27 listopada 2012

Nie ma wojny polsko-polskiej. Jest wojna pisowska.

Odmieniamy przez wszystkie przypadki trzy słowa “wojna polsko-polska”. Dziennikarze, publicyści, politycy “kupili” termin użyty do opisu polskiej sceny politycznej przez Jarosława Kaczyńskiego podczas kampanii prezydenckiej w 2010 r.

Część społeczeństwa dała się wtedy nabrać na metamorfozę Prezesa, ale wszyscy daliśmy się złapać w pułapkę retoryki Kaczyńskiego i uwierzyliśmy w wojnę polsko-polską.

Obudzić się z tego chocholego tańca mamy szansę tylko wtedy, gdy uświadomimy sobie, że nie ma żadnej wojny polsko-polskiej! Jest tylko wojna pisowska.

Jest wojna PiS-u ze wszystkimi, którzy nie zgadzają się z wizją Polski i świata  postulowaną przez PiS. Wsród nich najostrzej atakowani, od kwietnia 2010 roku, są ci, co nie wierzą w zamach smoleński. Odtąd też pisowska wojna stała się jeszcze groźniejsza.

Po pierwsze dlatego, że jej autorzy wykorzystują pozycję osób, które poniosły stratę największą z możliwych – stratę swoich bliskich.  Dlatego traktujemy je z należnym szacunkiem i staramy się być delikatni, nawet wtedy, gdy mówią niedorzeczności (a te, powtarzane często, mają niestety tendencję utrwalać się w głowach słuchaczy).

Po drugie dlatego, że jej autorzy odwołują się do wielkich tradycyjnych wartości, budując przekonanie, że prawda, patriotyzm, honor, a nawet Bóg, są tylko z nimi.

Po trzecie dlatego, że cicha riposta bywa niedosłyszana, gdy stawiający pytanie-oskarżenie wrzeszczy na całą Polskę i pół świata. Więc zaczynamy krzyczeć, żeby nas słyszeli, ale wtedy sami stajemy się aktorami tego gorszącego spektaklu i widzowie mówią: są tacy sami….

Powtórzę swoją tezę raz jeszcze: nie ma wojny polsko-polskiej, jest wojna pisowska, a wrogiem jest każdy, kto myśli inaczej. Obawiam się jednak, że jeszcze długo większość społeczeństwa będzie myślała, że problemem jest spór między PO a PiS-em. Dlaczego?

Bo właściwie nikt nie jest zainteresowany pogłębioną analizą tego, co naprawdę dzieje się na naszej scenie politycznej.

Sojusz Lewicy Demokratycznej i Ruch Palikota chętnie podtrzymują tezę o wojnie polsko-polskiej czyli wojnie PiS-u i PO, mając nadzieję, że zmęczeni awanturą Polacy wreszcie oddadzą im stery rządów.

Dziennikarze nie mają czasu na analizowanie świata, ich programy trwają kilkanaście minut, muszą być ciekawe i oglądalne, bo inaczej wypadną z ramówek. Łatwo(ani zaproszony gość, ani widzowie nie muszą się na niczym znać) i szybko (wystarczą dwa cięte słowa polityka) można pokazać uproszczony świat, w którym dwie największe partie toczą spór. Trudniej w merytorycznej dyskusji szukać różnic między poszczególnymi ugrupowaniami, różnic, mających wpływ na nasze życie, tak jak mają na nie wpływ podatki, PKB, bezrobocie, edukacja, itd.

Jarosław Kaczyński nie jest zainteresowany z przyczyn oczywistych: dopóki media opisują polską scenę polityczną jako wojnę Prawa i Sprawiedliwości z Platformą Obywatelską, nikt nie zastanawia się nad tym, że jakakolwiek partia będzie rządzić, PiS będzie toczył swoją “świętą” wojnę. Wojnę w obronie tradycji, historii, obyczaju, w obronie czegokolwiek wreszcie, bo zagrożenie czyha przecież wszędzie.

Zastanówmy się, czy brutalny, agresywny język dostrzegamy pomiędzy politykami Platformy a SLD? Czy relacje Platformy z Ruchem Palikota można nazwać wojną? Czy koalicja Platformy z PSL przypomina w czymkolwiek czasy rządu PiS-LPR-Samoobrona?

To Prawo i Sprawiedliwość od 2005 roku jest w stanie ciągłej wojny ze wszystkimi i niestety, nic nie wskazuje na to, żeby coś miało się zmienić. Przestańmy więc nazywać to, co robi PiS wojną polsko-polską, bo to fałszuje obraz polskiego życia publicznego.

 

 

Powrót