Piątek, 30 lipca 2010 r.
 
  Strona główna » Blog niecodziennik » Wszystkie wpisy
Oficjalnie »
Prywatnie »
Niecodziennik
Kontakt »
Portale Społecznościowe »
Oficjalnie
Prywatnie
Niecodziennik
Blog

28 maja 2008

Vive la Pologne, vive la France - powiedział prezydent Nicolas Sarkozy w Sejmie RP. To przyjazna retoryka dyplomatyczna. Ale już obietnica otwarcia granic dla "polskiego hydraulika" i wsparcia Polski w trudnej batalii o własny rozwój, do którego potrzebna jest energia, a tę nasz kraj czerpie przede wszystkim z "brudnego" węgla (emisja CO2) to już konkrety dobrze wróżące wzajemnym, polsko-francuskim, relacjom.
I znowu są tacy, którzy twierdzą, że Sarkozy na krótko przed prezydencją Francji w Unii Europejskiej szuka sojuszników. Z pewnością są mu potrzebni, tym bardziej, że Francja od zawsze rywalizuje z Niemcami o wpływy i znaczenie, na szczęście dzięki projektowi politycznemu, jakim jest Unia, może to być rywalizacja pokojowa. Ale co złego w dobrych stosunkach z Francją, jeśli oba te kraje mogą na tym zyskać? Powiedział to sam Sarkozy, nazywając nasze relacje "wzajemną przyjaźnią, która w trzecim nie szuka wroga".


Sarkozy ma poczucie humoru:)) Nie omieszkał powiedzieć, że Polska jest krajem, z którym Francja nigdy nie była w stanie wojny. Powtórzył to, śmiejąc się, że nie mógłby takiego zdania powiedzieć w parlamencie żadnego innego kraju europejskiego.


No i przede wszystkim ma cechę bezcenną dla polityka, a właściwie każdego człowieka, ma dystans do samego siebie.
Wychodząc pomachał do posłów dłonią, nasz Prezydent też:))

iza leszczyna

2008-05-28 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


23 maja 2008

W obronie  Prezydenta Lecha Wałęsy

"Chodzi mi o interes Polski w świecie. Wałęsa jest chlubą Polski. Występuję przeciw akcji, w której są ludzie palący kiedyś kukłę prezydenta": - wyjaśnia w rozmowie z DZIENNIKIEM Bartoszewski.
Jak zawsze, pod słowami profesora, mogę się podpisać. Głos Wildsteina, Bugaja, a nawet prof. Staniszkis w obronie badań naukowych rozumiem, ale nie do końca wierzę w szczerość intencji, choćby z powodu wspierania przez sygnatariuszy tego listu poprzedniego rządu, a więc rządu tych, co palili kukłę Wałęsy:((

I nie chodzi mi o to, że o Lechu Wałęsie można mówić tylko dobrze, jestem przekonana, że można z nim polemizować, można i trzeba pytać, czy dało się inaczej, lepiej, mądrzej wywalczyć wolną Polskę? Ale jestem przekonana też o tym, że nie wolno oskarżać Go o kolaborację. Jeśli ktoś to robi, to znaczy, że nie zna historii Polski, że przeoczył dość istotny, moim zdaniem,  fakt obalenia komunizmu właśnie w naszym, a nie innym kraju, właśnie przez Lecha Wałęsę. To oczywiście uproszczenie, ale tym uproszczeniem posługuje się cały świat, więc jeśli zabierzemy światu Wałęsę, zabierzemy szczególną rolę, jaką w walce z największym totalitaryzmem XX wieku odegrała Polska, a to byłoby dla naszego kraju, dla nas Polaków niesprawiedliwe. Więc jeśli ktoś nie lubi Wałęsy, to niech z nim polemizuje, ale nie niszczy Go, bo i tak nie ma takiej siły, która by Wałęsie odebrała zaszczytne miejsce w historii (jakkolwiek patetycznie to zabrzmi, tak właśnie jest), możemy tylko ośmieszyć się trochę na arenie międzynarodowej, a przecież dopiero od paru miesięcy nadrabiamy zniszczenia w tym zakresie:))
Pamiętam, jak moja Kasia, gdy była mała, zadawała mi, zdawałoby się, proste pytanie: "Mamusiu, jak to jest, bo mi się myli: Wałęsa jest dobry, a Jaruzelski zły, czy odwrotnie?" Oczywiście, można powiedzieć, że Polska to nie Dziki Zachód widziany oczami reżyserów, a prawdziwi ludzie to nie czarno-biali bohaterowie westernów, że świat nie jest ani czarny, ani biały, że są raczej odcienie szarości, że nic nie jest proste i jednoznaczne,itd...ale dzieciom trzeba odpowiadać na pytania! I choćby, nie wiem jak długo tę złożoność wyjaśniać, na końcu pojawi się zawsze: "Acha dobrze, to już pamiętam, Wałęsa był dobry, bo walczył z komuną, a Jaruzelski zły, bo wprowadził stan wojenny."

