23 maja 2010

23 maja 2010 r.

Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny, także politycznej. Brak instynktu samozachowawczego sprawia, że stajemy się śmieszni, jak Ludwik Dorn, który przypomina Telimenę, nie tylko dlatego, że na pytanie dziennikarzy o konkretne dane w sprawie, w której zwołał konferencję prasową (po katastrofie smoleńskiej), odpowiada, że ma odpowiednie informacje, ale zostawił je w biurku (sic!). Jest jak Telimena, także dlatego, że robi dużo szumu i zamieszania, ale nie ma realnego wpływu na rzeczywistość. Podczas gdy sami kandydaci apelują o pomoc, rezygnują z czasochłonnych i kosztownych kampanii, odwołują kolejne imprezy, a przede wszystkim nie przerzucają się odpowiedzialnością za powódź i oskarżeniami o to, kto zawinił najbardziej, że brakuje zbiorników retencyjnych, a na terenach zalewowych wciąż stawiane są nowe domy, Ludwik Dorn próbuje “śmieszyć, tumanić, przestraszać”, ale wywołuje tylko zażenowanie, nawet wśród swoich zwolenników.
W chwilach takich, jak klęska żywiołowa, można robić dwie rzeczy: pomagać albo przynajmniej nie przeszkadzać, tymczasem Dorn jest, jak gapie, co wchodzą na wały przeciwpowodziowe, utrudniając prace strażakom i wojsku.

iza leszczyna

Powrót