23 lipca 2013

OFE, Pijak i wiarygodność państwa

Kilku ekonomistów od kilku miesięcy broni dobrych OFE przed złym rządem, strasząc  we wszystkich możliwych stacjach telewizyjnych i na łamach wszystkich możliwych gazet, że rządowe rekomendacje zmian w OFE to koniec rynku kapitałowego w Polsce. Na szczęście rynek, w odróżnieniu od swych  dzielnych obrońców,  jest chyba na wakacjach, bo specjalnie się tym larum nie przejmuje.  Że larum będzie, było więcej niż pewne, bo trudno rozstawać się z własnym zdaniem, do którego człowiek zwykle bywa mocno przywiązany.

Rozumiem zatem dysonans poznawczy, jaki odczuwają zwolennicy obowiązkowych OFE. Silnie tkwiące w nich przez całe lata  przekonanie, że OFE są cudownym lekarstwem na niekorzystną demografię i głupich polityków, zostało skonfrontowane z informacjami, z których  wynika, że obowiązkowe OFE wcale nie są lekiem na całe zło, co więcej, są obciążeniem dla finansów publicznych, dla stabilności systemu emerytalnego, a także dla ostatniego ogniwa w tym łańcuszku, czyli emeryta.

I nie ma już powrotu do dogmatu, że część  kapitałowa w obowiązkowym systemie emerytalnym dywersyfikuje ryzyko i dlatego warto dzisiaj ponieść koszty w imię świetlanej przyszłości naszych wnuków.

A nawet jeśli założymy, że warto, to zasadnym  wydaje się pytanie: jak wysokie koszty? Każde? A jeśli nie każde, to od jakiej kwoty należy uznać, że straty są większe od potencjalnych zysków? Jaki procent polskiego PKB trzeba poświęcić, żeby krytyka rozwiązań z 1999 roku była dopuszczalna? I w końcu, ile jeszcze naszych składek  musimy wpompować w OFE, żeby uznać, że w ekonomii nie ma dogmatów?

Zasadą numer jeden powinno być raczej: jeśli możesz zrobić coś taniej, a efekt będzie porównywalny, to zrób to. Taką zasadę z pewnością stosuje każdy w swoim własnym biznesie. Dlaczego w sferze publicznej mamy być niegospodarni? Każda złotówka z publicznych pieniędzy wydana ponad konieczność jest nieuzasadnioną rozrzutnością, z której czym prędzej trzeba się wycofać.

Z całą pewnością nie ucierpi na tym wiarygodność państwa, choć taką tezę z  upodobaniem głoszą obrońcy obowiązkowego inwestowania części składki  emerytalnej w giełdę.

Wiarygodność państwa i systemu emerytalnego ucierpieć może tylko na utrzymywaniu iluzji, że załatwiamy jakąś ważną rzecz dla przyszłych pokoleń, gdy tymczasem serwujemy im niechciany spadek w postaci gigantycznego zadłużenia. W zamian otrzymujemy jednostki rozrachunkowe na koncie w OFE, których wartość zależy de facto od kondycji naszej gospodarki, a ta z kolei ma się tym lepiej, im niższe nasze zadłużenie.

To błędne koło, jak sytuacja Pijaka z “Małego Księcia”, który wstydzi się, że pije, a pije, bo się wstydzi.

Jest zrozumiałe, że Powszechne Towarzystwa Emerytalne bronią swoich interesów jak niepodległości. Byłoby nawet dziwne, gdyby ich Prezesi zachowywali się inaczej, bo biznes jest biznes, a OFE to z pewnością złoty interes z zerowym ryzykiem.

Dlatego irracjonalne byłoby oczekiwanie, że Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych złoży broń, ale  chyba irracjonalne jest także oczekiwanie, że kilku ekonomistów rozstanie się ze swoimi złudzeniami, bo z nimi rozstać się najtrudniej.

iza leszczyna

Powrót