 Problemem jest to, że duża część społeczeństwa (nie tylko polskiego) pozostaje w postrzeganiu skomplikowanej rzeczywistości społecznej na poziomie dziecięcych pytań i, z konieczności, uproszczonych odpowiedzi. Czy chcemy doprowadzić do sytuacji, że dzisiejszym dwudziestolatkom, znającym najnowszą historię Polski z książek i przekazów medialnych, zacznie mylić się Wałęsa z Jaruzelskim? No bo przecież o jednym i drugim czytamy w różnych publikacjach, że  "ratowali kraj", o jednym i drugim słyszymy (a za miesiąc będziemy mogli przeczytać o Wałęsie w książce Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka), że "zdradzili".
I jeszcze jedno. Ważna wydaje mi się także odpowiedź na pytanie: czy, żyjąc w brudnych czasach, można pozostać czystym? Odpowiedź "TAK" tylko z pozoru jest oczywista; bo z jednej strony, można przecież zbudować swój własny świat, nigdy nie zamienić nawet słowa z oprawcą, spać spokojnie, mówiąc: "mam czyste ręce". Ale czy wtedy da się  świat zmienić na lepsze?
Myślę, że od czystości rąk, ważniejsza jest czystość sumienia, a tej Lech Wałęsa nie musi nikomu udowadniać, wystarczy, że rozejrzymy się wkoło i zapytamy siebie samych: jak wyglądałaby dzisiaj Polska, gdyby nie było Wałęsy?

iza leszczyna

p .s. a gdyby zaprzyjaźnieni ze mną historycy: Aśka B. i Zbigniew B. (B nie zawsze znaczy to samo) skomentowali zamieszanie wokół niewydanej książki pracowników IPN, byłoby miło:))
2008-05-23 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


1 maja 2008

Co zrobić z tą majówką? Grill na wsi, Festiwal Gaude Mater, zaległości w pismach w sprawie..., normalna książka, cokolwiek, co nie jest Traktatem z Lizbony albo Regulaminem Sejmu, kolorowe magazyny z dietami odchudzającymi, modą i (co nie jest logiczne) przepisami na różne pyszne rzeczy do jedzenia:)) Coś trzeba wybrać i na coś się zdecydować, zawsze mam problem z podejmowaniem decyzji w sprawach nieistotnych, jak wybór dania, gdy jem w restauracji. O wiele lepiej podejmuje mi się decyzje ważne, które niosą jakieś poważne  konsekwencje, wtedy zwykle wiem od razu albo prawie od razu:))
Szkoda tylko, że na majówkę nie udało się MENowi podjąć decyzji w sprawie zadania nr 32. Myślę, że ustalenie winnych jest sprawą wtórną. Zgadzam się z tym, że skrajną nieodpowiedzialnością było nieprzeczytanie z uczniami lektur z podstawy do czasu egzaminu i że powinno się wyciągnąć konsekwencje, ale karać nauczycieli można później (tym bardziej, że będę się upierała, że sąd by ich uniewinnił, bo dla sądu liczy się zapis w rozporządzeniu o standardach, a nie zdrowy rozsądek lub jego brak) teraz jest czas na rozwiązanie problemu uczniów, tym bardziej, że do końca nie wiadomo, ilu ich jest.

