9 marca 2012

“Marszałkini” z “ministrą” czyli bitwa o słowa

Od kilku dni cała Polska, niekoniecznie z okazji 8 marca, choć z pewnością święto  podgrzało atmosferę sporu, mówi o tym, czy pani minister może być po prostu “ministrą”.
Temat, choć przez niektórych, zwłaszcza panów, lekko ośmieszany i chętnie sprowadzany do żartów czy ironicznych  uśmiechów wcale bagatelny nie jest.
Język przecież kreuje rzeczywistość, nie ma nic odkrywczego w zdaniu, że świat staje się taki, jakim go opisujemy. W końcu to ponoć “słowo” było na początku. Z całą pewnością słowa są ważne i mają moc zmieniania świata.

A jeśli tak, i jeśli uważamy, że kobiety w XXI wieku w dużym demokratycznym europejskim państwie, jakim jest Polska, powinny mieć takie same prawa jak mężczyźni, to może warto powalczyć o ministrę, marszałkinię, premierkę i prezeskę? No właśnie, czy na pewno warto? Moim zdaniem, nie. I nie dlatego, że chciałabym zostawić kobiety w ich tradycyjnej roli matki i opiekunki domowego ogniska. Także nie dlatego, że o żeńskie formy nazw zawodów, kiedyś zastrzeżonych tylko dla mężczyzn, upominają się feministki, które nigdy mnie nie uwiodły swoją ideologią.
Dlaczego zatem formy żeńskie, w miejsce tych, które historycznie mają jedną męską formę, nie są według mnie dobrym pomysłem?
Po pierwsze dlatego, że idee równości w życiu społecznym i publicznym rozumiem w taki sposób, że płeć nie ma znaczenia dla przydatności danej osoby na konkretne stanowisko. Jest cechą nieistotną, dlatego nie powinno się jej eksponować. Tymczasem formy psycholożka, doktorka czy sędzina podkreślają, że te osoby są kobietami. To w końcu chcemy być stygmatyzowane płcią w życiu publicznym czy nie? Psycholog, sędzia, doktor są nazwani neutralnymi, doskonale możemy stosować je zarówno do mężczyzn jak kobiet.
Oczywiście mają sens słowa Kazimiery Szczuki, która mówi, że formy marszałkini, premierka powinny być używane po to, żeby małe dziewczynki wiedziały, że kobiety są na najwyższych stanowiskach w państwie i że to jest standard. Ale czy nie lepiej podkreślać wyraz “pani” i mówić pani premier, pani marszałek, pani prezes? Brzmi ładniej dla ucha, bardziej elegancko, wskazujemy na rodzaj żeński, no i przede wszystkim …
i to jest moje po drugie: nie kaleczymy języka, który jest jedyny, niepowtarzalny, nasz, polski. Agnieszka Osiecka napisała kiedyś, że nie mogłaby pisać w innym języku, bo kocha imiesłowy:)) Rozumiem ją doskonale. Melodia, rytm  i brzmienie wyrazów i zdań naszego języka kształtowane przez stulecia są bezcenne. Pewnie zaraz ktoś powie, że język musi żyć, odzwierciedlać przemiany zachodzące w świecie i obyczajach, a więc ewoluować. Zgoda, ale nie można go ideologizować i gwałcić,  wprowadzając formy niepoprawne. Co prawda Premier wspominał coś o neologizmach i o tym, że nie można mówić o ich poprawności lub jej braku, ale się mylił. Niestety można albo na szczęście można, a nawet trzeba, bo nowe wyrazy muszą powstawać zgodnie z zasadami słowotwórstwa. Premierka, prezeska są poprawne (derywat żeński utworzony przez dodanie formantu -ka), ale brzmią mniej dostojnie, mniej poważnie i protekcjonalnie. Że to się zmieni, gdy wszyscy zaczną używać nowych słów? Pewnie tak, ale to proces, który potrwa kilkadziesiąt lat, a to znaczy, że szybciej kobiety osiągną pełne równouprawnienie w pracy, płacy, życiu politycznym i społecznym, niż język zrobi to za nie. I z pewnością nie nastąpi to dzięki mówieniu do Wandy Nowickiej “marszałkini”, czy Joasi Muchy “ministro”. Obie formy są zresztą niepoprawne, musiałoby być “ministerka”, ale to brzmi jeszcze gorzej. “Marszałkini” też jest niepoprawna, powinno być raczej “marszałczka”, a jeśli już forma tworzona poprzez formant -yni (choć używamy go do tworzenia nazw żeńskich od męskich zakończonych na -a: sędzia, wychowawca) to raczej z obocznością “k” do “cz” – “marszałczyni”.

Chyba ważniejsza od tworzenia niezgrabnych form żeńskich jest merytoryczna dyskusja o tym, jak my-kobiety chcemy funkcjonować w życiu publicznym. Mężczyźni gubią się w tym, nie zawsze ze złej woli, tym bardziej, że mają z tym kłopot nawet zdeklarowane feministki, jak Pani Marszałek Wanda Nowicka, która w rozmowie z Moniką Olejnik, komentując seksistowskie słowa L. Millera, stwierdziła, że kobietom należy się przecież szacunek. Pani Marszałek, a mężczyznom nie? Ludziom, tzn. każdemu człowiekowi należy się szacunek i płeć nie ma tu nic do rzeczy.

I już na koniec: tradycyjne nazwy zawodów czy funkcji to rzeczowniki dwurodzajowe, czyli takie, które wchodzą w związki zgody z przymiotnikami i czasownikami w rodzaju męskim lub żeńskim. To znaczy, że poprawnie jest powiedzieć: Marszałek była na otwarciu wystawy. Mądra marszałek sejmu nie pozwoliła na awanturę w parlamencie, itd.itd.

Może warto, bez eksponowania kobiecości czy męskości, przyzwyczajać małe dziewczynki i małych chłopców, że marszałek może być kobietą, ale może też być mężczyzną. I na tym się skoncentrować, zmieniając świat i polskie obyczaje?

iza leszczyna

 

 

Powrót