19 sierpnia 2013

O tym, jak ciulim z czulentem łagodzą obyczaje.

Święto ciulimu i czulentu, obchodzone w Lelowie  w jeden z upalnych sierpniowych weekendów, to dowód na to, że dobrosąsiedzkie stosunki między ludźmi, którym przyszło żyć obok siebie, chociaż różni ich wiara, religia i obyczaje, zawsze przynoszą  korzyści, a czasem jeszcze nieoczekiwane efekty kulinarne.

Przodkowie dzisiejszych mieszkańców  Lelowa przerobili żydowski czulent na polski ciulim, zamieniając pęczak na starte ziemniaki, koszerne mięso na żeberka i rezygnując z fasoli i ogromnej (!) ilości czosnku. Tak powstał znajomy, polski smak, którym nie sposób delektować się bez kieliszka lelowskiej śliwowicy albo mioduli. Najpiękniejsze jest jednak to, że obie potrawy zgodnie rywalizują każdego roku o amatorów slow food, co w odniesieniu do ciulimu i czulentu można rozumieć dosłownie, bo obie potrawy przyrządza się ok. 24 godzin w piecu ( kiedyś był to piec chlebowy, a raczej jego część zwana szabaśnikiem).

W Lelowie można zjeść także gęsie pipki czyli faszerowane szyjki tych zasłużonych dla Rzymu ptaków, a nawet raki łowione w pobliskiej Białce. Dla wegetarian pozostaje zawsze dobra klezmerska  muzyka, chociaż ta najlepiej brzmi na krakowskim Kazimierzu.
Ale i tak, wielki  szacunek dla Lelowa, a raczej jego mieszkańców, którzy od 11 lat organizują tę imprezę.

Zapalając  dzisiaj w Lelowie menorę, pomyślałam, że może dbałość o dobre relacje między ludźmi  w Lelowie się dziedziczy, bo rzadko zdarza się, że obecny wójt zaprasza na scenę swojego poprzednika (może przyszłego  konkurenta?), oddaje mu mikrofon, a w końcu obdarowuje honorową statuetką. Nie wiem, czy to czulent tak działa, czy ciulim, bo że śliwowicy nikt przed zapaleniem menory nie pił, ręczę!

P.S. W tym roku już za późno, Święto było 16-18 sierpnia, ale w przyszłym warto być:))

iza leszczyna

Powrót