Jestem przekonana, że najlepszym rozwiązaniem byłoby unieważnienie zadania 32 w całym kraju, tzn. podstawą rekrutacji byłyby 34 punkty z części humanistycznej, a nie 50 punktów, ponieważ dotyczyłoby to całej populacji 2008 r., to nikt nie byłby pokrzywdzony. A uczniowie, którzy napisali bardzo dobrze to zadanie? Pięcioletnie doświadczenie przewodniczenia Zespołowi Egzaminatorów, który sprawdzał prace egzaminacyjne mówi mi, że ci uczniowie świetnie radzą sobie także z zadaniami wcześniejszymi, bo zadanie ostatnie jest dla gimnazjalistów zwykle najtrudniejsze. Unieważnienie wątpliwego, z punktu widzenia obiektywizmu egzaminacyjnego, zadania jest dopuszczalnym metodologicznie zabiegiem w pomiarze dydaktycznym. A standardy są do zmiany i koniec!!!
Miłego weekendu:)

iza leszczyna

2008-05-01 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


27 kwietnia 2008
Dziwnie brzmią dzisiaj okrzyki obrońcow obszernego kanonu lektur, który obejmowałby wszystko, co warto w życiu przeczytać, czy choćby to, co przeczytać się powinno.

No bo, jak rozbudowywać kanon lektur obowiązkowych, jeśli problem stanowi przeczytanie i omówienie w gimnazjum pięciu(!) lektur w całości? Oczywiście dotyczy to tylko części uczniów, a raczej nauczycieli, tzn. przyczyna leży po stronie nauczycieli, ale skutek, niestety, po stronie uczniów.
Autorytety większe i mniejsze szukają winnych tego, że kilkuset (a może więcej?) uczniów nie napisało charakterystyki jednego z bohaterów "Syzyfowych prac" lub "Kamieni na szaniec". Dyrektor CKE uważa, że należy "ukarać nauczycieli, którzy nie zrealizowali podstawy programowej", bo jest to obowiązek nauczyciela wynikający, m.in., z art. 3 Ustawy o systemie oświaty. Niby tak, nawet na pewno tak, ale wina nie leży tylko po stronie nauczycieli. Kluczowe dla konstruktora testu egzaminacyjnego są standardy wymagań egzaminacyjnych, to w nich powinno być napisane, jak w standardach maturalnych, że uczeń ma znać teksty lektur z podstawy programowej. Tymczasem takiego zapisu w standardach nie ma. Co to znaczy? Hipotetycznie, że nauczyciel może zaplanować omawianie ww. lektur na maj. To oczywiście nie najlepiej albo nawet źle świadczy o tym nauczycielu, ale gdyby sąd miał orzekać o winie lub niewinności, myślę, że raczej nauczyciela by uniewinnił. Kogo zatem należy "skazać"? Za jakość egzaminów odpowiada Centralna Komisja Egzaminacyjna, więc ona powinna czuwać, by wszystko było lega artis. Niestety to kolejna, po fatalnej dla polskiej szkoły amnestii maturalnej (o której pisałan w blogach sprzed dwóch lat) wpadka CKE.
Nie wiem, bo dzisiaj nikt jeszcze nie wie, jaką decyzję podejmie obecna minister edukacji, jedno jest pewne: konsekwencji nie mogą ponosić uczniowie. Wina rozkłada się na nauczycieli, którzy nie omówili lektur, ich dyrektorów, którzy nie monitorowali planów dydaktycznych, nieprofesjonalny nadzór pedagogiczny, który powinien kontrolować realizację podstaw programowych i nie wiadomo dlaczego tego nie robi, a także na CKE, która pozwoliła w teście umieścić zadanie, odwołujące się do szczegółowej znajomości lektury, choć takiego wymagania nie ma w standardach.
Pewne jest jeszcze i to, że niespójność podstawy i standardów wywołuje zamieszanie i dlatego rezygnacja ze standardów i napisanie podstawy programowej językiem wymagań jest dobrym pomysłem Ministerstwa Edukacji. Jeśli wszystko będzie precyzyjnie zapisane i nie "na wyrost", życzeniowo, ale realnie i konkretnie, może uczniowie zaczną chętniej czytać?

