8 października 2010

8 października 2010 r.

Budżet na 2011.
Paradoks dyskusji wokół budżetu polega na tym, że dziennikarze, ale niestety czasem także posłowie  nie rozumieją tego, co mówią ekonomiści. Dlatego też opozycja ustami tych samych posłów z mównicy sejmowej mówiła, że niebezpieczne dla gospodarki oraz małych i średnich przedsiębiorstw jest osłabienie akcji kredytowej, żeby za chwilę powiedzieć, że panaceum na całe zło to podatek bankowy. Hmm…
Inny poseł powoływał się na swoistego ghuru ekonomicznego PiS profesora Rybińskiego, zgadzając się w pełni z jego opinią o budżecie (oczywiście negatywną), by po chwili stwierdzić, że nakłady na pomoc społeczną są zbyt małe, a minimalne wynagrodzenie zdecydowanie za niskie. Tymczasem tenże profesor właśnie w pomocy społecznej każe szukać największych oszczędności. A co do minimalnego wynagrodzenia, ekonomiści zgodnym chórem mówią, że jego podwyższenie spowoduje wzrost bezrobocia. Coś zatem trzeba zmienić, albo autorytety ekonomiczne albo poglądy na finanse publiczne i zarządzanie nimi.
Byli też tacy posłowie, którzy wyliczali o ile zdrożeje chleb, chociaż wiadomo, że akurat podatek VAT na chleb i wędliny został obniżony z 7 do 5 %, poseł Suski krzyczał nawet, że chleb już zdrożał. Być może, ale chyba nie na skutek podatku, który zostanie wprowadzony 1 stycznia 2011.
Konkluzja z wszystkich wystąpień opozycji jest mniej więcej taka:
Dług nie może narastać tak szybko (przecież zegar Balcerowicza cały czas tyka), Polska nie może się zadłużać, coś z tym rząd musi zrobić, ale na pewno nie można oszczędzać na ochronie zdrowia, pomocy społecznej, edukacji, emerytach, wojsku, policji, itd….nie wolno też oszczędzać na inwestycjach, nauce i badaniach! No i żeby komuś do głowy nie przyszło podnoszenie podatków!
Tymczasem wiadomo i jest to Tischnerowska “cysto prawda”, że, aby deficyt był niższy, a dług nie narastał,  można zrobić dwie rzeczy: zwiększyć dochody albo zmniejszyć wydatki, a najlepiej robić obie te rzeczy naraz. I taki jest plan finansowy na przyszły rok. Czy mógłby byż lepszy? Raczej nie, bo w budżecie jest jak w starej piosence Maanamu: tyle miałam, tyle miałam, tyle mi zostało.
Tyle, że od wielu już lat nic nie zostaje, pocieszyć możemy się tym (choć to marna pociecha), że nie zostaje nikomu w Europie (a całkiem niewielu na świecie).

iza leszczyna

Powrót