drzewiecki nie jest już ministrem sportu i nie jest skarbnikiem PO. Co jeszcze mamy zrobić? Zastrzelić Drzewieckiego, żeby uczynić zadość świętemu oburzeniu opozycji? A może wystarczy panom Napieralskim i Putrom przypomnieć słowa Fredry "Znaj proporcję, mocium panie."

Aby zapoznać się z materiałem filmowym  KLIKNIJ.

 



iza leszczyna

 

2010-02-27 Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu

 
   
Strona główna | Prywatnie | Niecodziennik | Kontakt


© Copyright Izabela Leszczyna 2010            Wszelkie prawa zastrzeżone
             Osób online: 6

             Design by: Studio Manifesto