iza leszczyna

2008-04-27 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


24 kwietnia 2008

Myślałam, że to jakieś dejavu, że cofnęłam się w czasie i czytam Trybunę Ludu z lat pięćdziesiątych, bo propaganda  brzmi tak samo topornie, jak za czasów Gomułki. Ale to nie Trybuna, to tylko ostatni "Głos Nauczycielski", a w nim rozmowa z politologiem dr. Rafałem Chwedorukiem. Możemy dowiedzieć się z niej, że: "osią ideologii rządu PO jest radykalnie antyegalitarna wizja życia społecznego". No cóż, jak dla mnie, brzmi tylko trochę lepiej niż: "ośrodki imperialistyczne i reakcyjne podziemie chcą zawłaszczyć środki produkcji, które należą do mas" (Trybuna Ludu, 1953).
Sądziłam, że to jakiś słabszy intelektualnie moment pana doktora, ale dalszy ciąg nie pozostawił złudzeń:

"Będzie następowała elitaryzacja nauczania (...) Zatem ta selekcja w oświacie, która już się odbywa poprzez testy i egzaminy na różnych etapach edukacji, osiągnie swoje apogeum." Przeczytałam to zdanie kilka razy, nie wierząc własnym oczom! Chciałam zrozumieć, co autor miał na myśli. Ale nie rozumiem, bo o co właściwie chodzi? Mamy wrócić do punktów za pochodzenie? (młodym czytelnikom wyjaśniam, że dawno temu, w czasach PRLu, gdy było się dzieckiem chłopa lub robotnika dostawało się dodatkowe punkty podczas rekrutacji na studia). Obiektywne, zewnętrzne egzaminy, które są obecne w zdecydowanej większości systemów edukacyjnych wysoko rozwiniętych krajów świata, przez pana doktora są postrzegane jak coś w rodzaju "zaplutego karła reakcji". Takie właśnie myślenie sprawiło, że, w czasach szczęśliwie minionego ustroju, pomiar dydaktyczny w ogóle w naszym kraju nie istniał.

Na koniec pan doktor roztoczył czarną wizję przyszłości przed zawodem nauczycielskim, a gdy zdruzgotany tą kasandryczną wiadomością redaktor zapytał: CO ROBIĆ??? usłyszał:
"W tej sytuacji wzrasta rola działaczy związkowych, tzw. aparatu. To ten, wydawałoby sie przebrzmiały aparat, musi być organizatorem protestów." Uff, jak dobrze, że wiemy, kto jest mężem opatrznościowym polskich nauczycieli.

Brakowało tylko  zdania:

Niech żyje nam towarzysz Stalin, co usta słodsze ma od malin


iza leszczyna

2008-04-24 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


22 kwietnia 2008

godz. 17.00

A ja myślę, że prawie wszystko powinno być prywatne. Przecież to truizm, że o swoje dba się najlepiej, obojętne, czy to jest torebka, bank czy szpital. Pewnie, że jeśli wszędzie widzi się złodzieja, to trudno spokojnie myśleć o oddaniu służby zdrowia w jego ręce, ale na świecie jest, na szczęście, mniej złodziei  niż ludzi uczciwych.
Przy okazji spotkania wójtów reprezentujących kilkadziesiąt gmin województwa śląskiego z ekspertem od prawa energetycznego - doradcą Parlamentarnego Zespołu ds. Energetyki, które zorganizowałam w Biurze Parlamentarnym PO, zastanawialiśmy się, między innymi, nad dwiema sprawami:
- po pierwsze, czy nie lepiej byłoby sprywatyzować rynek energetyczny, bo tylko wtedy jest możliwe zlikwidowanie przywilejów monopolisty, jakie niewątpliwie ma ENION (ale już słyszę krzyk: przecież to STRATEGICZNY RESORT GOSOPDARKI, wiec musi pozostać kontrolowany przez państwo)
- po drugie (a to akurat na odwrót:), czy nie warto byłoby przekazać/oddać infrastrukturę energetyczną (słupy, itd...) samorządom, bo te mają tylko kłopot z majątkiem, który, z jednej strony muszą utrzymać, ponosząc koszty bieżących napraw, a z drugiej, nie mogą w niego inwestować, bo to "obcy środek trwały"
Jaki będzie efekt "walki" gmin z Enionem trudno dzisiaj przewidzieć, mam nadzieję (powinnam raczej napisać: zrobię wszystko, żeby...) że ustawy zmienią się przynajmniej tak, że ich zapisy wzajemnie nie będą się wykluczały.
Światełkiem w tunelu jest to, że głos płynący z samorządów jest silny i słychać go na Wiejskiej i jeszcze to, że niektórzy posłowie doskonale rozumieją trudną sytuację gmin, bo sami byli samorządowcami.

