5 września 2011

O co chodzi Prezesowi?

Negocjacje w sprawie debaty trwają, ale jest jakiś postęp, więc może będzie Wielki Finał. Co prawda Prezes, jak zwykle, musiał tłumaczyć swoje wypowiedzi o zwijaniu białej flagi, ale odkąd wyjaśnił, że chodzi o podręczniki, program budowy mieszkań i Smoleńsk, wszystko stało się jasne: jeśli Premier Tusk wypowie wojnę gospodarce rynkowej, Unii Europejskiej (VAT na książki) i Rosji (bo wnikliwa analiza katastrofy, rozłożenie winy na stronę polską i rosyjską w raporcie Millera, dymisja Klicha i wielu dowódców, zarzuty prokuratorskie dla innych, rozwiązanie 36. pułku to za mało), to możliwa będzie rozmowa.
Zostawiając na boku dyskusję o słuszności (lub jej braku) postulatów Jarosława Kaczyńskiego, zastanawiam się nad logiką tych żądań jako warunku przystąpienia do debaty. Przecież – przynajmniej zawsze tak myślałam – debata przedwyborcza polega właśnie na tym, że adwersarzy różnią  poglądy, cele, priorytety i sposoby ich osiagania. W debacie starają się do swoich racji przekonać widzów i słuchaczy, a więc potencjalnych wyborców. Tymczasem Prezes chce, żeby drugi jej uczestnik już przed debatą przyjął jego punkt widzenia za jedynie słuszny! To po co debata? Jeśli jest się przekonanym do swoich racji, nie ma lepszej drogi, żeby zdemaskować jej brak po stronie przeciwnika politycznego, niż zderzenie obu stanowisk w dyskusji. Więc o co chodzi Prezesowi?

Powrót