2 czerwca 2012

Kiedy Premierowi wolno grać w piłkę

W ferworze “przedEurowej” dyskusji o Polsce i jej kondycji, rzadko, bo rzadko, ale pojawiają się wątki sportowe. Co prawda częściej mówi się o tym, czy, z kim i po co grają politycy, w tym Premier Donald Tusk, niż o drużynie Smudy, ale co tam, football jest football obojętnie kto piłkę kopie.
I tak w mijającym tygodniu podczas dyskusji (prowadzonej przez Konrada Piaseckiego w TVN24) na temat powrotu Grzegorza Schetyny do gry i dywagacji, czy wspólna gra w piłkę to zapowiedź wspólnej gry w drużynie “Rząd”, jeden z publicystów skonstatował, że premier mógłby grać w piłkę, ale tylko wtedy, gdy sprawy krajowe miałyby się lepiej niż dobrze(sic!) Nie pamiętam autora tej oryginalnej wypowiedzi (ktoś z Rzepy?), ale chętnie dopytałabym, wg jakich kryteriów premier miałby szacować swoje prawo (lub jego brak) do wyjścia na boisko? co miałoby być wskaźnikiem? Wysokość PKB? Ale wartość bezwzględna czy raczej dynamika wzrostu, a może relacja do PKB innych gospodarek? Można by przymierzyć się do długu publicznego, to przecież ulubiony temat opozycji, a nawet ekonomistów z prof. Balcerowiczem na czele. Kapituła z Leszkiem Balcerowiczem na czele wydaje raz na pół roku komunikat pozwalający lub zabraniający premierowi gry w piłkę. Niezłym wskaźnikiem byłby także deficyt, ba, dawałby, dzięki wzorowej realizacji procedury nadmiernego deficytu, szansę na to, że w 2013 premier wyjdzie na boisko z przyzwoleniem i aprobatą nawet nieprzychylnych mediów. Dopiero w 2013, bo wtedy poznamy rzeczywistą, a nie planowaną, wartość deficytu i, zgodnie z zapowiedzią ministra Rostowskiego, ma ona wynosić  3%, a nawet mniej.
Pozostaje ustalić, czy decyzja o wyjściu Premiera na boisko ma być w rękach ekonomistów i ekspertów czy w rękach opozycji, a może ustalajmy to w drodze modnego ostatnio referendum? Chociaż to nie jest najlepszy pomysł, bo liczba malkontentów w naszym ukochanym kraju nad Wisłą zablokowałaby Premierowi dostęp do kultury fizycznej na resztę życia, nawet gdybyśmy w dynamice PKB dogonili Tajwan!
A gdyby odwrócić myślenie Pana Redaktora? Przecież na trudne czasy potrzebny jest silny i zdrowy premier, który, gdy trzeba pracuje 24 godziny na dobę, a  gdy jest spokojnie, tylko 12. Liczne badania empiryczne dowodzą, że aktywność fizyczna to ważny element utrzymywania i rozwijania dobrej kondycji, także psychicznej i intelektualnej,  całego organizmu. Może więc zastosować odwrotne kryterium: jak dzieje się gorzej – Premier może grać w piłkę, a jak idzie wszystko dobrze – niech nie gra, bo po co, niech nawet trochę pochoruje, jak każdy przyzwoity obywatel.
Dziwaczność rozumowania, że dbałość o swoje zdrowie (sport rekreacyjny to przecież zdrowie:) jest luksusem, z którego premierowi nie wypada korzystać, gdy wszyscy wokół nie są wystarczająco szczęśliwi i bogaci, jest tak wielka, że można by ironizować bez końca. Tymczasem jednak wypowiedź Pana Redaktora nie była śmieszna, raczej smutna. Utrwalanie takiego myślenia w społeczeństwie jest niezwykle szkodliwe!
Media, politycy, osoby publiczne obdarzone autorytetem mają obowiązek promowania zdrowego stylu życia! A nie da się kształtować określonych postaw lepiej niż własnym przykładem, to podręcznikowa wiedza każdego początkującego rodzica, niekoniecznie psychologa czy socjologa! Wciąż zbyt mało mówimy o tym, że stan naszego zdrowia, wyłączając niektóre schorzenia, w tym choroby genetyczne, zależy w ogromnej mierze od nas samych: naszej diety i właśnie aktywności fizycznej. To, co w Stanach Zjednoczonych Ameryki (mam nadzieję, że wciąż pozostajemy w przyjaźni mimo wpadki Obamy? przecież przeprosił) jest zaletą, a nawet obowiązkiem prezydenta, a więc systematyczna dbałość o kondycję fizyczną, w naszej Ojczyźnie, w najlepszym razie, pozostaje obiektem żartów, a często krytyki!
Czy na pewno jesteśmy dużym nowoczesnym europejskim krajem?

 

iza leszczyna

Powrót