Chciałabym napisać jeszcze o lekturach, ale musiałabym chyba użyć brzydkich wyrazów, a przecież tego zrobić nie mogę:)) Idę więc na spotkanie z Panią Minister Hall dodać Jej trochę otuchy, bo przecież naiwnością było myśleć, że lista lektur wszystkim się spodoba.

godz. 23.00

Lubię Platformę. To dobrze, bo co zrobiłabym, gdybym jej nie lubiła? Musiałabym zmienić partię, bo poseł tzw. "niezależny"  to poseł nieskuteczny, więc jeśli chce się mieć realny wpływ na rzeczywistość, trzeba funkcjonować w partii politycznej:(( (ta niezadowolona buzia znaczy, że to ma także swoje ograniczenia:).
Ale lubię posiedzenia Klubu PO, na których kłócimy się i mamy pretensje do ministrów, że za wolno spełniają obietnice wyborcze. Ministrowie odpowiadają, że ogrom zaniedbań z ostatnich lat (nie tylko pisowskich, ale jeszcze tych po partii Leszka Millera) jest ogromny, że opór społeczny wobec reform, np. finansów publicznych, która musi znaczyć zaciśnięcie pasa i rezygnację z niektórych, wyjątkowo szczodrze rozdawanych w Polsce, świadczeń socjalnych, jest zbyt duży, a przecież rząd musi reprezentować interesy wszystkich Polaków, itd...
Bywa trudno, szczególnie gdy koledzy z Klubu krytykują listę lektur, której nawet nie przeczytali w całości, a w dodatku nigdy nie stali w klasie przed trzydziestoma młodymi ludźmi, którzy mają tysiąc powodów, dla których NAPRAWDĘ nie mogli przeczytać "Pana Tadeusza".
Ale damy radę, tym bardziej że reforma programowa, proponowana przez MEN, to nie rewolucja, ale raczej zapisanie w prawie oświatowym tego, co w dobrych szkołach dzieje się i tak, tyle że niezgodnie z prawem.

No i cieszę się z zapowiedzianej przez premiera prywatyzacji, lista mogła być dłuższa, ale od czegoś trzeba zacząć;)


iza leszczyna

2008-04-22 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


17 kwietnia 2008

Politykom wydaje się, że kluczowe dla przyszłości Polski, dla kondycji edukacji i młodego pokolenia Polaków są lektury, które zapiszemy jako obowiązkowe i w dodatku do przeczytania w całości. A to nieprawda.
Od co najmniej 10 lat mądrzy ludzie usiłują przebić się do świadomości społecznej z ideą kształcenia umiejętności, a nie wkuwania wiadomości. I niby wszyscy, nawet poloniści, zgadzają się, że taka jest konieczność, taki jest wymóg naszych czasów, bo ogrom informacji z każdej dziedziny i ciągły postęp wiedzy z różnych przedmiotów przerasta możliwości percepcji normalnego człowieka/ucznia. Wszyscy się zgadzamy do momentu, w którym konieczne "cięcia" dotyczą przedmiotu nam bliskiego. Poloniści nie mogą zrozumieć, że program nauczania to nie worek bez dna (dla wtajemniczonych - jamnik prof. Niemierki).

