12 października 2016

Dlaczego #szkolnyprotest i brak zgody na arogancję i niekompetencję Minister Zalewskiej są ważne

PiS przejmując władzę, oprócz świetnie rozwijającej się gospodarki i szacunku dla Polski w Europie i świecie, dostał w prezencie polski sukces edukacyjny. Od kilku lat bowiem zagraniczni eksperci zastanawiają się, jak to możliwe, że polskie piętnastolatki idą jak burza i w międzynarodowych badaniach PISA wyprzedzają rówieśników z innych krajów, także tych, które na oświatę wydają więcej niż my.

Ponieważ dobre imię stracić najłatwiej, więc miejsce szacunku już zajęło zdziwienie, jeszcze nie niechęć, bo na pozycję Polski w świecie pracowaliśmy przecież ćwierć wieku. Stan zadziwienia tym, co dzieje się w naszym kraju, nie będzie niestety trwał wiecznie. W końcu pozostanie wstyd, który musimy jakoś przełknąć.

Gospodarka też już nie ta, co rok temu, bo inwestorów wystraszyły metody Ministra Ziobry, ataki na Trybunał Konstytucyjny i sądy, nowe podatki i rozrzutność rządu, która zwykle kończy się jego niewypłacalnością. Za te błędy także zapłacą Polacy i odczują je w sposób bardziej namacalny niż rumieniec wstydu na twarzy.

To duże straty, których odrabianie zajmie – w optymistycznym scenariuszu – kilka lat. Niestety optymistycznego scenariusza nie ma dla roczników uczniów skazanych na to, co PiS chce zrobić polskiej szkole.

Do reformy strukturalnej i programowej, która zlikwidowała peerelowską ośmioletnią podstawówkę, przygotowywaliśmy się, jako państwo, środowisko oświatowe i nauczyciele, prawie 10 lat. Szkolenia w programach przedakcesyjnych dla nas – trenerów, którzy mieli przygotować kadrę kierowniczą do zupełnie nowego modelu zarządzania tym, co dzisiaj świat nazywa – kapitałem ludzkim, rozpoczęły się w pierwszej połowie lat ’90. Uczyliśmy się tworzyć szkołę otwartą na ucznia, nauczyciela i rodzica. Uczyliśmy się szkoły zupełnie nowej, bo otwartej na świat, jakiego przecież nie znaliśmy.

W kolejnych latach, w licznych programach ogólnopolskich do innej pracy z uczniem przygotowywali się nauczyciele. Na spotkaniach, konferencjach, radach pedagogicznych uczyliśmy się takiej pracy z uczniem, która wciąga, aktywizuje, uczy odpowiedzialności i współpracy. Metody aktywizujące były wtedy nowością, bo przecież w szkole rodem z PRL-u uczeń miał po prostu słuchać, a mówił nauczyciel. Mało kto przejmował się tym, co parę tysięcy lat wcześniej powiedział Konfucjusz: “Słucham i zapominam, widzę i pamiętam, robię i rozumiem.” To mądre zdanie stało się dla wielu nauczycieli drogowskazem. Zaczęli tworzyć prawdziwie dobrą szkołę, kreatywną, rozwijającą, nastawioną na ucznia. Nie wszyscy? Wiem, tak jak wiem, że nie wszyscy lekarze, prawnicy i szewcy są jednakowo dobrzy. Z nauczycielami jest dokładnie tak samo.

Później przyszedł czas na ewaluację i egzaminy zewnętrzne. Chcieliśmy stworzyć system, który da obiektywną odpowiedź, czy idziemy w dobrą stronę, w dobrym tempie, czy nie robimy błędów? I znowu tysiące nauczycieli spędziło setki godzin na nauce pomiaru dydaktycznego. Kończyliśmy studia podyplomowe i kursy po to, żeby lepiej oceniać, żeby ocenianie stało się częścią procesu nauczania-uczenia się. Dzisiaj wielu krzyczy, że testy są złe. A dlaczego od tylu lat są dobre na Harvardzie? Studia to co innego? Ale w systemach anglosaskich, a także w najbardziej efektywnym na świecie systemie singapurskim, testy są obecne od najmłodszych lat. Sprawdzają się w innych systemach, a naszych uczniów ogłupiają? Przecież test może zawierać zadania otwarte, sprawdzające skomplikowane umiejętności, wtedy nie jest “ogłupiającym” narzędziem sprawdzania wiedzy encyklopedycznej. Wreszcie test może być jednym z elementów bardziej złożonego systemu egzaminacyjnego. Bylebyśmy nie zniszczyli osiągnięć raczkującej dopiero w Polsce ewaluacji procesu nauczania, w tym oceniania uczniów.

Nie da się zaprzeczyć, że wysokie osiągnięcia naszych uczniów w badaniach PISA to efekt pracy gimnazjów. Dzisiaj wielu krzyczy, że gimnazja są złe. To pomylenie przyczyn ze skutkami. Jeśli gimnazjum jest szkołą trudną, to dlatego, że jej uczniowie przeżywają trudny okres dojrzewania. Czy jeśli zlikwidujemy gimnazja, znikną problemy dzisiejszych nastolatków, czy tylko rozpłyną się w większych szkołach i staną się mniej widoczne? Zamiast przeznaczać miliony na powrót do peerelowskiej struktury szkoły, lepiej dofinansować gimnazja, opłacić etaty psychologów i pedagogów, dowartościować wychowawców, niech praca w gimnazjum będzie pracą dla najlepszych nauczycieli z wyższymi dodatkami motywacyjnymi.

Tak, jak system egzaminów zewnętrznych i gimnazja, można i trzeba poprawiać cały system edukacyjny, bo on musi zmieniać się wraz ze zmieniającą się rzeczywistością. Ale nikt nie ma prawa do intelektualnego wandalizmu i do wyrzucania do kosza wszystkiego, co wymyślili poprzednicy. Nikt też nie ma prawa nieokreślonym tworem strukturalno-programowym, który ma powstać w ciągu kilku miesięcy, zastępować systemu, który powstał w toku wieloletniej pracy bardzo wielu ludzi. Systemu, którego efektem są osiągnięcia naszych piętnastolatków. Osiągnięcia, za które podziwia nas i chwali cały świat.

Wpis został opublikowany na blogu w portalu natemat.pl

Powrót