Przykład:

Pisałam maturę w 1981 r., wtedy z literatury współczesnej "przerabiało się" Różewicza, Andrzejewskiego, Białoszewskiego. I koniec, socrealizmu nam oszczędzono, ale pozwolenia na Barańczaka i Zagajewskiego jeszcze nie było. A więc kończyliśmy poznawanie literatury na latach pięćdziesiątych/sześćdziesiątych. Dzisiaj mamy rok 2008. To, co wydarzyło się w literaturze (nie tylko polskiej przecież) to cała epoka. Jak mamy zmieścić ją w programach nauczania, jeśli nie "wyrzucimy" czegoś z lat poprzednich? Czy zgadzamy się na to, że literatura współczesna, a więc bliska doświadczeniom młodych ludzi, w ogóle nie będzie objęta programem nauczania?
To samo dotyczy historii: podręcznik mojej Kasi kończył się na latach osiemdziesiątych (ilustracjami kartek na mięso), czy to znaczy, że historyk ma opuścić najważniejsze lata współczesnej historii Polski- czasy powstawania demokracji, drogę dojścia do NATO i UE i pozwolić, żeby prezesi TVP typu Kwiatkowski czy Urbański kształtowali świadomość historyczno-patriotyczną osiemnastolatków? Bo przecież ilość godzin historii się nie zmienia, a lekcja trwa ciągle 45 minut i nie da się tego zmienić, bo doba też nie chce mieć więcej niż 24 godziny:((
Nie ma innego wyjścia, trzeba dokonywać trudnej, czasem kontrowersyjnej selekcji informacji, faktów, tekstów literackich!!!

Można być dobrym Polakiem, gdy przeczyta się jeden dramat romantyczny, a nie trzy. Można być dobrym Polakiem, gdy przeczyta się fragmenty Sienkiewicza, a cały kontekst historyczno-społeczno-literacki wybrzmi przy okazji omawiania pozytywizmu!!! I tak tylko kilkoro uczniów z klasy czyta całość, reszta musi sięgać po bryki, bo nie jest w stanie przeczytać wszystkiego. Świat się zmienił, nie zawsze tak, jakbyśmy chcieli. Dzisiaj uczniowie nie mają tyle czasu, co kiedyś, biegną na dodatkowy język, taniec, tenis, muzykę, siłownię albo "wchodzą" do internetu. Nie zmienimy tego. Możemy narzekać na dzisiejszą młodzież:) Krzyczeć: O tempora, o mores! Ale to nie rozwiąże problemu.
Niech politycy, którzy nie znają się na szkole, przestaną się do niej wtrącać. Moi koledzy z Klubu PO też!!!

iza leszczyna

p.s. a kanon lektur powinien objąć kilkanaście tekstów, a nie kilkadziesiąt, pamiętajmy, że, na szczęście, i tak wszyscy mogą czytać wszystko, ale maturzyści to nie literaturoznawcy

2008-04-17 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


15 kwietnia 2008

1. Nie zapomniałam, że piszę bloga.
2. Nie przytłoczyła mnie myśl, że jeśli Jan Rokita odkrył internet, to na moją stronę nikt nie zajrzy.
3. Nie lekceważę moich wyborców i czytelników, co moimi wyborcami nie są (bo przecież może będą?:)
4. Nie wyjechałam na wakacje na Malediwy.

To odpowiedzi na kilka maili, w których dostało mi się za długie niepisanie.

No to się tłumaczę:
Kasia była w szpitalu przez tydzień i zabrała mi laptopa z internetem, w sejmie nerwowo, bo trzeba było wyjaśniać Pani Rzecznik Praw Dziecka, dlaczego nie nadaje się do pełnienia tej funkcji, a poza tym musiałam zgłębić tajniki metodyki języka obcego w kształceniu zintegrowanym, bo obawiam się, czy doskonały skądinąd pomysł MEN, żeby wszystkie małe dzieci uczyły się języków, nie zderzy się ze ścianą szkolnej rzeczywistości, tzn. z brakiem nauczycieli, którzy nie tylko znają  język, ale znają także szczególne potrzeby całkiem małego człowieczka, bo potrzeby małego człowieczka sa dużo większe od potrzeb całkiem dużego człowieka.

Do tego jeszcze sprawa umów dotyczących utrzymania i remontu infrastruktury energetycznej między Enionem a gminami położonymi wokół Częstochowy, a i samą Częstochową też, którą to sprawę chciałabym pomóc rozwiązać, bo bezczynne oczekiwanie na zmiany legislacyjne (zresztą niezbędne) nie jest najlepszym pomysłem. No i to wszystko razem sprawiło, że nie było bloga :(

Tymczasem przyszła wiosna, pora postanowień, więc oprócz postanowienia, że będę w każdy weekend chodziła pieszo po Jurze, a każdy dzień zaczynała od gimnastyki, postanawiam, że będę pisała regularnie, bo nie ma nic gorszego niż niesłowny polityk :)

iza leszczyna
2008-04-15 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


24 marca 2008

Święta, święta...
Od Wielkiego Czwartku nie odbierałam poczty, nie słuchałam wiadomości, nie odpowiadałam na maile. Niestety czas Wielkiej Nocy to tylko kilka dni, liczony z  Triduum aż pięć, ale i to się kończy. Czas wracać do codzienności, jeszcze tylko dzisiejszy obiad dla Rodziny, której najmłodszą część trudno było utrzymać do Lanego Poniedziałku, bo świat Krakowa i Warszawy woła, a wołanie świata zewnętrznego w pewnym momencie życia jest silniejsze niż wołanie matki na, np. kaczkę, choćby podaną z tagliatelle w pysznym grzybowym sosie:(
Jak mówi Kasia (a przejęła ten zwrot od zaprzyjaźninego stomatologa): co zrobisz? życie.
Było jednak trochę polityki w świątecznych smsach. Właściwie w jednym, ale ponieważ był od przyjaciela, to trochę zamieszał w radosnych i spokojnych kurczakowo-mazurkowo-pisankowych świętach. Przyjaciel-lekarz upomniał się o kolegów z Radomia źle potraktowanych przez zły platformiany rząd.
Nie ma jednoznacznych odpowiedzi na pytanie czyja to wina? Prawda, jak zawsze, leży sobie gdzieś pośrodku, nie chcę też mądrować się na temat służby zdrowia (a przepraszam: ochrony zdrowia) bo nie znam się na tej dziedzinie tak dobrze, jak na edukacji. Myślę tylko, że skoro poprzednie rządy nie zreformowały systemu ochrony zdrowia (przede wszystkim szpitalnictwa), a ten rząd chce (niech będzie: musi) to zrobić, to ci, którzy ten system tworzą, powinni spojrzeć szerzej niż przez pryzmat tylko pensji lekarza, bo ona jest wypadkową funkcjonowania całego systemu. Argument niskich zarobków w stosunku do kolegów lekarzy z krajów Unii nie może być szantażem. Nauczyciele w Polsce także zarabiają dużo, dużo mniej niż nauczyciele w Irlandii. Jesteśmy biednym krajem, czy nam się to podoba, czy nie.
W tym momencie może jednak warto, żeby nauczyciele zdobyli się na taką refleksję: czy na pewno osiemnastogodzinny tydzień pracy, zapisany w anachronicznej Karcie Nauczyciela, służy interesom tej grupy zawodowej? Czy daje nauczycielom argumenty w walce o wyższe zarobki? Przy tygodniowym wymiarze pracy lekarza nauczyciel wypada dość blado, a nie sposób wciąż powtarzać, że drugie tyle pracuje w domu, bo choć to prawda, to innym grupom zawodowym trudno te godziny traktować jak integralną część nauczycielskiego etatu.
Miało być jeszcze trochę świątecznie i lightowo, a zrobiło się raczej ciężkawo:(( Ale w środę w sejmie będzie pewnie dużo trudniej (debata nt. ustaw wprowadzających restrukturyzację systemu ochrony zdrowia).
W Lany Poniedziałek życzę jednak jeszcze trochę świątecznego nastroju i trochę wody, ale niezbyt zimnej, bo gdy patrzę przez okno, to myślę, że może zamarzać.

iza leszczyna

2008-03-24 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu


22 marca 2008

Wszystkim czytelnikom mojego bloga życzę radosnych Świąt Wielkiej Nocy!!!

 

iza leszczyna

2008-03-22 Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego wpisu

 
   
Strona główna | Prywatnie | Niecodziennik | Kontakt


© Copyright Izabela Leszczyna 2010            Wszelkie prawa zastrzeżone
             Osób online: 5

             Design by: Studio Manifesto